Właściwie nie mam pojęcia dlaczego do tej pory nie napisałam jeszcze o tym artykułu. Tłukę to moim dziewczynom na mentoringu każdego dnia i w ogóle bardzo często jestem o to pytana. Czas więc na pisemne wyjaśnienia fenomenu objadania się na stres.

Na początku trzeba zrozumieć czym jest i jak działa stres.

Stres to prastara reakcja naszego organizmu na pojawiające się zagrożenie. Przyspiesza tętno, rozszerzają się źrenice, oddech staje się szybszy, wyostrzają się zmysły, krew transportowana jest do mięśni, kosztem na przykład układu trawiennego, czy rozrodczego. Nadnercza produkują adrenalinę i noradrenalinę, co pozwala utrzymać nas w gotowości. To przygotowanie do walki lub do ucieczki. Mądre ciało od razu wie jaki jest teraz jego priorytet: przeżyć.

Przez całe tysiąclecia człowiek reagował właśnie w ten sposób, gdy coś zaszeleściło w krzakach za jego plecami – błyskawicznie i skutecznie. Ten, u którego reakcja ta nie była wystarczająco silna (Oj tam, oj tam, to pewnie wiatr), nie przekazał swoich genów dalej, ponieważ już za chwilę skończył jako kolacja czegoś większego niż on sam. My wszyscy jesteśmy więc potomkami tych, którzy reagowali silnie i natychmiastowo.
Stres mamy zakodowany w DNA.

No dobrze, ale w dzisiejszym świecie raczej nie musimy się martwić lwem czającym się za rabatką w parku, ani rzutu dzidy w przerwie na lunch. Jednak owa reakcja fizjologiczna dalej ma się dobrze. Masz w pracy nawał roboty, mało czasu i ogromną presję. Jak reagujesz? Dokładnie tak samo jak Twój jaskiniowy praszczur; zwiększonym tętnem, gotowością do natychmiastowej akcji.

Stres jest bardzo złożoną reakcją ciała, zainicjowaną przez nasz mózgu. Żeby ją wytworzyć, musi zostać uaktywnione; prążkowie, ciałko migdałowate, przysadka mózgowa, nadnercza itd. Na to potrzeba masy energii.
Mózg gospodaruje nią bardzo ekonomicznie. Aby ją pozyskać, osiągając maksymalny efekt, „wyłączy” zasilanie w rejonach, których aktywność nie jest w tym momencie ani potrzebna, ani wskazana: na przykład wspomniany już układ trawienny, czy rozrodczy. Albo taka sobie kora przedczołowa.

Kora, że co?

Kora przedczołowa to najmłodszy ewolucyjnie obszar mózgu. To ona czyni nas tym, kim jesteśmy. I globalnie – jako ludzi i indywidualnie – jako jednostki, jako My. Tam, mówiąc obrazowo, mieszkają nasze emocje, plany, marzenia, charakter – nasze człowieczeństwo.
Tam mieści się także kontrola zachowań i impulsów – umiejętność typowo ludzka. Potrafimy powściągać swoje emocje, reakcje i żądze. Gdyby tak nie było, nasz świat byłby w jeszcze większym chaosie niż teraz. Wyobrażasz to sobie? Robienie pod siebie to najłagodniejszy obraz jaki przychodzi mi do głowy.
No właśnie, i tu dochodzimy do sedna- kontrola impulsów.

Pamiętasz moją serię artykułów o Gadzim (1-12 maj 2016)? Argumentuję tam, że nasze jedzeniowe błędne koło bierze się z walki ludzkiego mózgu – kory przedczołowej (profesora), który decyduje o przejściu na dietę i mózgu pierwotnego (gadziego), najstarszej ewolucyjnie struktury, której zadaniem jest utrzymanie nas przy życiu. Dla gadziego, dieta to zagrożenie życia (całkiem słusznie) i zrobi on wszystko, żebyśmy się w końcu najadły. Zazwyczaj prędzej (kilka tygodni), czy później (skrajne wychudzenie, anoreksja) kończy się to sukcesem i następuje atak obżerania się. Gadzi ZAWSZE górą.
Czasami jednak, bardzo rzadko, profesorowi udaje się pokonać gadziego. Dla właścicielki takiego nietypowego mózgu oznacza to niestety wizytę na cmentarzu w charakterze zwłok.
Gadzi mózg dopnie swego, my się najemy do oporu i co się dzieje? Przerażony profesor, zafiksowany na diecie krzyczy: Coś ty zrobiła!!! Od jutra NIC nie jesz.
I cykl się powtarza.

