obżartuchy

Obżartuchy

W moich postach podkreślam rolę diety w powstaniu zaburzeń odżywiania. Nigdy jednak nie twierdziłam, że to JEDYNA ich przyczyna. To przyczyna NUMER JEDEN. A to duża różnica.
Trzy koleżanki zaczną się odchudzać, ale tylko jedna wpadnie w problemy. Zdecydują o tym inne czynniki, takie jak choćby perfekcjonizm, jej poprzedni sposób odżywiania, skłonność do nałogów itd.
O innych przyczynach i aspektach tych zaburzeń napisałam ponad 200 artykułów, do których odsyłam, jeżeli ktoś uważa, że uogólniam.

Jeszcze raz przypomnę schemat, który według mnie obrazuje drogę do zaburzeń:

Problem –> Niskie poczucie własnej wartości –> Dieta –> Błędne koło zaburzeń

A nie tak jak mnie uczono na moich terapiach, czy wyczytałam w książkach:

Problem –> Zaburzenia odżywiania.

Problemem może być brak miłości, toksyczny dom, odrzucenie przez rówieśników, gwałt, narkotyki, przekarmianie i dziecięce uzależnienie od słodyczy (o tych ostatnich dwóch, będzie ten artykuł)

Niskie poczucie własnej wartości też może objawiać się w inny sposób, nie tylko jako „jestem brzydka, chce być ładna”. Ktoś napisał, że chciał zwrócić w ten sposób na siebie uwagę. Nie kwestionuję.

Ale potem zawsze pojawia się próba kontroli jedzenia. Inaczej nie doszłoby do zaburzeń.

W wielkiej liczbie przypadków wygląda to też po prostu tak:

Dieta –> Zaburzenia odżywiania

Nie mówię, że ZAWSZE tak jest (uogólniam). Ale widzę to często w mojej pracy z dziewczynami. Ponad połowa moich podopiecznych tak właśnie zaczęła: chciała szybko schudnąć na ślub, albo zrobić redukcję na lato, po czym obudziła się pięć lat później w szpitalu, czy u mnie na mentoringu.

Dzisiaj chcę porozmawiać o tym co poprzedzało cała tą tragedię i od kiedy można mówić o zaburzeniach odżywiania?
Na początek oddaję głos moim czytelniczkom:

Już jako małe dziecko byłam gruba, bo cały czas chciałam jeść, matka nie nadążała z karmieniem, potem słodycze, mnóstwo słodyczy, nadwaga. Potem nagle schudłam, sama z siebie, rosłam, miałam sporo ruchu. I w tym momencie zrobiłam błąd życiowy: skoro tak ładnie schudłam, to dlaczego nie schudnąć więcej? Dieta i reszta już standardowo.

O Aniu, teraz zobaczyłam ten twój komentarz, pisałam już kilkakrotnie do ciebie o moim przypadku beznadziejnego obżartucha od dziecka. (…) także czekam na coś dla osób, które tak jak ja zaczęły się obżerać bez wcześniejszej diety. Tak oczywiście od dzieciństwa lubiłam żreć więcej niż inne dzieci I odkąd pamiętam chciałam schudnąć, bo byłam gruba I miałam kompleksy, ale chcieć schudnąć, a robić coś to dwie różne rzeczy. Nie pamiętam kiedy zaczęłam ciągle myśleć o jedzeniu, chciałam tylko ograniczyć słodycze, ale kiedy to zrobiłam, zaczęłam mieć na nie jeszcze większą ochotę…

Najpierw się obżerałam byłam grubym dzieckiem, ładowałam tony słodyczy, nie liczyłam kalorii, w wieku 13 lat chciałam ograniczyć słodycze, ale nie udało się. Jest jeszcze gorzej, zamiast schudnąć jeszcze przytyłam I mam meega napady po 4000 kcal, a nie kompensuje. Po prostu jestem nienormalna, jestem jakimś chorym wyjątkiem, paskudnym obżartuchem I tyle.

No to skąd się biorą takie „obżartuchy”?
Odpowiedzi zaczęłam szukać, przyglądając się swojemu „przypadkowi”. Co działo się zanim ja sama wpadłam na pomysł diet?

Swoje dzieciństwo pamiętam całkiem dobrze. Pamiętam też, że jedzenie odgrywało w nim bardzo ważną rolę.
Pokażę Ci kilka migawek:

Mam kilka lat. Wdrapuję się po zlewie do najwyższej szafki w kuchni, tam gdzie są schowane przede mną (!) słodycze. Wcześniej były w barku naszej meblościanki, ale jak podrosłam, zaczęłam do niej sięgać i je stamtąd wyjadać. Teraz nie mogę ich ani dosięgnąć, ani zejść. Stoję i płaczę.

Mama z ciotką powtarzają mi cały czas, że muszę zacząć uważać, bo jak nabiorę tłuszczu do dziesiątego roku życia, to on już mi zostanie na zawsze.(Nie wiem co to za teoria) Przerażona liczę ile mam lat, by zdążyć się odchudzić.
Wiem, że mówią tak, bo lubię słodycze. Cały czas się ich domagam: mamo kup mi loda, kup mi draże, kup mi wafelka.

Wczesna podstawówka: Codziennie ciągnę swoją przyjaciółkę „Ankę z dołu” do sklepu po słodycze. Bez nich mi się nudzi. Gdy Anka nie ma pieniędzy (nie dostaje kieszonkowego) podrzucam jej złotówki do kieszeni. To taki nasz milczący układ. Ona je „znajduje” i możemy iść.

