abstynencji pisałam wiele i chętnie. Gdy ją mam, trzymam Wilka na dystans.
U mnie wyglądała ona mniej więcej tak: trzy posiłki o ustalonych porach, nie tykanie zapalników, nie przejadanie się. Codziennie to samo, tylko dzisiaj.
Bez myślenia że tak już będzie na zawsze i do końca życia. Buuu, już nigdy nie zjem słodyczy. Nie! Po prostu dzisiaj ich nie zjem, bo one mi szkodzą.
Wiedziałam, że stroniąc od starych, chorych schematów, umacniam te dobre.
I faktycznie, z każdym dniem Wilk odzywał się co raz mniej, co raz rzadziej – cichł jego głos.
Aż w końcu ucichł zupełnie.

Na początku w ogóle tego nie zauważyłam. Czułam, że coś się zmieniło, ale nie potrafiłam powiedzieć co. Nagle jedzenie stało się dla mnie zupełnie naturalne, tak jak oddychanie czy spanie.
Zaczęłam przyglądać się temu nowemu uczuciu… i nie byłabym sobą, gdybym nie postanowiła go zbadać.
Zrobiłam więc eksperyment z zapalnikami, o którym pisałam niedawno i stwierdziłam, że one nie mają nade mną mocy.
Hmmm. Co się stało?

Zaczęłam grzebać w internecie, aż w końcu na Roberta Rutkowskiego, autora książki „Oswoić Narkomana”, terapeutę, który sam przeszedł przez piekło uzależnienia.
Akurat organizował spotkanie w Warszawskim Empiku. Lecę! Siadam w pierwszym rzędzie!
Słuchałam tego mądrego człowieka w ogromnym skupieniu.
I w pewnym momencie zadał on takie pytanie: Czym różni się abstynencja od trzeźwości?
To proste – pomyślałam.
Tym, że abstynencja to nieużywanie danej substancji, mimo że każda komórka ciała o nią woła. To życie na ciągłym wdechu: Teraz  NIE ćpam, NIE piję, NIE objadam się.
NIE ROBIENIE tego czegoś staje się treścią mojego życia.
Abstynencja to liczenie dni od ostatniego razu, to dziękowanie każdej nocy za kolejne czyste 24h. To unikanie z całych sił zła, które zwykliśmy sobie robić.
A trzeźwość?
Trzeźwość to NIE myślenie o tym w ogóle.
To w pewnym sensie stan sprzed nałogu. Trochę tak jakby się to nigdy nie stało. Nie trzeba już myśleć o nieużywaniu swojego narkotyku, bo w ogóle nie ma się na niego ochoty.
Trzeźwość to zaleczona rana – ładna, czysta blizna.
Trzeźwość to wypisanie się ze szpitala Abstynencji i podjęcie upuszczonego życia na nowo.

I wtedy do mnie dotarło: Ja, Anna Gruszczyńska, wytrzeźwiałam.
Przeszłam na drugą stronę, stanęłam obiema stopami na lądzie Żywych. Moim życiem nie rządzi ani nałóg, ani jego brak. Bulimia to po prostu zamknięty etap, tak samo jak podstawówka czy liceum.
Już nie muszę nazywać siebie trzeźwą bulimiczką, bo nie jestem ŻADNĄ bulimiczką. Jestem Ania – człowiek.

Jesteście sobie w stanie wyobrazić jak się poczułam? Puściły ostatnie więzy choroby, która rządziła moim życiem odkąd pamiętam! Jaka wolność, lekkość, euforia! Tak czuję się większość ludzi wobec jedzenia? Wow! Dla mnie to zupełna nowość!

Teraz wiem na pewno, że niezależnie od sytuacji życiowej, nie sięgnę po kompulsywne objadanie się.
Wiem też, że nie muszę kurczowo wystrzegać się danego typu produktów (chleb, słodycze), bo nawet jak je zjem to NIC mi się nie stanie.
Mogę zjeść sobie, od czapy, miskę truskawek, bo akurat MAM NA NIE OCHOTĘ. I nie znaczy to wcale, że przekroczę jakiś limit kaloryczny.
Po prostu na kolację zjem mniej, ale to dlatego że będę mniej głodna, a nie dlatego że coś „ręcznie” wytnę z tego posiłku.

Dojście do tego momentu zajęło mi niecałe dwa lata. To bardzo krótko.
I tylko pierwsze kilka miesięcy wiązały się z poważnym dyskomfortem abstynencji.
Warto było przeżyć te wszystkie odliczone czyste dni, te wszystkie fale i trudne momenty. Teraz mogę po prostu i jeść i żyć.

A kiedy Ty zaczniesz swoje zdrowienie?