Ostatnio rozmawiałam z jedną z naszych Wilczyc.
Pożaliła mi się, że: Chodziłam dziesięć bitych lat na terapię, ale i tak objawy ma, dalej codziennie.

– Objawy? W sensie objadanie się i wymiotowanie?
– No tak, objawy.

Cała aż podskoczyłam na to słowo, bo zdałam sobie sprawę, jak totalnie złe i błędne ono jest.
Nigdy wcześniej nad tym nie myślałam, chociaż słyszałam je czasami.

Bo co to są objawy?
To inaczej symptomy choroby.
A więc…

I teraz będą bezczelne tezy.
Uwaga:

Zaburzenia odżywiania, to nie choroba. To zaburzenia.
Tak, sama używam tego słowa, wymiennie ze słowami „bulimia”, „objadanie się” czy „zaburzenia” właśnie, ale już dawno zorientowałam się, że nie jest to choroba sensu stricto.
(Swoją drogę, muszę przestać używać tego słowa, skoro uważam je za nieadekwatne.)
Choroba to: rak, cukrzyca, grypa, gruźlica, kiła – coś na co nie można bezpośrednio poradzić.
Można zrobić coś tylko i wyłącznie pośrednio: wziąć lek, zastrzyki, pójść na operację, słowem – poddać się terapii.

A na bulimię?
Można coś poradzić.
Bez leków, bez zastrzyków, bez operacji – czyli bez żadnej terapii.

(Tutaj zastrzegę, że terapia według Słownika Języka Polskiego to przywracanie zdrowia przez stosowanie różnego rodzaju zabiegów, leków; także metoda leczenia choroby – i to mam na myśli w powyższym)

Bo jeżeli założymy, że objadanie się i wymiotowanie to „objaw”, to przyczyna „choroby” jest zupełnie gdzie indziej.
Tak jak wysypka jest tylko objawem tego, że w organizmie jest jakiś stan zapalny, czy inny problem.
Nie leczy się wysypki jako takiej, ale właśnie likwiduję się jej przyczynę.
Na przykład: wywołuje ją alergia na jakiś produkt. Idziesz na testy i okazuje się, że to nabiał. Odstawiasz nabiał i tym samym rozwiązujesz problem. Wysypka znika.

I takie jest też mainstreamowe założenie terapii bulimii: objadanie się i wymiotowanie to objaw, trzeba więc znaleźć przyczynę. Idziesz na „testy” – do psychologa, psychiatry, hipnoterapeuty itd. i szukasz. Kiedy ją znajdziesz (powiedzmy jakieś zdarzenie z dzieciństwa, czy jakaś trudna relacja z kimś) i zlikwidujesz (wybaczysz, przepracujesz), objaw zniknie.
I tu muszę przyznać jedno: Jest to logiczna i konsekwentna teoria.
Słowem; To się trzyma kupy!

Tak samo jak trzyma się kupy sprawa mleka i wysypki, albo wirusa grypy i objawów grypy.

Więc dlaczego to nie działa?
Dziewczyny, tak jak moja Wilczyca, latami chodzą na terapię, ciężko pracują nad rozwiązaniem problemów… i nic.

A to dlatego, że to leczenie opiera się na totalnie błędnym założeniu.
Objadanie się i wymiotowanie to nie żaden objaw czegoś tam.
Objadanie się i wymiotowanie to przyczyna i skutek w jednym.
Skutek dłuższego głodzenia się, który wywołał potężną reakcję instynktu samozachowawczego, która to stała się nawykowa. A potem – nałogowa.
Bulimia to nałóg!!!
Nałóg to nie wysypka.

Jak ktoś pali fajki to nie jest to przecież OBJAW jakiejś choroby, która go toczy. (Chociaż to równie destrukcyjne i kompulsywne zachowanie.)
Owszem, zaczął palić, bo miał może niskie poczucie własnej wartości i chciał się dopasować do grupy.
Albo po prostu głupi był i myślał, że popali, pobędzie cool, a potem przestanie.
A że miał skłonności do uzależnień to wpadł na dobre.
Albo i nie miał skłonności, ale palił tak długo, że się uzależnił.