głód

Nasz znajomy już obrazek.

Profesor z powrotem łapie kontrolę i trzyma dietę. W swoim sterylnym laboratorium odmierza starannie ziarenka brązowego (!) ryżu i skrupulatnie pilnuje ilość kalorii (nie więcej niż 1500)

I wtedy przychodzi stres i… odcina profesorkowi zasilanie.
Tak jak wspomniałam: stres to tak złożona reakcja organizmu, że cała para musi iść w jej wytworzenie. Wszystko co może w tm przeszkadzać, zostaje chwilowo usunięte. No bo jak goni Cię lew (szef) niewskazane jest rozmyślać o nadchodzących wakacjach, czy naturze Boga. Jeśli nie skupisz się na szybkim przebieraniu nogami (palcami na klawiaturze), zostaniesz pożarta żywcem (w obu przypadkach).
Nie czas na emocje, plany i marzenia. Czas na DZIAŁANIE.
Dlatego cały obszar kory przedczołowej gaśnie. Kontrola impulsów – off.

A co robimy, kiedy nie kontrolujemy impulsów? Płaczemy, krzyczymy, rzucamy przedmiotami, trzęsiemy się, mówimy przykre rzeczy, które już dawno miałyśmy na końcu języka. Krótko mówiąc, jesteśmy wyprowadzone z równowagi. Pomyśl tylko; kiedy nawrzeszczałaś na swojego faceta? Gdy leżeliście na plaży totalnie zrelaksowani, czy raczej gdy wróciłaś do domu po ciężkim dniu pracy?
A jak potem przepraszałaś? Kochanie, nie wiem co we mnie wstąpiło. Byłam taka zestresowana.
Tak. Obszar mózgu, który kontroluje twoje zachowanie miał blackout.

stres

 

Dokładnie tak samo działa na mózg gniew i zmęczenie. Pisałam o tym tu.

Wróćmy do profesora zajętego odmierzaniem ziarenek ryżu i powtarzaniem: Pomiń drugie śniadanie, nie częstuj się tym ciastem, nie sięgaj po węglowodany, nie dolewaj mleka do kawy, wcale nie jesteś głodna, nie przesadzaj.
W momencie kiedy pada mu zasilanie, on zostaje odsunięty od panelu decyzyjnego; zasypia jak odłączony od prądu robocik i już nie ma możliwości egzekwowania tych głupot. Wtedy prowadzenie przejmuje gadzi, który jak pamiętasz, chce tylko i wyłącznie przeżyć i…jedziemy!

Stres to długotrwała reakcja. W pierwszej fazie, kiedy szef walnął papierami na Twoje biurko, w ogóle o tym nie myślałaś o jedzeniu, ale już za chwilę, gdy szok mija, nie wiadomo skąd nachodzi myśl: czekolady, słodkiego, natychmiast! I na miękkich nogach lecisz do sklepu.

