Trzy tygodnie temu ogłosiłam, że odrobinę (odrobinę!) przytyłam i muszę coś z tym zrobić.
Moje wyznanie, oprócz słów poparcia, wzbudziło także wiele kontrowersji – że to nawrót, że kombinuję i że w ogóle wstyd i hańba.
Myślę, że większość tych komentarzy wynika z niezrozumienia czym dla mnie jest „odchudzanie”.
A jest tym, co opisałam w książce „To nie jest dieta” – robieniem zdrowych nawyków.
Nie głodzeniem się, nie katowaniem i nie źródłem frustracji.

To jak realizowanie przepisu; tym razem – na ciało.

Każdy z nas ma taki.
Jest to zestaw przyzwyczajeń, które tworzą je, w takiej a nie innej formie
– ciało wysportowane, ociężałe, wychudzone, sprawne, słabe, szczupłe…

Gdyby można było zapytać osoby na ulicy, jak „robią” swój wygląd (bez obawy, że się dostanie po głowie), odpowiedzi byłyby mniej więcej takie:

Przepis na ciało otyłe (Pan Marian, księgowy, lat 49):

Jedz jak najwięcej smażonego – w szczególności dużo tłustego mięsa. Do tego furę białego chleba.
Po każdym posiłku koniecznie spożywaj deser. Upewnij się, że jest to coś przetworzonego, pełnego węglowodanów prostych.
Nie jedz warzyw, ani owoców.
Pij dużo słodkiej herbaty, napojów gazowanych i piwa.
Spędzaj wolny czas przed telewizorem.
Poruszaj się wszędzie samochodem.

Pierwsze efekty pojawią się już po dwóch tygodniach.

Przepis na ciało szczupłe (Beata, studentka, lat 24):

Hmm, no nie wiem… To tak: jedz jak jesteś głodna i kończ jak się najesz.
Jedz różnorodnie i dbaj żeby w każdym posiłku były jakieś warzywa.
Wybieraj raczej żywność nieprzetworzoną.
Idź ze trzy – cztery razy w tygodniu na siłownie, albo pobiegaj. Ruszaj się, ale bez przesady. Wcale nie musisz ćwiczyć codziennie. Pamiętaj, to ma Ci sprawiać przede wszystkim przyjemność.
Czasami możesz sobie pozwolić na jakieś słodycze, bo wszystko jest dla ludzi, ale nie czyń z tego nawyku.
Pij dużo wody – tak mówią specjaliści w telewizji i pewnie mają rację. Ja piję.
Przejdź się piechotą zamiast jechać autobusem.
Mój przepis jest fajny, bo nie trzeba przy nim za dużo rozmyślać wadze, makroelementach i planach treningowych.
Samo się robi.

Przepis na ciało wychudzone (Kasia, licealistka, obecnie pacjentka szpitala, lat 18):

Najpierw naczytaj się głupot w internecie i naoglądaj Instagrama. Zdołuj się tym i zasmuć.
Potem przejdź na dietę 1200 kalorii. Wytrwaj na niej dopóki będziesz chudnąć.
Po dwóch miesiącach to się skończy i waga stanie.
Wtedy zmniejsz kalorie o połowę.
Odstaw słodycze, chleb, nabiał, kasze, ziemniaki, warzywa strączkowe i w ogóle większość produktów spożywczych.
Najlepiej odstaw zupełnie jeden, albo dwa makroskładniki. Polecam węglowodany i tłuszcz.
Wtedy zaczną wypada Ci włosy i nie będziesz miała siły na nic. Ignoruj to.
Jedz tylko light, po czym idź na kilka godzin na siłownie.
Jeżeli było za mało, ćwicz w środku nocy w domu.
Zerwij wszelkie kontakty towarzyskie w obawie, że znajomi mogą wyciągnąć Cię na pizzę.
Jak wsadzą Cię do szpitala, znaczy że jesteś na dobrej drodze.
Niedogodny efekt uboczny przepisu – zrujnowane życie.

Przepis na ciało wysportowane (Bartek, lat 29 i Ala, lat 31 – para sportowców):

Chodzimy regularnie na siłownię, gdzie realizujemy nasz plan treningowy. Bartek jest trenerem personalnym i dlatego musi dobrze wyglądać. To jego praca.
Ja jestem dietetyczką i ustalam nam dietę.
Wszystko co robimy jest dokładnie przemyślane; mamy ogromną wiedzę na temat treningów i żywienia, którą stosujemy w praktyce.
Dbamy bardzo o właściwe posiłki i o odpowiedni odpoczynek pomiędzy treningami.
Jeżeli chcesz skorzystać z przepisu na wysportowane ciało, zasięgnij rady specjalisty, ponieważ źle wykonany przepis może poważnie odbić się na zdrowiu!
Uwaga, przepis jest bardzo czasochłonny i wymaga całkowitego przeorganizowania życia.
Jeżeli nie jesteś profesjonalnym sportowcem, nie ma potrzeby byś go wykonywała.