Jestem z tatą w barze mlecznym „Marcinek”. Zmiatam cały obiad do czysta; ziemniaki, kotlet, surówki. Wcześniej była zupa. Tata patrzy na mnie z niesmakiem i mówi: Ale masz spust, to na pewno nie po mnie – i pokazuje swoją niedojedzoną porcję. Widzę w jego oczach to samo co wtedy, kiedy mówi mamie: Znowu jesz? A ona płacze. Potem przez lata mówi to też i mnie.

Na zawał spowodowany miażdżycą umiera mój ekstremalnie otyły dziadek. Kilka dni po pogrzebie, starszy kuzyn mówi mi, że jak będę tyle żreć, to też tak skończę. Mam koszmary przez kilka miesięcy.

Ukradkiem podgryzam cukrowego baranka ze święconki. Mam zamiar tylko skosztować. W pewnym momencie robi mi się niedobrze. Czuję to, ale „kosztuję” dalej. Mama mnie przyłapuje i krzyczy że jak my teraz pójdziemy z tym do kościoła, skoro wrąbałam całą głowę!

Takich wydarzeń pamiętam sporo i pewnie nie zwróciłabym na nie uwagi, gdyby nie natychmiastowe piętnowanie ich ze strony otoczenia.
Bardzo szybko nauczyłam się, że mój apetyt to coś nienormalnego i wstydliwego.

Ale dlaczego go miałam? Czy to już było coś patologicznego? Czy może tak po prostu działa mój organizm?
Nie jestem naukowcem, nigdy też nie zrobiłam sobie żadnych testów. Nie wiem.
Z książek dowiaduje się, że na apetyt, czy preferencję smakowe wpływają hormony (leptyna i grelina), budowa mózgu, geny, grupa krwi (podobno grupa krwi A preferuje węglowodany w diecie) no i w końcu wychowanie.
Jeżeli od najmłodszych lat czujesz, że robisz coś „złego”, zaspokajając swój głód i widzisz, że wszyscy w koło są na diecie, możesz wyciągnąć takie, a nie inne wnioski.
Nie mówię, że rodzina miała mi pozwolić objadać się słodyczami, ale mówienie „nie jedz tego”, gry robi się dokładnie to samo, raczej nie przyniosło dobrych rezultatów.

Lubiłam słodkie. Dalej lubię.
My ludzie, preferujemy ten smak. Cukier oznacza dla nas czystą energię, na przykład z owoców.
Robiono ciekawe badania na nienarodzonych jeszcze dzieciach. Okazało się, że gdy mama zje coś słodkiego, maluchy częściej łykały słodki płyn owodniowy. (Może nasze mamy jadły zbyt dużo słodyczy w ciąży? Dlatego my je tak kochałyśmy jako dzieci? Myślałam o tym, ale nie mam niestety żadnych dowodów, popierających tę hipotezę.)
A więc wszyscy lubimy słodycz, ale widocznie niektórzy bardziej niż inni.
Wczoraj dostałam list, gdzie Wilczyca opisuje jak to wyjadała cukier z cukierniczki. Jej tata robił dokładnie tak samo, gdy był mały. A więc to jakaś tendencja. Genetyczna? .

I czasami to nie ma nic wspólnego z zaburzeniami. Mój super wysportowany teść pytał mnie ostatnio, jak może skończyć ze słodyczami, bo przez nie, całe życie walczy z brzuszkiem – co prawda skutecznie, ale jest już tym zmęczony. Teść tak jak ja, ma grupę krwi A – może coś w tym jest? Kolejna hipoteza, na którą nie dam Ci satysfakcjonującej odpowiedzi.

Wracając do mojego przypadku; kolejną sprawą jest to, że w moim domu nie było wartościowego jedzenia. Nikt nie miał czasu gotować. Ojciec na morzu, mama w pracy; zestresowana i zarobiona. Zawsze powtarzała, że nie jest kurą domową i nie będzie stać przy garach. No to stołowałam się w garmażerce. Nie widziałam żeby ktokolwiek jadł śniadanie, więc też tego nie robiłam. Jadło się na noc; biały chleb z margaryną i plastrem sera. Nie przypominam sobie, by w domu były jakieś warzywa czy owoce.
Zawsze jak mama wyjeżdżała na kilka dni, babcia przychodziła się nami zajmować i wtedy było gotowanie. Pamiętam, że dziwiłam się, jak zupełnie inaczej wygląda nasz kosz na śmieci – obierki ziemniaków i warzyw, a nie jak zwykle plastikowe, lekkie opakowania po jedzeniu. Targałam go później na śmietnik,  dziwnie ciężki i zbity.

Wniosek z tego niestety jest taki, że do dania, w którym rozpoczęłam swoją pierwszą dietę, byłam karmiona bezwartościowym i przetworzonym jedzeniem. Rozpoczynałam ją więc z ogromnym bagażem niedożywienia.

No dobrze, to czy w takim razie byłam gruba jako dziecko? Zdjęcia pokazują, że absolutnie nie.
Ale tak się czułam.
Może faktycznie byłam odrobinę większa od koleżanek? A może to suma tych wszystkich uwag i komentarzy to sprawiła, że skrzywił mi się mój własny obraz? Nie wiem i już się tego nie dowiem. Nie mogę wrócić do przeszłości i spojrzeć na tamtą sytuację obiektywnie.

Fakt jest taki, że zaczęłam się odchudzać i rozpętało się piekło.