Dlaczego? Przecież jeszcze pięć minut temu byłaś absolutnie zdeterminowana, że schudniesz 10 kg! Włożyłaś tyle wysiłku w tę dietę. To co się stało?
Ano to, że obszar mózgu, który ją sobie wymyślił i prowadził w czyn, śpi sobie teraz w najlepsze.
Kto kieruje Cię do sklepu? Gadzi. On wie, że Ty potrzebujesz tych kalorii, a teraz trafiła się niepowtarzalna okazja – nieobecność profesorka.
Nie jesz dlatego, że stres ma w sobie coś magicznego, co zmusza Cię do tego jedzenia. Po prostu zaspokajasz realną potrzebę fizjologiczną, która w końcu wyzwoliła się z więzienia. Zniknął treser powtarzający: Nie wolno!
Tak naprawdę nie jesz by złagodzić stres. Jesz by przeżyć.
Gadzi oddycha z ulgą: Hej mała, w końcu „najadłem Cię” na zapas! Nie wiadomo kiedy znowu trafi się taka okazja, więc fajnie że wymietliśmy całą lodówkę, co? Ocliłem Cię od głodu, widzisz jaki jestem zajebisty?  W końcu po właśnie stworzyła mnie Matka Natura abym ogarniał takie sytuacje. No to ogarniam. To co? Piona wujaszkowi Gadziemu?

No dobra, a co jeżeli nie jestem na żadnej diecie, a i tak się objadam?

Niedawno odwiedziłam o kilka lat starszą znajomą, która ma około 12 – 15 kg nadwagi. To, jak twierdzi, efekt „objadania się na stres”. Poprosiła mnie o radę.
Pierwsze pytanie, to czy się odchudza; Nie, ale stara się nie jeść słodyczy. (Do momentu stresu oczywiście.)
Drugie, czy są śniadania. Oj Ania, nie mam na nie czasu, zresztą do 12 nie mogę nic przełknąć. To jest problem. Kiedy wracam do domu po ciężkim dniu, nogi same prowadzą mnie do cukierni. Potem siadam i jem. Nie chcę tego, ale to robię. Rano ciągle jestem najedzona. Nie ma szans na śniadanie.
Poprosiłam, czy mogę zerknąć do jej lodówki; kilka worków pierogów z garmażerki, margaryna, serek topiony, kurczak w panierce z Biedronki, kefir, jeden zdechły pomidor, uschła marchewka.
No widzisz – rozkłada bezradnie ręce – ja naprawdę nie mam czasu gotować.
Sytuacja bez wyjścia, co?

Nieprawda.
Po pierwsze i po ostatnie, organizm jest niedożywiony. Jeżeli nie jesz śniadań i żywisz się bezwartościową żywnością, to taki jest efekt.
Raz po raz, Twój organizm startuje w dzień na pustym baku. W momencie stresu za wszelką cenę próbuje to odbić. Wysyła silny sygnał: Potrzebne mi słodkie, tłuste jedzenie, czyli napakowane jest witaminami i kwasami omega. Problem jest niestety taki, że przez całą historię ludzkości, oznaczało to owoce, orzechy. Teraz przychodzą na myśl słodycze – tłuste, słodkie… niestety po fakcie okazuje się, że i bezwartościowe.
I tak koło niedożywienia napędza się co raz bardziej.

Rozwiązanie problemu jak zwykle jest proste: Skoro masz czas objadać się przez godzinę i leżeć potem z bólem brzucha, to znaczy, że masz też czas na gotowanie. To tylko kwestia priorytetów.
Oznacza to wyjście ze strefy komfortu na kilka dni, ale potem już będzie z górki.
Jeżeli Ty nic nie zmienisz, to nic SIĘ nie zmieni.
Samo jedzenie na stres to wierzchołek góry lodowej. Problem zaczyna się o wiele wcześniej; podczas zakupów spożywczych po najmniejszej linii oporu.

*

A teraz zrób eksperyment.
Przestań się głodzić i zacznij jeść wartościowe jedzenie, a w trudnych momentach w ogóle nie pomyślisz o czekoladzie! Spróbuj, zanim ewentualnie się nie zgodzisz. Wiem, że to co piszę, może wydawać się zbyt piękne, aby było prawdziwe. Ale czy to nie jest logiczne? Tyle się trąbi o samym jedzeniu w stresie, a ja Ci mówię, że trzeba sięgnąć jeszcze głębiej. Do tego co się dzieje ZANIM nastąpi stres. Wszystko ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Natura to potężna, ale dająca się zbadać siła.

