newsletter

Uciekający czas i panna młoda

Raz na dwa tygodnie wysyłam do moich drogich subskrybentów prywatny newsletter, w którym opowiadam o sprawach nie związanymi z jedzeniem. Tak pokazuję mój prywatny świat.

Wczorajszy mail wzbudził jednak tak wielkie zainteresowanie – tyle listów i prywatnych wiadomości, że postanowiłam wyjątkowo opublikować go tutaj.

Jest to krótka historia o czasie, miejscach i o moim niedoszłym ślubie.
Mam nadzieję, że Ci się spodoba.

*

Zadam ci pytanie: Skąd przychodzisz?

Już od dziecka wiedziałam, że chce więcej. Tak, dzieci wiedzą bardzo dużo. W sumie to dzieci wiedzą wszystko. Myślę, że takie przychodzą na świat.
A potem następuje proces zapominania – zapomina się o swojej kreatywności, o nieposkromionej radości, o wolności, o tym że wszystko jest takie proste.

Ja przez całe moje dotychczasowe życie zdołałam zapomnieć o wielu rzeczach, ale nie o tym, że zawsze chciałam więcej.
Co to znaczy?
Na pewno nie to, że chciałam mieć więcej pieniędzy. Ani nie to, że chciałam mieć więcej przyjaciół, lepsze stopnie, ładniejsze ciuchy. Tak, wiadomo, to też, kto by nie chciał?
Ale ja marzyłam o czymś WYŻEJ – ponad.
Chciałam przebić się przez śliską błonę łożyska, jaka otaczała nas wszystkich we wczesnych latach 90tych. Tak jakbyśmy się mieli wszyscy dopiero urodzić.

W domu słyszałam takie prawdy:
Kiedy będziemy bogaci to zrobimy to, pojedziemy tam. – Mama
Kiedy będziesz dorosła, to będziesz na pewno naukowcem/lekarzem, jesteś taka mądra. – Tata
Kiedy będę na emeryturze, to przeczytam te wszystkie książki. – Mama
Kiedy – wtedy -kiedy – wtedy.
Jak bujanie się z nogi na nogę w ciągły, wiecznym i cierpliwym oczekiwaniu na bóle porodowe.
Po to, aby w końcu z krzykiem chlupnąć w życie.

*

Moje rodzinne miasto było od zawsze naznaczone melancholią.
Ciągle pamiętało pogrom miejscowej ludności, jaką urządzili mu wyzwoliciele Sowieci.
Niemcy sobie na to zasłużyli. – mówił tata – To oni wywołali wojnę, a jak się doigrali zemsty, to w płacz. Dobrze im tak!
Żyliśmy więc ramię w ramię wraz z duchami owych wymordowanych obywateli Rzeszy – chodziliśmy z nimi do szkoły i do przychodni, które mieściły się w starych, poniemieckich budynkach.
Bo jak coś było stare, to było poniemieckie.
Te dwa słowa używało się wymiennie.
Dopiero jako dorosła osoba, gdy wyjechałam na studia do Krakowa, zrozumiałam, że to nie są synonimy.

Miasto miało także swój ukryty skarb, który wyciągało na stół raz do roku – bliskość morza.
Raz do roku nie było lepszego miejsca na ziemi!
To wystarczyło, aby moje wspomnienia o nim były, na zawsze, dobre.

Jako dziecko chciałam poznać to miasto we wszystkich jego szczegółach.
Chciałam iść do piaskownicy bardziej oddalonej od domu, dłużej niż inni biegać po podwórku, wyżej włazić na drzewa i dalej jechać autobusem. Co jest za kolejnym rogiem? No co?
Nigdy nie było mi dosyć tego pytania.

Pamiętam dzień kiedy poznałam koncept miejsca i przestrzeni. Mama wyciągnęła mapę i pokazała mi, że tu jest nasze miasto, a tu jest nasz kraj.
Długo nie mogłam zrozumieć, że jedno zawiera się w drugim.
Więc nasze miasto jest w naszym kraju? Nie odwrotnie? Na pewno? Tak jak ruskie matrioszki? Mniejsza w większej.
– A co jest poza naszym krajem? W jakiej większej babie siedzimy? – pytałam zachwycona.
– Większa jest Europa.
– A jeszcze większa?
– Ziemia.
– Taka ziemia jak w ogródku?
– Tak, tylko, ze mieszkają tam inni ludzie – o czarnej skórze, albo o żółtej.
– A możemy ich odwiedzić?
– Jak będziemy bogaci.