*

Czy grube dziecko to dziecko z ED?
Na blogu „Eat Like a Normal Person” znalazłam logiczne wyjaśnienia tego dylematu, które pokrywa także się z moimi obserwacjami w pracy z podopiecznymi.

Jest sobie taki maluch, któremu apetyt dopisuje, ale to samo w sobie nie jest złe. Maluch wychowuje się w rodzinie, która nie ma dobrych nawyków żywieniowych, a do tego kochana babcia wciska weń słodycze. Zresztą słodycze zajmują centralne miejsce w życiu emocjonalnym rodziny.  One mówią: kocham Cię, przytulają, dają bezpieczeństwo. O wiele lepiej niż słowa, o które jakoś trudno.
Zresztą słowa to coś, co wychodzi i znika, a czekolada wchodzi i zostaje, w postaci realnych kilogramów. Mogę zobaczyć jak skutecznie kocham swoje dziecko.

Ale w pewnym momencie wszystko wymyka się spod kontroli. Zaczyna się obżeranie.
Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że słodycze uzależniają, a po drugie ktoś kto żywi się w większości nimi, ma ogromne deficyty makro i mikroelementów. Tak jak argumentowałam już w poście „Pseudojedzenie”, ciało wie, że nie dostało ważnych składników odżywczych, więc ciągle wysyła sygnał: Daj mi jeść.
Ty to odczuwasz jako niepohamowane ssanie, a że już jesteś przyzwyczajona i nauczona jeść słodycze, sięgasz właśnie po nie. To powoduje jeszcze większe braki w organizmie i jego kolejną reakcję: Gdzie moje jedzenie??? Daj mi!!!
A Ty znowu lecisz po ciastka. Tym razem pakujesz większą ilość, kalorie się nabijają, a organizm jest co raz bardziej głodny.

I wtedy wkracza pediatra, który każe iść na dietę, albo rodzice sami się reflektują. Dietetyk, ograniczania, niskokaloryczny wióry i wata.
Jedną z moich podopiecznych zaczęto odchudzać już w wielu sześciu miesięcy. Wyobrażasz sobie jak mocno w takim wypadku jej mózg zakodował: Nie ma jedzenia. Jedzenie to coś, czego trzeba szukać, łapać i zjadać, bo nie będzie. Nic dziwnego, że od najmłodszych lat ciągnęła się za nią opinia obżartucha, który musi uważać na to co je.
Właśnie tak dziecko zaczyna kojarzyć jedzenie z czymś złym, zakazanym, ale i przynoszącym ogromną przyjemność. Czymś co robi się w ukryciu.

Kiedy jedzenie staje się nałogiem, zaczyna spełniać także funkcję emocjonalnej podpory, leku na całe zło.
Co robi palacz, gdy się zestresuje? Wyciąga papierosa.
A alkoholik, gdy czuje się samotny? Sięga po flaszkę.
A zakupoholik, gdy jest mu źle? Idzie na zakupy.
A jedzonioholik? Sięga po jedzenie.

*

Wracając do pytania: Kiedy zaczynają się zaburzenia?
Czy mój (Twój?) stosunek do jedzenia w dzieciństwie można nazwać zaburzonym?
Ok, nie jest normalne, że w wieku pięciu lat zjadłam siedem jajek z majonezem na przyjęciu (legenda rodzinna), ale może to dlatego że, przez cały tydzień jadłam tylko chleb z pasztetem i nikt nie zwrócił na to uwagi?
A może dlatego, że odziedziczyłam geny po moim otyłym dziadku?
A może mój poziom greliny bardzo powoli się obniża i nie czuję natychmiast, że jestem najedzona?

Jednak uważam, że to wszytko, co się stało przed dietą, było tylko preludium nadchodzącej katastrof – solidny fundament do późniejszego uzależnienia. Do tego doszły kolejne cegiełki: mój perfekcjonizm, niskie poczucie własnej wartości, impulsywność, łatwość „wkręcania się”. I oto jestem tym kim jestem; byłą bulimiczką- Wilczycą z piętnastoletnim stażem.
Jestem przekonana, że gdybym nigdy nie przeszła na dietę, byłabym teraz kimś zupełnie innym. Może prezesem banku, tak jak marzył mój tata? (Taki żarcik)

A Ty jak myślisz, co było wcześniej? Jajko czy kura? Objadałaś się w dzieciństwie tak sama z siebie, czy to też był tak jak u mnie, wynik wielu nieszczęśliwych zbiegów okoliczności; genów, preferencji, wychowania?
Co doprowadziło Cię do decyzji o diecie, albo o pierwszej kompensacji, jeżeli diety nigdy nie było?
Podziel się z nami swoimi przeżyciami.