I tak samo z bulimią. Zaczęłaś bo chciałaś schudnąć.
Dlaczego chciałaś schudnąć? Bo czułaś się nieatrakcyjna i myślałaś, że jak schudniesz to dopasujesz się do grupy.
Albo po prostu głupia byłaś i zaczęłaś się odchudzać nieumiejętnie.
A że masz do tego skłonności do uzależnień, to wpadłaś na dobre.
Albo i nie masz skłonności, ale tak długo to robiłaś, że się uzależniłaś.

I tyle.

Tylko palacz ma fuksa, że do jego problemu podchodzi się zupełnie racjonalnie, czyli jak do nałogu, a do twojego – nie.
Palacz dostanie plastry z nikotyną (zamienniki), nauczy się unikać sytuacji w których palił (zapalniki), przyswoi techniki pokonywania przymusu psychicznego, aby sięgnąć po papierosa (np. technika fali), nie będzie trzymał fajek w domu (niepotrzebna próba woli), nie będzie robił sobie papierosowych cheat day’ów (cheat fucki’n meal)

I dlatego on rzuci fajki, podczas gdy ty rzucisz trzeciego terapeutę i pójdziesz do czwartego (Jeżeli Cię na to stać, albo masz duuuuużo czasu na NFZ).
Zobacz, każdy zna kogoś kto poradził sobie z fajkami (ja sama paliłam przez osiem lat) i nie jest to taki big deal.

Ale jedzenia nie da się rzucić! Prawda. Ale da się rzucić kompulsywne jedzenie.

Wracając do tematu:
Pierwotną przyczyną twoich zaburzeń, mogło być coś co stało się w dzieciństwie (dla mnie były to docinki rodziny i ciągła dieta mamy), ale to już teraz nie ważne.
Za późno, by to rozważać, bo w między czasie wpadłaś w nałóg i TO ON jest twoim problemem, nie zaś twoje relacje sprzed piętnastu lat.
Trzeba zająć się nałogiem nie dzieciństwem.

Wyjaśnię Ci to na podstawie obrazka:

Założenia mainstreamowej terapii:

zalozenie-terapii

Jeżeli rozwiążemy problem z przeszłości (mleko), objaw ustanie (wysypka)

Moje założenia:

zalozenia-wilczej

Jeżeli rozwiążemy sprawę błędnego koła diet, rozwiążemy też problem nałogu – przymusu objadania się.
To jaka była przyczyna tego cyrku, nie jest już ważne z punktu widzenia nałogu.

Oczywiście, możesz się nią zająć (na przykład na terapii), albo nie.
Jeżeli się nią zajmiesz i, powiedzmy, wybaczysz swoim rodzicom – to cudownie.
Będzie Ci się żyło nieporównywalnie lżej.
Ale wybaczenie im nie jest warunkiem do zaprzestania wymiotowania.
Możesz im równie dobrze nie wybaczyć, a nie wymiotować, bo po prostu przestaniesz słuchać błędnych, nałogowych impulsów płynących z twojego mózgu pierwotnego.

No dobra, a co z niskim poczuciem własnej wartości, które ciągle każe mi się odchudzać?
Czy nie jest tak, że najpierw muszę przepracować ten problem (pierwotny), aby wyjść z bulimii (wtórny)?

Nie. Nawet jak zniknie twoja zła samoocena (chociaż jeżeli codziennie wymiotujesz i nie masz poczucia władzy nad swoim życiem, to wątpię, że to się stanie) to i tak, w dalszym ciągu nawyk objadania się, będzie miała się dobrze. (O ile nie zrobisz czegoś z tym).
Dlaczego tak się dzieję, pisałam w postach o Gadzim mózgu (maj 2016), więc nie będę się tutaj powtarzać.
Odsyłam do filmiku, który zniknie niebawem, więc zobacz koniecznie: Gadzi głos.

Znam kobiety które z biegiem lat wyleczyły się z młodzieńczych kompleksów – tworzą udane związki, mają kariery, dzieci i fajne życie, ale dalej odczuwają przymus objadają się do nieprzytomności.
(Tak, wiem przeciwnicy mojej teorii powiedzą, że to maska i tak naprawdę te kobiety są zakompleksione do szpiku kości. Ale zaufajcie mi; z wiekiem człowiek zaczyna siebie po prostu akceptować i wygląd schodzi na drugi plan)
Znam też dziewczyny o niskim poczuciu własnej wartości, które nigdy nie wpadły na pomysł odchudzania się i dlatego nigdy nie miały bulimii.