*

I tak to właśnie jest.
Nie ma czegoś takiego jak odchudzanie się – coś tymczasowego, co skończy się wraz z ostatnim dniem diety.
Jest tylko trzymanie się wybranego przepisu.
Tak samo jak gdy wykonujesz przepis na szarlotkę, to masz pewność że nie wyjdzie Ci z tego sernik, tak wykonując przepis na dane ciało, dostaniesz takie ciało.
Ot cała filozofia.

A teraz garstka moich przepisów na siebie.

Przepis na Annę G. z bulimią ( przepis realizowany w latach 1999 – 2014):

Weź przepis na wychudzoną sylwetkę (powyżej) i realizuj go skrupulatnie przez kilka miesięcy, zmniejszając co jakiś czas kaloryczność.
Kiedy osiągniesz 0 kalorii, poczekaj przynajmniej tydzień, aż instynkt samozachowawczy spanikuje.
Wtedy doświadczysz pierwszego napadu objadania się.
Koniecznie zrekompensuj go wymiotami i dalszą głodówką.
Kiedy napady zaczną się powtarzać regularnie, wiedz że właśnie tworzy się w twoim mózgu solidne błędne koło.
Niedługo to stanie się nawykiem, a potem nałogiem.
Voila, bulimia gotowa!
Teraz wystarczy po prostu nic nie zmieniać.
Nie niepokojone błędne koło będzie toczyć się już samo, prawdopodobnie do końca życia.

Przepis na Annę G. rozmiar 36 (od końca 2014 – do końca 2016 i od 15.02 do dnia dzisiejszego):

Pilnuj jakości swoich posiłków. Jedz w 90% jedzenie nieprzetworzone. Gotuj.
Nie podjadaj bez sensu.
Rób przerwy w pracy po to, by się trochę poruszać.
Ćwicz regularnie.
Nie jedz na noc.

Przepis na Annę G. rozmiar 38 (od początku 2017 – do 15.02.2017):

Zaniedbuj swoje posiłki. Jedz rzeczy gotowe, nie poświęcaj czasu na zakupy i gotowanie.
Wykręcaj się, że nie masz czasu.
Siedź przed kompem cały dzień bez przerwy.
Nie miej czasu na ćwiczenia.
Podjadaj bez sensu.
Jedz na noc.
Na efekty nie będziesz musiała długo czekać.

*

Teraz postanowiłam wrócić do realizacji przepisu na Annę G. rozmiar 36.
On mi po prostu bardziej smakuje.

Ale jest jeszcze jeden powód:

Ja po prostu siebie kocham.
I to zawsze tak samo – w rozmiarze S czy M.
Moich uczuć nie zmieniłby nawet rozmiar XL, czy XXXL
Ale właśnie dlatego, że siebie kocham, nie dopuszczę do takiej sytuacji.

Analogicznie: kochałabym mojego chłopaka, bez względu na rozmiar jego ciuchów.
Ale gdyby nagle zaczął bardzo tyć, zareagowałabym.
Na tym polega miłość, prawda?
Na mądrym dbaniu o drugiego człowieka, a nie na przyklaskiwaniu wszystkiemu co robi.

*

Tak na koniec dnia, nie jest ważne ile ważysz teraz, ale jaki przepis realizujesz i czy robisz to z miłością do siebie.

Kiedy ogłosiłam, że postanowiłam trochę zrzucić, ktoś wyciągnął moje własne słowa przeciwko mnie:
„Wszyscy kiedyś umrzemy, więc nie ważne jest czy ważysz teraz jeden kilogram więcej czy mniej.
A dla Ciebie jakie znaczenie będzie miało za piętnaście lat, ile ważyłaś 18.10.2016?”
Że taka nieautentyczna jestem.

To oczywiście było napisane w złej intencji (takie słówko na h.) i powinnam to zignorować, ale to akurat bardzo ważne, więc odpowiem:

To ile teraz ważę, nie ma najmniejszego znaczenia.
Zero.
To tylko kwestia kosmetyczna i ewentualnej niewygody związanej z ciuchami.

ALE ma znaczenia jakie dzisiaj mam nawyki.
Bo one ukształtują moje nawyki jutro.
A jutrzejsze nawyki ukształtują moje nawyki za 10 lat.
A one ukształtują moje całe życie.

A więc chcę je tylko i wyłącznie dobre.
Bo chcę mieć dobre życie.