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

Zawsze możesz też do mnie napisać: wilczoglodna@gmail.com

18 komentarzy

  • Joanna

    Dziękuję za ten post (i wszystkie inne) 🙂
    Wypowiem się co do grup krwi i związanych z nimi „preferencji” żywieniowych. Była taka książka kiedyś „Jedz zgodnie ze swoją grupa krwi” (jakoś tak). Na początku autor wysuwa tezę, że preferencje do określonych grup pożywienia są skorelowane z grupą krwi. Kilka razy myślałam o tym, biorąc pod lupę osoby z mojego otoczenia, których grupę krwi znam. Oczywiście – grupka ok 10 osób w żadnym wypadku nie jest żadną reprezentacją, na podstawie której można wyciągać globalne wnioski, ale…
    Mama, mąż i syn – grupa B – preferują mięso ponad produkty zbożowe, są szczupli, mogą jeść słodycze, ale nie muszą. Tato, teściowa i moja przyjaciółka – gr A – chleb, bułki, drożdżówki, ciasteczka, alkohol… Ja i moja córka – gr AB – wszystkożerne, słodycze niestety tak, tendencje do gromadzenia zapasów… Nie znam nikogo z grupą 0, więc moje obserwacje są niekompletne.
    I jeszcze jedno ode mnie w związku z dzisiejszym postem… Piszesz, że Tato Twój mówił Mamie „znowu jesz?” i Ona płakała. Mój mąż tak samo mówi do mnie, chowam się z jedzeniem, przy nim rzadko coś jem. Ale on widzi i np pyta: „gdzie się podziały ciastka?” Jak powiem, gdzie, bo przecież jestem dorosła, zarabiam na te ciastka i mam prawo je zjeść, on patrzy na mnie z pogardą 🙁 Wg niego wszystkie grube osoby to żałosne kreatury, które nie umieją powstrzymać swojego apetytu… słabe i godne potępienia. Ja to ja, mam inne możliwości podniesienia sobie poczucia własnej wartości, ale obawiam się o córkę – ma 13 lat i „tendencje do tycia”. On jej powtarza, że ma się nie objadać i „rzuca wzroki” jak ona coś więcej zje, więc ja powtarzam jej, że jest piękna, zgrabna i ma się nie odchudzać…
    Próbowałam zasadzić męża do poczytania Twojego bloga, żeby zrozumiał, że nie jestem żałosną grubaską 😉 ale na razie się broni 😉
    Pozdrawiam ciepło 🙂

    Lipiec 21, 2017 at 10:46 am
    • Mazalia

      Mam grupę krwi 0. Teoretycznie przy mojej grupie nie powinno się nie jeść mięsa. Ja sama zostałam najpierw wegetarianką, a później weganką (powody generalnie etyczne i środowiskowe, nie chodziło o chudniecie) i czuję się lepiej niż kiedykolwiek. Zwracam uwagę, żeby przetworzonego jedzenia było jak najmniej, ale oprócz tego jem to, na co mam ochotę. Też jem dużo – tata z przekąsem wytyka, że za dużo- ale mój organizm tego potrzebuje, a ja nie tyję i mam dużo energii. Tej ostatniej przybyło mi po odrzuceniu produktów odzwierzęcych- tych, które według tej „wspaniałej” książki powinny się koniecznie znajdować na moim talerzu

      Lipiec 21, 2017 at 4:20 pm
    • karola

      Współczuje Twojej córce. Pierwszy najważniejszy mężczyzna jej życia, sugeruje jej że jak przytyje to nie będzie warta jego miłości. Twoje zapewnienia tego nie zmienią…

      Lipiec 22, 2017 at 6:20 pm
      • Kafka

        Mam niestety te same odczucia 🙁 Przepraszam, że się wtrącę ale nie potrafię sobie wyobrazić jak ciężko jest nastoletniej dziewczynce słuchać takich komentarzy, które przecież podświadomie wysyłają sygnał „jesteś za gruba, nie jedz tyle”. Co niestety ale w moim przypadku na samym początku było z góry ignorowane a dopiero w późniejszym życiu zorientowałam się, że te właśnie opinie moich najbliższych (którzy nigdy na głos nie wypowiedzieli słowa ‚gruba’ czy ‚brzydka) ale podświadomie sprawiły, że odbierałam je jako ultimatum – za dużo jedzenia, za dużo kilogramów = jestem gruba / nieatrakcyjna / brzydka / niewarta miłości…co z kolei nawet w tak młodym umyśle powoduje dość proste równanie: schudnę = będę kochana.

        Lipiec 27, 2017 at 8:57 am
  • Kamila S.

    Aneczko! cieszę się ,że trochę szerzej spojrzałaś na problem powstawania ED. 🙂 Bardzo często(i tak tez było w moim przypadku) przyczyn anoreksji czy bulimii jest bardzo wiele-tak,jak napisałaś,problem w tym,ze ja jako dzieciak emocjonalnie nie byłam w stanie poradzić sobie z wieloma przezyciami,traumami,więc usilnie szukałam jakiejś(chociażby chwilowej) ucieczki od rzeczywistości. Czegos,co zagwarantuje mi zupełnie inny stan,chwilowe zapomnienie.Jedzenie było najłatwiej dostępne i świetnie spełniło tę rolę.I tak- nie załatwiało sprawy,nie rozwiązywało problemów…ale przez sekunde nie czułam bólu,dawało ukojenie.Tak też zostało na kolejne 20cia lat.Zarcie stało się narzędziem tortur.Anoreksja ,bulimia, w końcu anoreksja bulimiczna. Tak sobie myślę,ze może gdybym miała trochę twardszy tyłek i mniej wrażliwości w sobie- nie musiałabym szukac znieczulenia , przeszłabym do porządku dziennego po pewnych sytuacjach. Tego nie wiem. ta cholerna wrażliwość i wpajany od maleńkiego perfekcjonizm spowodował,że przeżywałam wszystko zbyt mocno,zbyt mocno czułam i nagle przestawało być idealnie…więc trzeba to przecież jakoś naprawić( tu się pogłodzimy,tutaj nawpieprzamy tone żarcia,tutaj zwymiotujemy).O roli rodziny i nawyków żywieniowych nawet nie piszę,bo to historia na kilka godzin 🙂 ściskam Cię mocno Czarodziejko :*

    Lipiec 21, 2017 at 10:56 am
    • Wilczo Glodna
      Wilczo Glodna

      Kicia, ja patrzę na to szerzej od dawna. Poza ostatnimi postami jest jeszcze ponad 200, gdzie mówię o tych wszystkich aspektach. Jeszcze raz, jedzenie nie jest jedyną przyczyna, ale przyczyną numer jeden.
      Wiesz, Ty słońce tyle przeżyłaś, że się nie obwiniaj o brak „twardszego tyłka”…

      Lipiec 21, 2017 at 11:02 am
      • Kamila S.