*

Istnieje też inne niebezpieczeństwo podejścia choroba – objaw.
Moja Wilczyca, wspomniana na początku tekstu, nadal jest podświadomie przekonana, że ona po prostu choruje. Tak samo jak choruje na przykład nieszczęsny gruźlik.
I jest to coś niezależnego od niej.
Do tej pory była na terapii, czyli leczeniu. Przez 10 lat szukała przyczyn swojego zaburzenia w przeszłości; łącznie z własnym życiem płodowym – na serio. (Chociaż ostatnio przebiła ją inna Wilczyca, której doszukano się przyczyn zaburzenia w prababci ciepiącej głód podczas wojny)
To wpoiło jej głębokie przekonanie, że dopóki nie znajdzie przyczyny, nic SIĘ nie zmieni.
Taka wyuczona bierność i brak poczucia sprawstwa.

Obserwowałam to wielokrotnie.
Dziewczyny, które były długo szukały przyczyn na zewnątrz, mają trudności z wzięciem spraw w swoje ręce, już od teraz.
Ania, ja nie mogę uwierzyć, że już od dzisiaj tak po prostu mogą przestać objadać się i wymiotować.
No przecież nie wiem, jaka jest przyczyna, więc jak mogę się wyleczyć z objawu?

Albo mówią coś takiego:
No tak, masz rację, ale wiem że objawy będą jeszcze czasami występować…
NIE. Nic nie musi już występować! To Ty to „występujesz”. Rozumiesz?
Musisz zdać sobie sprawę, że to zawsze jest i zawsze był twój wybór czy pójść do lodówki czy nie. Musisz się tylko nauczyć, jak z niego korzystać!

Jakie są więc moje konkluzje:
Skończmy raz na zawsze z mówieniem o objawach – tak jakby bulimia była chorobą taką samą jak hemoroidy – a zacznijmy traktować ją jak nałóg (fajki).
Wtedy będziemy mogły skupić się na praktycznych rozwiązaniach, zamiast przesiadywać po dziesięć lat na terapiach starając się przypomnieć sobie traumy z życia płodowego.

Proponuję nowy sposób spojrzenia na problem bulimii.
Bo dlaczego uparcie trwać przy starym, skoro nie przynosi on efektów?
Podam przykład:
Przez stulecia leczono ludzi upuszczaniem krwi. Czasami „przynosiło to efekty”, czyli działał efekt placebo, albo organizm chorego sam zwalczał infekcję.
I wyobraźmy sobie, że nikt nigdy tego nie podważył. Na dzień dzisiejszy mielibyśmy nowoczesną aparaturę do upuszczania krwi, zaawansowaną, bezbolesną technologię.
No i co z tego, skoro całe założenie jest po prostu błędne?

Ja próbuję zrobić to samo: uświadamiać, że upuszczanie krwi nie działa.
Problem w tym, że nie mam tytułu profesora psychologii, czy psychiatrii. Ba! W ogóle nie mam tytułu psychologa!
Jestem bezczelną dziewuchą, jakąś tam blogerką, która ma czelność pouczać mądrzejszych.
No i dobra, niech tak będzie.
Jednak tego właśnie uczy mnie moje doświadczenie w pracy z dziewczynami i jak się tak zastanowić;
zdrowy rozsądek.

*

Na dowód, że to nie jest wszystko wyssane z palca, przedstawiam kilka świadectw z setek, jakie zgromadziłam przez ostatnie dwa lata:

Mogę stwierdzić , ze Ania otworzyła mi oczy, pokazała mi moje błędy , zmieniła podejście i sposób myślenia o jedzeniu. Zrozumiałam cały mechanizm problemu i otrzymałam wskazówki jak radzić sobie na co dzień.
Dodam,że korzystałam z pomocy psychiatrów, dietetyków , lekarzy i psychoterapeuty.

Żadna z tych osób nie rozwiązała mojego problemu. dopiero Ania Gruszczyńska odpowiedziała na wszystkie moje wątpliwości, dała mi praktyczne wskazówki i receptę na normalne szczęśliwe życie. Żałuje że nie zgłosiłam się do niej wcześniej ale czasu nie cofnę a w perspektywie mnóstwo lat do przeżycia, bo ja dopiero zaczynam żyć dzięki Ani.
Wcześniej wegetowałam. Ania uratowała mi zycie.

