Według Biblii, świat powstawał przez 7 dni; najpierw niebo i ziemia, potem rośliny, zwierzęta a na końcu człowiek. Nawet Bóg nie mógł ogarnąć wszystkiego za jednym zamachem.
Myślę, że jest to dobra metafora, żeby pokazać, jak powstaje każda nowa rzeczywistość – najpierw podstawy, potem szczegóły. Krok za krokiem i nie na hura.
Tak samo tworzy się życie bez Wilka.
Ty jesteś dopiero na początku tej drogi. Dla ciebie jest dzień pierwszy, może drugi.
Ja jestem w dniu piątym i z tej perspektywy piszę. Pokazuję ci jak do niego dojść.
No właśnie; dojść. Tutaj trzeba się wspiąć i nie stanie się to przez noc.
Pozwól, że będę twoim przewodnikiem.

Swoją drogę na szczyty wolności i zdrowia opisywałam w poście: „Co jem. Krok po kroku”
Teraz opowiem, jakimi nawykami zakotwiczyłam się w tym miejscu, tak, żeby nie zlecieć.

Jem trzy razy dziennie. Zauważyłam, że postępując tak niemodnie i wbrew trendom dietetycznym, czuję się najlepiej. Znika moja obsesja jedzenia, nie kręcę się głodna przy lodówce co kilka godzin, nie myślę o tym.

Jem do syta. Ale nie do przesytu. Jem do momentu kiedy poczuję, że muszę sobie zrobić przerwę. Nazywam go Momentem Ufff. Każdy kęs, który leży poza nim, traktuję jako objadanie się.
Dzięki jedzeniu do syta, nigdy nie mam poczucia smutku i rozdrażnienia, odchodząc od stołu.

Jem wszystko, na co mam ochotę, oprócz zapalników. Oczywiście w granicach rozsądku. Łatwo mi unikać śmieciowego jedzenia, bo go zwyczajnie nie kupuję, ale jeżeli raz na jakiś czas mam ochotę na frytki, to je zjem.
Czy od tego nie przytyję? Jeżeli będzie to faktycznie raz na jakiś czas, to nie. Zwróćcie uwagę na to co jedzą ludzie szczupli. Samą sałatę? Nie. Same słodycze i fast food? Też nie. Ludzie mający normalną wagę, nie popadają w żadne skrajności.

Nie uznaje dokładek. Nie najadłam się obiadem? Ależ oczywiście, że się najadłam; porcja była wystarczająca. To tylko moja wyobraźnia pracuje na dawnych obrotach i produkuje uczucie „pustego żołądka”. No cóż. Muszę przemęczyć się kwadrans, tak aby sygnał o najedzeniu dotarł do mózgu. I robię to.
Kiedyś dokładki były moją zmorą; jedna, druga, dziesiąta… i zamiast obiadu robiła się wilcza uczta.
W końcu zlitowałam się nad sobą i wykreśliłam słowo „dokładka” ze swojego słownika. Nie ma i już.

Nie podjadam. Po posiłku zamykam buzię i otwieram ją dopiero na posiłek następny.

Jem siedząc przy stole, zawsze w tym samym miejscu, o tej samej porze. Straszne nudy, co?
No tak; nudy i wytrenowany mózg, który wie, że jedzenie przychodzi regularnie i nie trzeba panikować. Nasz umysł czuje się bezpiecznie w powtarzających się rytuałach, dlatego mu je zapewniam.

Zostawiam na talerzu ostatni kęs. Symbolicznie. Po to, żeby trenować moją silną wolę. Do wielu rzeczy może się jeszcze przydać.
To jest zdecydowanie nawyk „dnia piątego”. Praktykuję go dopiero od niedawna i czasami mi nie wychodzi.
Nie polecam wprowadzać go w „dniu pierwszym”, gdyż może być to frustrujące.

Nie jem po 18stej. Już widzę twoje przerażenie, ale spokojnie. To nie jest jakaś sztywna zasada, której NIE MOŻNA ABSOLUTNIE ZŁAMAĆ. Tak po prostu wypada.
Dlaczego? Bo wieczorem zwyczajnie nie jestem już głodna. Moje ciało doskonale wie, że nadchodzi czas spoczynku i nie domaga się nowych porcji energii.
Może zaburczy mi w brzuchu o 22.00. No i co z tego? To nie powód, żeby lecieć do lodówki.
Mam na nie lepszy sposób. O 21 parzę dzbanek herbaty ziołowej lub owocowej (bez teiny) i siorbię przed telewizorem lub przy książce.
O 23 idę spać.

A teraz zdradzę wam obiecaną tajemnicę.

Oto dwa z nawyków odpowiedzialnych za moją niezmienną, idealną (dla mnie) wagę.:

Długa przerwa.
Śniadanie jem o 9.00, a kolację  około 18.00. Między nimi jest więc 15 godzin przerwy.
Na tyle czasu daję mojemu żołądkowi święty spokój. Odpuszczam jelitom, śliniankom, trzustce, kwasom i każdemu elementowi układu trawiennego. Finito, fajrant, free time!
No bo po co go tak ciągle obciążać!?
Dzięki temu nie chodzę już z wydętym brzuchem, bo w moich jelitach nie zalega jedzenie. A rano bez problemów idę do toalety.
To powrót do intuicji i zdrowego rozsądku. Przecież nawet się mówi: „Daj mu czas, żeby to przetrawił i wyciągnął wnioski.” Dlaczego więc nie robimy tego w stosunku do siebie?
Dajmy sobie czas na dokładne strawienie i wyciągnięcie składników odżywczych.

W 90% jem  jedzenie nieprzetworzone.
To jest dla mnie już tak oczywiste, że prawie zapomniałam napisać o tym punkcie.
Stronię od chemii i innego syfu. Moje ciało nie jest śmietnikiem, żeby wrzucać do niego śmieci.
Zawsze w głowie dźwięczą mi słowa Alberta Einsteina: „Tylko człowiek jest na tyle inteligentny, żeby wyprodukować swoje własne jedzenie i na tyle głupi, żeby je jeść.” Ja chcę być mądrzejsza.

Zwróćcie uwagę, że jest to 90%, a nie 100%. Czasem pozwolę sobie na coś niekoniecznie-zdrowego (jak owe frytki), ale nie codziennie i nie do każdego posiłku.
To co jemy w 90% kształtuje naszą sylwetkę, a nie odwrotnie.

I na koniec:
Nie igram z moimi nawykami. Nie wystawiam ich na próbę. Wyrabiałam je w sobie długo, więc każdy traktuję jak skarb.
Pokusa żeby odpuścić pojawia się często:
Jestem na wyjeździe i ciężko o idealne warunki; jedzenie na mieście, inny plan dnia…
Rodzina mojego chłopaka organizuje imprezę; szampan się leje, a ja stoję z soczkiem jak cielak…
Jestem ze znajomymi i pada propozycja pójścia do nowego bistro; zamówimy tylko przekąski….
W takich momentach mówię sobie: Oj Ania, tylko raz…
Ale potem dociera do mnie, że to nie jest tego warte. W nowym mieście znajdę coś fajnego do jedzenia, w nowym bistro zamówię oryginalną herbatę, a na imprezie wzniosę toast bez bąbelków. I co? Stanie się coś?
Nie ma sensu majstrować przy fundamentach na których stoję.