        Anulka,ja wiem,ze może i patrzysz szerzej od dawna,ale mimo wszystko często przewija sie twierdzenie,że dieta jest główną przyczyną ED. Ja się z Tobą całkowicie zgadzam,że tak też może być,ale patrząc na komentarze dziewczyn i chociazby swoją historie-bardzo często ta przyczyna tkwi gdzies zupełnie indziej. W sumie gdzie by nie leżała, to i tak odpowiednia i zbilansowana dieta jest podstawą przy wychodzeniu z zaburzeń odżywiania,więc tutaj Ci racje w 100% przyznam,z resztą Ty wiesz Słońce moje kochane,że Tobie i właśnie tej diecie zawdzieczam….hm….życie? mogę tylko powiedzieć : DZIĘKUJĘ!!!!( poraz setny chyba) :*

        Lipiec 21, 2017 at 11:14 am
  • Aga

    Ja powiem tak. Mam zdjęcie gdzieś z wczesnego okresu podstawówki i niestety byłam sporo większą dziewczynką niż moi rówieśnicy. Jako bardzo małe dziecko byłam drobna. W domu mama zawsze gotowała obiady, często były jabłka, do szkoły robiła mi kanapki. Na temat słodyczy w moim domu niestety nic nie pamiętam. Wydaje mi się, że były ale niezbyt często. I uwaga. W moim domu rodzice jakieś drobne pieniądze trzymali w szklance w szafce. I ja te pieniądze podbierałam (często nawet tacie z portfela, ba, nawet koleżance z plecaka kradłam kilka złotych bardzo często!) i szłam do sklepiku szkolnego. Zdarzało się to często więc zapewne stało się nawykiem i nałogiem. Więc z perspektywy czasu nie dziwie się, że byłam większa niż inne dzieci. Właśnie dlatego czułam się beznadziejnie, szybko pojawiły mi się rozstępy na udach, biodrach, łydkach… I nie, nie kilka, a całe mnóstwo. Mam je do tej pory. Dzieci odkąd pamiętam wyśmiewały się ze mnie, tzn. koledzy z klasy, ich koledzy… Nazywali mnie „schaboszczakiem” ……. Kiedyś wróciłam z płaczem do domu, mój brat się wkurzył i poszedł do tego jednego chłopaka, a ten do niego pyskował… Koniec końców na koniec gimnazjum i początkiem liceum miałam depresję. Potrafiłam się uczyć i ni stąd ni zowąd wybuchałam płaczem… Nie potrafiłam cieszyć się życiem a byłam taka młodziutka… Byłam/jestem mega zamknięta w sobie, później władowałam się w nieodpowiedni związek, później kolejny (ten krótko, poprzedni 3,5 roku). Zawsze byłam nieszczęśliwa z powodu tego jak wyglądałam. Więc moja przyjaciółka (byłam już wtedy na 3 roku studiów) pokazywała mi zdjęcia metamorfoz z profilu Chodakowskiej, przykładowe jadłospisy, kupiła mi nawet książkę. I tak się zaczęło. Schudłam w sumie 10kg, tyle że jak wróciłam na wakacje do domu i nie miałam za dużo swoich pieniędzy to zaczęłam np. na kolacje jeść same warzywa, tłuszcze praktycznie wywaliłam ze swojej diety stąd brak okresu na jakieś pół roku. W międzyczasie zaczęłam dorabiać sobie w sklepie i skończyło się tak, że nakupowałam stertę słodyczy i to wszystko wpieprzyłam. Czułam się jak na haju. Później się znowu przytyło, schudło, przytyło. Błędne koło.
    Pamiętam, że mama czasem dawała mi złotówkę na ciastka (wtedy było taniej jeśli chodzi o ceny) i szłam przed szkołą i sobie je kupowałam. Ale absolutnie jej za to nie winię; mogłam nie kraść tych pieniędzy itd. Dziś już to nie ma znaczenia.
    To tak w skrócie moja historia. A i na sam koniec napadów było mi tak niedobrze, że chciało mi się wymiotować i parę razy próbowałam wymiotować, ale koniec końców mówiłam do siebie, że wpakuje się z deszczu pod rynnę i na szczęście obyło się bez wymiotowania.
    Dziś już jest o wiele lepiej dzięki Tobie Aniu 🙂

    Lipiec 21, 2017 at 11:09 am
  • aronia

    W dwóch Twoich schematach na początku jest problem – gdyby go nie było, to nie byłoby obżarstwa ani diety.
    Chyba nie ma co kruszyć kopii o to co było pierwsze: dieta czy obżarstwo. Jeśli na początku była dieta, to ona spowodowała obżarstwo a jeśli na początku było obżarstwo, to ono spowodowało dietę i błędne koło się zamknęło. I tak doprowadziło nas to do jednego: do nałogu.

    Lipiec 21, 2017 at 12:04 pm
  • J.