Niedługo potem, latem 1991 roku, pojęłam koncept czasu.
Pamiętam dokładnie ten moment oświecenia. Po nim nic już nie było już takie samo.
Byłam z mamą w osiedlowym banku. Na ścianie wisiał kalendarz z ogromnym zdjęciem pola słoneczników. W końcu był lipiec. A może sierpień?
Lato i lepkie linoleum.
– Mamo, dlaczego tu jest taka cyfra? – zapytałam rezolutnie.
Potrafiłam już liczyć do tysiąca, wiedziałam więc, że 1991 to bardzo dużo.
– To rok który teraz mamy. Każdy rok ma swoją cyferkę. Poprzedni miał cyfrę 1990 a kolejny…
– 1992!- Krzyczę i nagle wszystko rozumiem, wszystko!
Potem w domu przeglądam stare numery pisma „Miś” – 1989, 1987 – i czuję upływ czasu.
– Mamo to ja też będę dorosła jak ty, jeżeli przeczekam czas?
– Tak, będziesz.
– A mogę bez czekania?

Drugie pytanie będzie trudniejsze – Dokąd idziesz?

Za kilkanaście dni kończę 25 lat – symboliczne urodziny, ćwierćwiecze, niedająca się ukryć dorosłość. Tak właśnie powtarzam sobie w myślach i czuję skurcze strachu.
Nie zdaję sobie sprawy jak bardzo jestem jeszcze młoda.
Jak ta wczesna wiosna, co właśnie się zaczyna.

Niedawno wróciłam z półrocznego stypendium we Włoszech.
Teraz wystarczy tylko wywietrzeć zapach pizzy i pasty z głowy i wrócić do normalnego życia.
Tak sobie powtarzam, bo tak mówi też mój wieloletni partner. – Ocknij się dziewczyno, jak długo zamierzasz żyć marzeniami? Życie to nie bajka! W życiu trzeba pracować, zapewnić sobie stabilizację, trzeba się pobrać, trzeba kupić mieszkanie i zacząć myśleć o dziecku! Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie.
I nawet nie musi mówić tego na głos, wystarczy, że patrzy tak na mnie, gdy ja siedzę i znowu patrzę w okno.
Tak wiem, ma racje. Miałam swoją ostatnią szaloną przygodę.
Tak się umówiliśmy, a ja obiecałam, że już nie będę. Jestem jak dziecko, które było niegrzeczne, a teraz musi się poprawić.
Za kilkanaście dni, M. klęknie przede mną i spełni moje wieloletnie marzenie – oświadczy mi się. Czuję to… wiem. Widziałam jak szeptał coś do siostry i jak ona potem tak na mnie patrzyła.
Widziałam uśmieszki jego przyjaciół, gdy padł temat wesela znajomych. „Teraz wasza kolej”.
Tak nasza kolej.
To dlaczego w ogóle się nie cieszę? Znowu zmieniłam zdanie?
Czy ja już sobie nie mogę ufać w nawet najbardziej podstawowej kwestii!?
Czego ja chcę? Dokąd idę ze swoim życiem? W małżeństwo, w kredyt, w dzieci?
Dlaczego dałam się przekonać, że to są moje marzenia?

A przecież dopiero we Włoszech zobaczyłam jak mało jeszcze świata zwiedziłam, jak mało rozmów odbyłam w jakże niewielu językach.
I to już koniec?
Zanim się zaczęło naprawdę?

Jest koniec marca, szósta rano. Nie mogę spać.
Niebo w które się gapię przez okno naszego studenckiego mieszkania na siódmym piętrze, jest czyste i zimne. Nagle pojawia się na nim maleńki, daleki samolot. Sunie do przodu w ciszy, ciągnąc komeci ogon.
To ja nigdy już nie będę w nim siedzieć? Nigdy nigdy nigdy!?
Panika chwyta mnie za gardło, łzy napływają do oczu. Zaraz się uduszę, przysięgam. Ubieram buty, łapię kurtkę i wybiegam z domu. Nie wiem dokąd idę, ale wiem, że tutaj już nie powrócę.

Zapytam po raz trzeci. Tym razem nie oczekuję że mi odpowiesz. Tylko nieliczni potrafią to zrobić – Kim jesteś?

Nie tak dawno temu wezwał mnie urząd skarbowy.
Nie dopełniłam jakiś formalności, więc Królestwo Belgii reprezentowane przez sympatycznego pana w okienku, chce się dowiedzieć, czy jestem oszustem, czy tylko niepiśmienną imigrantką.
Pan nie może wklepać moich danych w komputer, mimo że trzyma mój dowód tuż przed nosem. Zbitka liter „-szczyńska” z moim nazwisku jest dla niego nie do przejścia. Za trzecią próbą, odkłada dowód, spogląda na mnie bezradnie i pyta: Wie ben je? Kim jesteś?

Otwieram usta zaskoczona, bo przez chwilę mam wrażenie, że on pyta o to popołudnie w banku, gdy odkryłam czas i czy już wiem na pewno, gdzie leży moje miasto i jak to jest w ogóle pochodzić z miejsca nawiedzanego przez duchy?
A potem o ten samolot na marcowym niebie, przez który złamałam serce mojego M. i wyjechałam z kraju.
I jeszcze o wszystkie rozmowy w różnych językach, które jednak odbyłam i o moją nową miłość dla której porzuciłam wszystko i przez którą wszystko odzyskałam.
I może o to jeszcze dlaczego przez całe życie śnią mi się pociągi, co nie mogą nigdzie dojechać i pradziadek, który utonął dla świata dwa razy – raz w rzece o nieznanym już imieniu, a raz w mrokach przeszłości.

