Czuję się bardzo szczęśliwa, że mogę napisać ten post. Mało brakowało, a by go w ogóle nie było. To nic, że miał być zupełnie o czymś innym. Liczba postów się zgadza, i to jest najważniejsze.

Ale tak całkiem serio: wczoraj miałam bardzo ciężką falę. Po tylu latach! Ale jaja! Wielkanocne…

Jak zawsze podkreślam, jestem Wilczycą i nie twierdzę, że problem już mnie nie dotyczy.
O nie, nie! Tak samo jak alkoholika dotyczy alkohol, a palacza papierosy, tak samo mnie dotyczy kompulsywne jedzenie. Zbyt wiele razy upadłam, bym mogła naiwnie wierzyć, że ozdrowiałam i mogę jeść zawsze i wszystko. Jest ze mną dobrze, kiedy utrzymuję abstynencję.
Czyli? To proste: jem trzy posiłki dziennie, o (raczej) stałych porach, nie podjadając nic pomiędzy i unikam swoich zapalników.
Na co dzień bułka z masłem.

No właśnie. A co gdy trzeba skonfrontować się z arcytrudną jedzeniowo i emocjonalnie sytuacją?

Po długim czasie wróciłam do mojego rodzinnego domu: sama, na święta. Czyli nie dość, że nie mam wsparcia w moim największym sojuszniku – moim chłopaku, to jeszcze wystawiona jestem na działanie schematów, które powtarzane przez lata doprowadziły mnie do choroby.
Jeszcze raz podkreślam, że nie obwiniam swoich rodziców o mój stan, ale domowy stosunek do jedzenia na pewno mi w życiu nie pomógł.

No i skoro stare schematy, to stare myślenie.

Nagle złapałam się na tym, że mam ochotę na słodycze i na alkohol!
Jeden, drugi, trzeci dzień ignorowałam tę myśl i nagle bum! Wszystko wróciło ze wzmożoną siłą.
Nie byłam zaskoczona, tym że to się stało, ale tym, że trwało to tak długo i uporczywie – cały wczorajszy dzień.
Coż więc robić? Zamiast panikować, odpaliłam Wilczo Głodną (yep, musiałam przeczytać swojego własnego bloga) i przeszłam do akcji.

  • Najpierw porozmawiałam z kimś, kto wie o problemie i zobowiązałam się, ze nie podążę za moimi chorymi myślami: nie złamię abstynencji. Dana słowo zobowiązuje, prawda?
  • Potem zaczęłam sprzątać. (Przecież nie zostawię rozgrzebanego mycia okien, po to, by lecieć do lodówki.)

Nie przechodzi.

  • Wyszłam na spacer z psem, bez pieniędzy przy sobie.
  • Przeniosłam się do pustego mieszkania mojego taty, gdzie nie ma żadnych zapachów, ani pokus. Nikt tam nie mieszka od miesięcy. Cisza i spokój.

Nic z tego. Dalej męczy.

  • Próbowałam napisać posta, ale zamiast tego, zaczęłam pisać jak się czuję:

Nie mogę się skupić na niczym. Obsesja mnie męczy. Jestem taka silna, najsilniejsza, siłaczka.
A męczy! Miałam pisać post, ale nie mogę. Jak można cokolwiek napisać, skoro coś w środku szczerzy zęby i szepta: napij się napij. Nie chcesz się napić? To zjedz. Nikt nie widzi, nikt nie zobaczy.
Czas toczy się jak kula u nogi – 19.03, to znaczy, ze mam wytrzymać jeszcze pięć godzin. No przecież nie wytrzymam. Umrę, zagryzę się, nie wytrzymam…

  • Zauważyłam, że powyłączałam wszelkie czaty, które miałam otwarte, olałam odpisywanie na maile: Aha, izoluję się, odcinam od ludzi, żeby nikt mi nie przeszkadzał, gdy ewentualnie postanowię to zrobić. A guzik Wilku! Ubrałam się i poszłam odwiedzić kuzynkę. Zagadała mnie do 22.00.

Wracając mijałam Żabkę i jednak, nie wierzę! Kupiłam jedno piwo! Na serio???
Weszłam do pustego mieszkania, usiadłam naprzeciwko tej butelki i w płacz. Ja tego nie chcę!!!
Przecież obiecałam! Dzień po dniu przeżywam w zdrowiu, jestem szczęśliwa, a tu nagle taki cyrk!
I w tym momencie przeszło. O 22.50 pojawiła się pewność, że tego nie zrobię. Puściło.

Więc Ciocia Wilczyca miała jednak rację. Fala ZAWSZE przechodzi. Zawsze!

Dlatego piszę ten przydługi post, po to by powiedzieć wam tę ważną rzecz:
Jakkolwiek uporczywe i silne są twoje myśli by się objeść, nie musisz za nimi podążać. One nie mogą ci zrobić krzywdy. Jedyne co może tego dokonać, to czyny.
Zawsze masz wybór, czy poddasz się im, czy nie.

Mi wczoraj przyszło się męczyć cały dzień, ale jak zwykle, to tylko jeden dzień.
I on już minął. Już go nie ma.
Czym jest to wczorajsze cierpienie? Wspomnieniem, które napawa albo dumą, albo wstydem.
Wyszłam zwycięsko z ciężkiej bitwy i jestem jeszcze silniejsza.
Nie muszę leżeć w łóżku z kacem. Mogę zamiast tego napisać ten post, który, mam nadzieję, pomoże ci przetrwać ciężkie chwile. Upewni cię w przekonaniu, że nie tylko tobie się zdarza. Mi również, co raz rzadziej, ale jednak.

I jeszcze jedno. Dzisiaj postępuję uważnie i spokojnie.
Nie będę popadać ani w euforię, ani w samozachwyt, bo to też może źle się skończyć.
Wiesz o czym mówię? Taka byłam grzeczna, to w nagrodę… napiję się piwa.
Tak, to ulubiona sztuczka Wilka.
Nie dam się na nią nabrać. Po prostu przeżyję, jak codziennie, jeden czysty dzień.
I tyle.