    Zawsze byłam pulchna, od dziecka dopisywał mi apetyt, z czego bardzo cieszyły się moja mama i babcia. Zawsze dostawałam do jedzenia to czego sobie zażyczyłam. Oczywiście do tego tona słodyczy, kupowanie sobie cichaczem w sklepiku szkolnym kolejnych porcji słodkości… efekt – czułam się brzydka i nielubiana. Ale niepotrafilam się pohamować w jedzeniu. Od zawsze jedzenie było dla mnie bardzo ważne i z resztą nadal tak jest. W liceum zaczęła się dieta pod okiem dietetyczki, schudłam 15 kg, poczułam się o wiele lepiej, bardziej pewna siebie. Po 2 latach przestałam uważać na to co jem, wróciły dawne nawyki i znowu mi się przytyło. Kolejne wizyty u dietetyczki, potem sama sobie zaczęłam ustalać dietę i włączyłam do tego treningi – to dało mi najlepszy rezultat jeśli chodzi o wagę. Byłam szczęśliwa i dumna z siebie. Ale od pół roku miewam regularne napady na słodkie. Obżeram się do bólu, a potem płacze i uzalam się nad sobą. Nie wymiotuje choć próbowałam. Staram się trzymać „czystą michę”, ale wytrzymuje max dwa tyg. Za każdym razem obiecuje sobie ze juz więcej nie będę się przejadać, tym bardziej ze przez to przytyłam 3 kg z którymi źle się czuje. Oby tym razem udało mi się  powstrzymać te ataki

    Lipiec 21, 2017 at 12:18 pm
  • edyta

    grupa krwi B-, od dziecka kochałam smak słodki, słodycze, drożdżówki, CIASTA, bułeczki, produkty mączne, chipsy. Myślę, że to przez przekarmianie i ładowanie słodyczy ze strony babci, od urodzenia praktycznie, zawsze i wszędzie słodycze, miłość przez słodycze. Nigdy nie byłam gruba, wręcz chuda ale zawsze czułam się gruba, zawsze miałam manie odchudzania, bałam się za dużo zjeść żeby ktoś nie powiedział na głos, że za dużo zjadłam. Perfekcjonizm- owszem, niskie poczucie- wartości- owszem, toksyczny ojciec -owszem, brak okazywania miłości ze strony matki -owszem, ale to właśnie uzależnienie od słodyczy od maleńkości myślę, że jest głównym problemem, moim i wielu osób. Teraz jest większa świadomość, ludzie coraz częściej zdają sobie sprawę, że słodycze są bardzo niezdrowe i dziecku lepiej przynieść owoc lub książkę ale 20 lat temu tej świadomości nie było, zresztą do tej pory starsze osoby(babcie) ładują w dzieci słodycze i myślą, że są super. Po latach tej patologi wiem, że podstawą jest wartościowe, odżywcze, „czyste” jedzenie, które zaspokoi głód i wszystkie potrzebne składniki odżywcze, żeby nie mieć napadów głodu, ale niestety w „zwykłym polskim domu” podstawą odżywianie jest biały chleb, biała mąka, biały makaron, biały cukier i tona najtańszych słodyczy, plus gazowane napoje lub inne soki, wystarczy przejść się do sklepu i zobaczyć co ludzie wkładają do koszyków i co matki dają dziecku do jedzenia np. na spacerach : biała buła lub słodycze, jakieś ciasteczka, czy chrupki i słodkie napoje to podstawa!!! NIESTETY najgorsze jest to , że UZALEŻNIENIE OD SŁODYCZY I SŁODKIEGO SMAKU pozostaje z nami na resztę życie i nawet jak sobie z tym poradzimy to zawsze pozostaje gdzieś głęboko świadomość, że coś jest nie halo(jeżeli nawet na co dzień nie przywiązujemy do tego uwagi, odżywiamy się zdrowo i nie jemy śmieciowego jedzenia).

    Aniu , mam do Ciebie pytanie, ponieważ czasem opisujesz, swoje jedzeniowe „perypetie” z dzieciństwa, czy wybaczyłaś swojej matce to, że w jakimś stopniu(oczywiście tylko w „jakimś”, jesteśmy dorosłymi osobami i każdy odpowiada za siebie ale jako dzieci nie mamy takiej świadomości, a nawyki wpojone nam w dzieciństwie(nawet w życiu płodowym) mocno zakorzeniają się na całe życie i czasem nie łatwo z nimi wygrać) to Ona przyczyniła się do Twoich zaburzeń?? i czy w ogóle ją za to winiłaś kiedyś?pozdrawiam

    Lipiec 21, 2017 at 12:26 pm
    • aronia

      Zgadzam się jak najbardziej, że słodycze i przetworzone jedzenie jest bardzo uzależniające. Chyba większość napadów obżerania się powodują właśnie słodycze a raczej cukier, który jest w wielu przetworzonych produktach, nawet w tych słonych.