*
Witam Cię Aniu,
To pewnie będzie jedna z tych bardziej nietypowych wiadomości, bo nie jestem chora, nigdy nie miałam okazji spotkać Wilka bezpośrednio.. Piszę, bo chciałabym Ci bardzo podziękować. Pomogłaś w ostatnim czasie mojej młodszej siostrze. Nie umiem napisać jak bardzo jestem wdzięczna i jak strasznie się cieszę. Jesteś kimś więcej niż lekarzem.
Uratowalaś jej zdrowie i dalsze życie. Usłyszałam od niej, że jest wolna.
Od dawna niczego tak bardzo nie chciałam jak jej zdrowia, jak siostry sprzed Wilka.
Powiedziała mi, że spotkała na swojej drodze Anioła i to jest prawda, modliłam się o to i pojawiłaś się Ty. Oddałaś mi siostrę
Wygralyscie obie z jej Wilkiem. Życzę Ci wszystkiego co w życiu jest najlepsze, bo Ty dajesz ludziom to co jest bezcenne: zdrowie, radość z życia i końcu właśnie życie.
Jesteście wszystkie moją motywacją do zmian na lepsze.
Jesteś cudowną osobą. Dziękuję raz jeszcze.

*

Aniaaaa to wszystko dzieki Tobie,
U mnie zaburzenia odżywiania zaczęły się jak miałam 16 lat
Wiesz głodówki, diety, anoreksje…. A pozniej prawie 4 lata bulimii
Trafiłam na Ciebie i Twojego bloga i jestem zdrowym człowiekiem – bez leków, bez psychologów
Ja np teraz jem wszystko.
Naprawdę wszystko.
Jak mam ochotę to zjem coś słodkiego i w ogóle o tym nie myślę.
W życiu nie myślałam ze osiągnę taki stan wolności!
Dziękuję Ci za wszystko!
*

Przez bardzo długi okres czasu gdy myślałam o swojej chorobie uważałam ze zanim z niej wyjdę czy zacznę wychodzić będę musiała spalić za sobą wiele mostów, odbyć długa wewnętrzna podróż w której będę musiała przebaczyć niektórym osobom, inne zapomnieć, a z reszta pożegnać się na zawsze.
Zastanawiałam się, co miałabym zrobić aby widzieć ścieżkę zdrowia, nie rzygania aby jeść normalnie, nie się głodzić, aby ćwiczyć dla zdrowia, nie dla wystających kości. Zaczynajac terapie podczas której nazwałam moja chorobę nie stanem, a bulimią, nadal uporczywie doszukiwałam się konkretnej recepty, która pomoże mi żyć- nie wegetować.
Dopiero niedawno, po 4 miesiącach niewymiotowania, zdałam sobie sprawę ze miałam odpowiedz pod nosem. Tak banalna i zarazem tak trudna.
Wstałam jednego dnia, z tych listopadowych gdzie niewiele się chce, niewiele można zrobić przez pogodę i trafiło mnie to.
Nie muszę nic naprawiać, nie muszę nikomu tłumaczyć, nikogo usprawiedliwiać i nikomu wybaczać.
Jedyna osoba która potrzebuje rozgrzeszenia, jestem Ja.
Pojęłam, że muszę wybaczyć SOBIE, te głodówki, niekonczący się smutek, bezustanne wymiotowanie.
Muszę SOBIE wybaczyć te ilości jedzenia jakie pochłanialam, zmarnowany czas i miesiące a nawet lata życia.
Pojęłam ze powinnam pogodzić się z nikim innym jak z SOBĄ. Zamienić ból na walkę, a smutek na spokój, bo wybaczanie to najpiękniejsza rzecz w życiu. Musimy wybaczać innym aby tworzyć coś nowego i lepszego, muszę wybaczyć SOBIE aby być zdrowa.
Dzisiaj wstaje i mam poczucie, ze przebaczylam swojej osobie to wszystko. Nie marnuje już energii na szukanie usprawiedliwień, grzebanie w przeszłości czy rozdrapywanie ran.
Przeznaczam ją na trening, na pracę nad sobą. Wybaczenie daje spokój, ja ten spokój otrzymuje i uczę się na nowo patrzeć na świat. Potrzeba tylko/ aż pogodzic się z samym SOBĄ. Dziękuje Aniu za to, ze od Ciebie rozpoczęłam ten proces. Czasami wstaję i sama nie wierzę, że rzeczy niemożliwe naprawdę mogą stać się możliwe.