I jak to się stało, że z tego wszystkiego wyłoniłam się ja?

Teraz stoję i zawracam panu urzędniczą głowę swoimi źle wypełnionymi papierami.
Moje zaskoczone milczenie musi pewnie chwilę trwać.
Pan decyduje, że pewnie nie mówię zbyt dobrze po niderlandzku, chrząka i delikatnie wyciąga papiery z mojej zastygłej ręki.

*

Dziękuję za przeczytanie.
Co nasuwa Ci się na myśl? Czy Ty miałaś takie momenty w życiu, które zaważyły na całej twojej przyszłości i postrzeganiu świata?
Będę zaszczycona, jeżeli zechcesz się ze mną nimi podzielić.

Jeżeli chcesz otrzymywać mój newsletter, zapisz się na niego pobierając formularz „21 dni zmiany” w pasku bocznym na stronie głównej.

13 komentarzy

  • Marta Pacholczyk

    Od pierwszego zdania czytałam z zapartym tchem. Świetnie napisane i… Historia jakby trochę o mnie. Znajduję w niej własne punkty zaczepienia. Czasem myślę, że nigdy się nie dowiem kim jestem i dokąd idę. Szukam, szukam, jakby ciągle nie dorastam.

    Luty 24, 2017 at 12:56 pm
    • Wilczo Glodna
      Wilczo Glodna

      Szukaj, kochana moja :*

      Luty 24, 2017 at 9:38 pm
  • Anonimowa

    Ja też miałam dzień, w którym spojrzałam na swoje ‚marcowe niebo z samolotem’, tylko że ja przyjęłam oświadczyny.. I choć jest już ponad pół roku po ślubie, wciąż śnię o tym małym ‚samolocie’… ‚Dlaczego pozwoliłam sobie wmówić, że to moje marzenia?’…. ☹

    Luty 24, 2017 at 4:13 pm
  • Sarah

    wooow

    Luty 24, 2017 at 6:02 pm
  • dead

    Jak ja dobrze znam to uczucie, gdzy tęsknisz za czymś odległym, chcesz „wiecej”, a tymczasem jesteś przykuta do miejsca/ludzi, którzy narzucają jakąś rolę, płytką i frustrującą.. mimo, że ich kocham, czuję się uwięziona, coś we mnie krzyczy „I to już koniec? Zanim się zaczęło naprawdę?”, zupełnie jak w dniu świra, gdy bohater zasypia z myślą „I to już wszystko? To koniec już? Nic więcej się nie wydarzy?” …

    Luty 24, 2017 at 8:40 pm
    • Wilczo Glodna
      Wilczo Glodna

      Nie musi tak być…

      Luty 24, 2017 at 9:37 pm
      • Kamila

        ale co, gdy człowiek nie wie jak zacząć szukać samego siebie… Bo każdy mówi „takie jest życie”. I tylko dlatego nie mogę więcej oczekiwać? Najciężej jest właśnie, gdy otaczają Cię ludzie, których kochasz i to właśnie oni próbują Cię przekonać, że dobrze jest jak jest, masz pracę, stać Cię na to i na tamto, więc ciesz się tym co masz. Oczywiście- należy doceniać, to co się ma, ale czy to wyklucza oczekiwanie na więcej? Czasem sama już nie wiem, czy faktycznie nie chcę za dużo

        Luty 26, 2017 at 10:49 am
        • Wilczo Glodna
          Wilczo Glodna

          Nie słuchać innych tylko swojego serca. Ci co mówią „takie jest życie” nigdy nie zadali sobie trudu, aby zobaczyć, że życie jest takie jakim je uczynisz.

          Luty 26, 2017 at 2:48 pm
  • Jarek

    Ładnie piszesz. Życzę Ci wszystkiego dobrego. J

    Luty 25, 2017 at 4:48 pm
    • Wilczo Glodna
      Wilczo Glodna

      dziękuję :*

      Luty 25, 2017 at 4:53 pm
  • Arleta

    Witaj Aniu 😉 mam pytanie, ale niedotyczące tekstu. Chciałabym zapytać czy kurs, który przygotowujesz bedzie płatny ?

    Luty 27, 2017 at 9:09 pm
    • Wilczo Glodna
      Wilczo Glodna

      Tak, słońce. Ale obiecuję, że będzie warty każdej złotówki. :*

      Luty 27, 2017 at 9:24 pm
  • Maja

    O Matko, jakież prawdziwe! Cieszę się swoją wolnością każdego dnia. Jednak czasami pojawiają się myśli o stabilizacji: finansowej, materialnej, uczuciowej, wtedy zaczynam działać w tym kierunku, ale po chwili zaczynam się dusić. Czego tak naprawdę mi potrzeba?
    Mam wrażenie, że rozsądek próbuje stłumić moją osobowość.

    Luty 28, 2017 at 8:03 am

Skomentuj

INSTAGRAM