      Lipiec 21, 2017 at 1:07 pm
  • Ania The Wolf

    Ciekawe… Też kiedyś „zahaczyłam” o książkę związaną z odżywianiem się zgodnie z naszą grupą krwi. Z tego, co było napisane to gr A jest najlepszą opcją pod wegetarianizm. Już wiem, skąd mnie tak do tego ciągnęło, a teraz do weganizmu. Najadam się tylko węglowodanami (kasza, ryż, makaron, warzywa, owoce), natomiast po samym białku z warzywami szybko robię się głodna hehe. Mój brat ma gr B i lubi bardzo mięso oraz nabiał, a mój tata ma gr 0 – taki przeciętny mężczyzna, wychowany na mięsie i nabiale, za czym też przepada (np. schabowy z ziemniakami i mizerią – idealny dla niego obiad). Myślę, że coś w tym jest, ale też nie ma co się w to wszystko „wkręcać” 😛 Ja też szybko „wariuję” na różnym punkcie 😉

    Nigdy nie byłam obżartuchem. Zawsze jadłam normalnie. Moja mama była i jest uzależniona od słodyczy, zresztą jak moja siostra. Ale u mojej siostry nie rozwinął się perfekcjonizm w takim stopniu, jak u mnie, gdzie osiągał zawsze apogeum. Dlatego jak siostra się odchudzała (tzn. odmawiała sobie słodyczy i zaczęła trochę biegać) to nie wiązało się to z tragedią i jakimś szczególnym efektem jojo oraz rzucaniem się na ograniczone wcześniej produkty. Zawsze też miała ona wysokie poczucie własnej wartości, czuje się ładna i nawet zgrabna ze swoimi nadprogramowymi kg, akceptuje siebie. Jak chce coś zmienić, to rusza się z kanapy i już 😉 Niestety, ze mną bajka była z goła inna…

    Uważam, że wszystko ma znaczenie… osobowość, nasze tendencje do nałogów, podatność na wpływy z otoczenia, genetyka, uwarunkowania, sposób odżywiania się, stosunek rodziców do dzieci, nasz stosunek do nas samych itp. itd.

    W większości tak jest, że osoba – dziecko czy dorosły człowiek – która posiada nadprogramowe kilogramy oceniana jest bardzo negatywnie. I nikt nie zastanawia się, czego to jest wynik. A szkoda. W naszym społeczeństwie brak empatii i zrozumienia. Mam jednak nadzieję, że się to zmieni. Moja siostra, np. potrafiła nieraz skomentować jakąś dziewczynę, która była ubrana w legginsy, a jej hm sylwetka nie pozwalała na to, aby ładnie w nich wyglądała, i w takim momencie zawsze próbuję ją uświadamiać, że może ma problem, a może lubi samą siebie i jej to nie przeszkadza. Dodaję zwykle, że ja to podziwiam takie kobiety, bo są wolne, śmieją się, żyją itd. (chodzi o te, które czują się ze sobą wprost idealnie) 🙂 Siostra tylko wysyła w moją stronę dziwny wzrok, niczego nie rozumiejąc, ale ja się w to już nie zagłębiam eh.

    Pozdrawiam gorąco Mądra i Niesamowita Kobieto <3

    Lipiec 21, 2017 at 12:42 pm
  • Paulette

    Ja z kolei gdy byłam mała, byłam całymi dniami sama w domu (jeszcze przed podstawówką), tata w pracy albo z kochanką, mama zarabiająca na nas. Gdy byłam taka mała to mama zawsze przygotowywała mi jedzenie: całe śniadanie mistrzów 🙂 nie było przetworzone, był i banan, i pieczywo, serek wiejski (który uwielbiam do dziś). Wiadomo, coś słodkiego też. Ale myślę, że to jedzenie wtedy oznaczało dla mnie taki wyraz miłości, zadbania rodzica i kojarzyłam je zawsze dobrze. Potem zaczęło się wyjadanie słodyczy z szafek itp. Zawsze lubiłam słodkie. Zresztą ogólnie lubiłam jeść. Ale nigdy nie byłam gruba, więc nie mogło to być jakieś mega obżeranie się. Odchudzać zaczęłam się w wieku dojrzewania, ograniczając sobie oprócz słodyczy, wszystko co zawiera cukier (chleb, makarony, ziemniaki, kasze, owoce itp – głupia dieta).