No ok, ale jeżeli ta „czysta reakcja fizjologiczna” stała się nawykiem? Nałogiem?

Pracuję teraz z dziewczyną, która na diecie była przez ostatnie 20 lat. Jej życie wyglądało tak: dieta, dieta, dieta – jakiś stres – żarcie słodyczy. Potem znowu dieta, dieta, dieta. I tak przez dwie dekady.
Teraz, pod moim okiem, zaczęła jeść wartościowe jedzenie, w normalnych ilościach.
Niedawno przydarzyła jej się nieprzyjemna sytuacja i Asia faktycznie starym zwyczajem poszła do sklepu.
Ale nie pobiegła tam bezmyślnie, jak za czasów głodzenia się. Najpierw pogadała ze mną, pomarudziła, że tak jej źle, że tylko słodycze mogą ją uratować, z drugiej strony jednak, nawet nie ma na nie ochoty… No ale robiła tak chyba od zawsze i zawsze pomagały…
Powiedziałam jej, że niech w takim razie idzie, zje i sprawdzi. Poszła do sklepu i tu pierwsze zaskoczenie; nie kupiła, jak zawsze, siaty słodyczy, ale dwa wafelki. Zjadła i napisała: Ania, to było totalnie bez sensu, nawet mi nie smakowało. I ani trochę nie pomogło.
No pewnie, że nie. Głód jest przecież najlepszą przyprawą. A skoro nie jesteś głodna, to jedzenie nie smakuje. Dla organizmu te wafelki nie były ani atrakcyjne, ani kluczowe dla przeżycia. Dlatego też ich zjedzenie, nie wywołało w mózgu kaskady endorfin, sygnalizujących: „Dobrze zrobiłaś, brawo! Powtórz to następnym razem”. (W ten sposób uczymy się danych zachowań, ale to temat na osobny post.)

Asia stwierdziła, że chyba czas najwyższy wziąć się w końcu za rozwiązanie tego problemu, który od lat przykrywała czekoladą, a on sobie tak trwał i jakoś nie chciał odejść.
Teraz, kiedy nie grozi jej już śmierć głodowa (piszę zupełnie serio) i priorytetem ciała nie jest wykombinować jak by się tu nażreć, zrobiło się dużo miejsca na bardziej kreatywne rozwiązania.

*

Jeżeli objadasz się na tak zwany stres, przyjrzyj się w pierwszej kolejności swojej diecie: czy jesz wszystkie kalorie, których potrzebujesz? Czy jesz wszystkie makro i mikro składniki? Czy już od pierwszych chwil dnia stawiasz organizm w stan alarmu, czy uspokajasz go dobrym śniadaniem.
Jeżeli zrobisz to wszystko, ciągoty do słodyczy w trudnych momentach powinny być o wiele mniejsze.
To nie znaczy, że nigdy już o tym nie pomyślisz, to nawyk, na który pracowałaś latami. Ale wtedy będziesz mogła łatwo odpędzić od siebie te myśl. Nie będzie ona jawiła się jako potwór, ale jako mała muszka, która lata koło głowy i trochę wkurza.
Muszkę chyba zniesiesz, co?

To może jeszcze na koniec słowo o mnie.
Ja także żarłam na stres. To była moja pierwsza myśl, gdy działo się coś niedobrego. Nagrodzić się, przytulić, dać sobie poczucie bezpieczeństwa.
Teraz też mam stresy, wiadomo – takie jest życie, ale do głowy mi nie przyjdzie lecieć po czekoladę. Nagradzam się PRAWDZIWYM ZADBANIEM O SIEBIE – odpoczynkiem, spacerem, wyłączeniem kompa (mimo że ktoś coś bardzo chce i to na już!), medytacją – postawieniem siebie na pierwszym miejscu, a nie krzywdzeniem się fizycznie i psychicznie i nazywanie to substytutem miłości. Zamiast substytutu daję sobie prawdziwą miłość.

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

Zawsze możesz też do mnie napisać: wilczoglodna@gmail.com