*

Zadałam sobie ostatnio pytanie: chcesz się nad sobą użalać i nadal być małą dziewczynką chowającą się za spódnicą mamusi, za każdym razem, gdy ktoś cię zrani, gdy pojawi się większy problem?
Nadal będziesz tkwić w miejscu? (…) Czy moze wreszcie dorośniesz, staniesz się KOBIETĄ, żoną, odpowiedzialną za siebie, swoje decyzje, swoje błędy, swoje wybory, swoje życie? O czym marzysz? Czego chcesz od życia? Co Cię cieszy? I tak podjęłam decyzję w ciagu jednego wieczoru.
Ale najwazniejsze: przestałam marzyć, a zaczęłam robić.
Postawiłam pierwszy krok. Następnego dnia drugi, a dziś już trzeci.. Wszystko dzieje się tak szybko, tak pięknie.. Moje życia zaczyna wyglądać tak, jak ja tego chcę..
A przecież to dopiero początek!

*

Ania mnie uratowała. Było ze mną już bardzo źle. Anoreksja, bulimia, branie psychotropów, wizyty u psychologów, psychiatrów itd. Ponad 5 lat męki. Nie potrafili mi pomóc, nie wiedzieli jak i dobijali tylko gwoździe do trumny swoimi opiniami lekarskimi.
Podczas mentoringu zmieniło się wszystko, naprawdę wszystko. Ania wyjaśniła mi w czym jest problem. I !uwaga! zawsze dawała mi konkretne rozwiązania, dosłownie wskazywała mi palcem co, jak, kiedy należy zrobić a czego nie. Byłam z nią w kontakcie 24 na dobę. Była ze mną zawsze, w najgorszych chwilach, gdy wyłam pod lodówką broniąc się przed napadem i gdy płakałam z bezsilności i bezradności.
W ciągu trzech tygodni stałam się inną, normalną dziewczyną, która wie, co chce zrobić ze swoim życiem, która zrozumiała, że nie ma nic ważniejszego i cenniejszego od zdrowia. Zmieniło się moje podejście do jedzenia. Teraz jest ono tylko jedzeniem, a nie lekiem na całe zło. Pod opieką Ani odstawiłam leki i czuję się z tym bardzo dobrze. Przestałam się ważyć, a jeszcze miesiąc temu robiłam to po kilka razy dziennie i po każdym ataku również.
Po mentoringu czuję się wolna. Czuję się tak jakbym dostała drugą szansę od życia i wiem, że to zasługa Ani, która nauczyła mnie żyć i jeść od nowa.
Ania podczas mentoringu oddaje swojej podopiecznej całą siebie, ogrom czasu, cierpliwości i zrozumienia. Dopiero u niej na mentoringu PIERWSZY RAZ ktoś powiedział mi co i jak mam robić żeby z tego wyjść. Będąc w dole i ciemnościach ktoś w końcu powiedział mi: „Obiecuję, że Cię z tego wyciągnę, że wyzdrowiejesz”. Do tej pory czuję, że Ania czuwa nade mną.
Podczas mentoringu nauczyłam się rozróżniać wilczy głos i stawiać mu czoła. Zrozumiałam, że to zawsze jest mój wybór, moja decyzja. Przestałam się nad sobą użalać i szukać wymówek. Zaczęłam regularnie jeść i ćwiczyć. Teraz treningi są dla mnie przyjemnością a nie przykrym obowiązkiem.
Razem z Anią naprawiłam swoje życie. Jeśli jeszcze się zastanawiasz, czy pójść na mentoring, a jesteś pewna tego, że chcesz ZMIENIĆ swoje życie, być wolną, normalną i szczęśliwą osobą, to nie czekaj, tylko pisz do Ani.
Dziękuję Ci jeszcze raz z całego serca. Jestem i będę wdzięczna do końca życia za uratowanie mojego młodego życia 💜💚❤

Na koniec przypominam o kursie Święta bez Wilka, na który można wskoczyć jeszcze tylko dzisiaj do 24.00