    Lipiec 21, 2017 at 4:04 pm
  • Asia

    Aniu, dziękuję za ten post baaaardzo <3 Czytając go przypomniałam sobie mnóstwo podobnych sytuacji z mojego dzieciństwa, wyżeranie placków po komunii, wykradanie słodyczy z szafek, żebranie od rodziców na lody, to, że jedzenie zawsze było dla mnie ważne oraz uświadomiłam sobie, że na to, że wpadłam w zaburzenia odżywiania wpływ miało wiele czynników: cechy mojego charakteru, tak wiele mam ich podobnych do ciebie(!) również tak łatwo się we wszystko wkręcam, tak szybko, jestem perfekcjonistką, a moje poczucie własnej wartości od 6-cio letniego dziecka sięga zera. Pamiętam jeszcze, jak podczas każdej imprezy bałam się jeść przy gościach, że będą się patrzyć ile nakładam i komentować to, że taka gruba jestem, to nie powinna tyle jeść, dlatego zawsze po imprezie wyjadałam wszystko co zostało, albo ukradkiem nakładałam sobie pełne talerze w kuchni. Pamiętam niby życzliwe komentarze ciotek, że "dobrze wyglądam i nic mi już nie brakuje" i te szydercze uśmieszki, pamiętam zdegustowanie rodziny po wypaśnym obiedzie dwudaniowym w restauracji, kiedy mój brat i kuzyn zostawili po pół drugiego dania a ja miałam ochotę na deser i to hasło " ale ty masz spust". Potem to jak schudłam( ok.7 kg), samoczynnie+ trochę urosłam(5 cm), kiedy miałam koło 13,5-14 lat i wtedy zawistne komentarze "jaka ty jesteś chuda, matko, same kości" (45 kg, 160 cm). No to zadowolona dawaj, chcę schudnąć więcej, podoba mi się to, ograniczamy słodycze, czytamy tony artykułów o zdrowym odżywianiu i zaczynam myśleć tylko o jedzeniu. Skutek: obsesja, potajemne wyjadanie słodyczy, kupowanie słodyczy, wyrzuty sumienia, próby kompensacji(jakieś ćwiczenia, bieganie, próby wymiotów, niejedzenie kolejnego dnia) i plus 12 kg, regularne, praktycznie codzienne przejadanie się do dziś, rozstępy i znienawidzony cellulit. Jeszcze do tego pogłębiony odwieczny kompleks małego biustu, który oczywiście nie miał zamiaru w ogóle urosnąć( sylwetka gruszka cały tłuszczyk oponka, biodra, tyłek, uda i łydki), co przy szczupłej sylwetce było jeszcze akceptowalne, teraz, u 17 latki z nadwagą jest wręcz śmieszne. No i jesteśmy w punkcie wyjścia, nadwaga jak przez całe życie, wyłączając jakiś rok, kiedy nieświadomie schudłam i wyglądałam w porządku. Wiem, że strasznie się rozpisuje, pewnie nikomu nie chce się tego czytać, ale to pomaga, to oczyszcza, pomaga pogodzić się z tym co było. Naprawdę, tu na tym blogu podzielenie się tym z wami to najlepsza terapia. Podsumowując: złe nawyki z dzieciństwa, odwieczne przewrażliwienie na punkcie własnego wyglądu, niska samoocena, wysokie wymagania wobec siebie, perfekcjonizm, nieprzychylne komentarze ze strony otoczenia i traktowanie jedzenia emocjonalnie, nie jak paliwa, ale jak miłości, nagrody, uwielbienie do słodyczy, to, że u mnie w rodzinie dużo osób ma nadwagę i uwaga uwaga, grupa krwi A(!), to pewnie część czynników, które przyczyniły się do ED u mnie. Dziękuję za wsparcie, mnóstwo wiedzy i rozjaśnienie na tym blogu chociaż trochę tego wszystkiego, szczególnie tego, że BULIMIA TO NIE CHOROBA, TYLKO PASKUDNY NAWYK, UZALEŻNIENIE, ŻE MOŻEMY Z TEGO WYJŚĆ, NIE TRZEBA DO TEGO NAPRAWIANIA CAŁEJ SWOJEJ PRZESZŁOŚCI I LAT WIZYT U TERAPEUTY. To dało mi mnóstwo nadziei, kiedy myślałam, że ja po prostu już jestem "taka psychiczna", że od dziecka taka byłam i to kolejne zaburzenie mojej rozchwianej psychiki. Dziękuję jeszcze raz Aniu, za to, co robisz, to niesamowiteee. Dziękuję Bogu, że znalazłam twojego bloga.

    Lipiec 21, 2017 at 5:30 pm
  • kitek

    Witam, w moim domu było b.podobnie! Nie pamiętam żeby ktoś mi szykował śniadanie czy kolację, a że w domu tak jak piszesz nie było owoców, warzyw to 
    szykowałam kromkę z serem i tak przez tydzień, później już 5 bułek i wszyscy się dziwili gdzie to się mieści w moim brzuchu. Obiad gotowała babcia i to taki którego przeważnie nie lubiłam więc nie jadłam i znowu bułki i jeszcze raz bułki. Dziś to mój zapalnik,po drodze były diety…dużo diet, wprawdzie nie mam bulimii ale z kompulsywnym jedzeniem walczę od lat i jak na razie przegyrwam, ale jestem Ci b. wdzięczna za tego bloga!!! Dzięki i pozdrawiam, kiedyś mi się uda.

    Lipiec 22, 2017 at 6:19 am
  • Wiecznie głodna

    Grupa krwi 0 – bez mięsa umieram z głodu 😉 nie najadam się kaszami, ryżem, owocami itp. najpierw jestem tym zapchana i ciężka a za moment głodna. Po tłustym i mięsnym posiłku mam dużo energii i czuję się leciutko 🙂 jajecznica z 5 jaj na smalcu? Jasne! 🙂

    Lipiec 22, 2017 at 1:42 pm
  • Monika

    Dla odmiany napiszę jak to jest, kiedy w domu jest dobrze;)
    Ja tez czułam się za gruba ( chociaż nie byłam) i zaczęłam się odchudzać ( historia jak wszystkie), nie zachorowałam na anoreksję ani bulimię chociaż pewnie miałabym ku temu spore tendencje. Skończyło się po prostu tym że ciągle myślę ze powinnam się odchudzać, zaczynam nie udaje się, znowu zaczynam itd.
    Ale nie o tym chciałam mówić. Myślę że nie popadłam w większe tarapaty ze względu na to ze u mnie w domu jada się śniadania, były obiady z warzywami, jadłyśmy dużo owoców, mama ma zdrowe podejście do diet i swojego ciała ( czasami jej tego zazdrościłam) Tato je normalnie, siostra też. Nikt mnie nigdy nie krytykował ani za jedzenie ( prędzej za niejedzenie) ani za wygląd. Jestem niemal pewna, że gdyby nie to, sprawy potoczyłyby się inaczej. Współczuję osobom, które opowiadają, ze ktoś je próbował w domu odchudzać lub krytykował za jedzenie, to jest nie do pomyślenia.
    Pozdrawiam Was Piękne, trzymajcie się 🙂

    Sierpień 3, 2017 at 5:56 am

Skomentuj

INSTAGRAM