Czym jest bulimia i wszelkie inne zaburzenia odżywiania? Jak wielokrotnie podkreślam, to nie choroba, ale nawyk, który w późniejszej fazie staje się nałogiem. Obżeramy się więc do nieprzytomności, wymiotujemy, przeczyszczamy, głodzimy i angażujemy w różne inne wesołe czynności, na których trawimy swoje życie. Taka jest właśnie natura nałogu – za własną kasę i czas niszczymy wszystko co najcenniejsze. I (wydaje nam się, że) nie możemy przestać.

A więc skoro jest to nałóg, to po raz kolejny wypada powiedzieć sobie coś więcej o jego naturze. W dzisiejszym odcinku przyjrzymy się więc kwestii tak zwanego „alarmu”.

Już tłumaczę co mam na myśli.
Nasz mózg jest w swojej naturze dość leniwy i dość strachliwy. Chodzi mi o to, że jest on skłonny do powtarzania schematów, które raz zdały egzamin i nie doprowadziły jego właściciela (czyli Ciebie) do śmierci.
Jeżeli raz czegoś spróbowaliśmy i było ok, to czynność  ta (głaskanie kotków), lub rzecz (marchewka z groszkiem) zostaje zakwalifikowana do kategorii bezpiecznych. Jeżeli zaś stało się coś złego, na przykład ugryzł nas pies, możemy odczuwać niechęć lub lęk przed tymi zwierzętami do końca życia, lub do momentu, kiedy świadomie podejmiemy wysiłek, by to zmienić.

Większość tych schematów i nawyków (aczkolwiek oczywiście nie wszystkie) powstała w dzieciństwie, jako nasz podstawowy system operacyjny.
I gdyby od naszego mózgu to zależało, mogłoby tak zostać. Bylibyśmy wtedy na poziomie jakiegoś szympansa, który doskonale wie co jeść, czego nie jeść i jakich niebezpieczeństw unikać.

W odróżnieniu jednak od małp człekokształtnych, my ludzie, mamy jeszcze nasz mądry, ludzki umysł. Jako że jest on tworem potrafiącym kreować abstrakcyjne scenariusze (potocznie zwane marzeniami i pragnieniami), posyła nas na poszukiwanie innych, lepszych przyszłości.
A żeby osiągnąć coś więcej niż tylko stan fizycznego przetrwania, musimy stale dodawać do naszego repertuaru nowe zachowania i nawyki. Uczymy się więc wszelkich przydatnych w życiu umiejętności i raz po raz wychodzimy ze strefy komfortu.

No właśnie – strefa komfortu. Jest to strefa, gdzie nie dzwoni żaden alarm. To status quo, sygnał dla naszego mózgu, że jesteśmy bezpieczni (zapadnięci w fotelu po sutym obiedzie). Nam jednak zachciało się czegoś więcej. Chcemy być na przykład bardziej sprawne fizycznie. Wskakujemy więc w buty do biegania i wychodzimy na jogging.

Co na to nasz mózg? Ojjj, nie bardzo mu się to podoba. W naszej głowie zaczyna rozbrzmiewać wspomniany sygnał alarmowy: „Uważaj, bo wykorzystasz wszystkie zasoby tak bardzo potrzebne do przeżycia! Spocisz się! Zaziębisz! Dorwie Cię drapieżnik grasujący na zewnątrz! No i po co się tak męczysz? Źle Ci było w fotelu? O widzisz, już Cię zadyszka łapie, wracaj do domu.”.
Oczywiście ten dialog nie odbywa się na żywo (no chyba, że w formie ataku wymówek), lecz objawia się ona jako niechęć przed wyjściem z domu i pokonaniem tych pierwszych kilku kroków. Potem jest już ok. Mózg koncentruje się na wykonaniu zadania. Jak mus to mus.

Alarm rozbrzmiewa jeszcze kilkanaście razy, kiedy wychodzimy pobiegać (znowu potencjalnie groźna aktywność!), a potem milknie. Dlaczego?
Bo coś wielokrotnie powtórzone z sukcesem (nie umarliśmy!) zostaje zakwalifikowane do repertuaru czynności bezpiecznych, a także POTRZEBNYCH. Mózg uznaje także, że skoro robimy coś regularnie, to znaczy, że ta umiejętność jest kluczowa dla naszego dobrobytu i przeżycia i będzie on nam o niej przypominał sam.

Na pewno doświadczyłaś tego, chociażby w kontekście sportu właśnie. Na początku było ciężko się zmobilizować, a potem nie mogłaś sobie wyobrazić poranka bez przebieżki.
Równie dobrze jednak, mogło to być coś zupełnie innego; kawa lub papieros. Tak jak pisałam tu, mózgowi wszystko jedno, czego go nauczysz.

No właśnie. Tak samo dorobiłaś się też bulimii. Pamiętasz jaki alarm wszczął Twój mózg, kiedy pierwszy raz poszłaś zwymiotować? Czułaś się okropnie i fizycznie i psychicznie. Nawet jeżeli doznałaś wtedy wielkiej ulgi, to i tak z tyłu głowy pojawiło się przerażone pytanie „dokąd to wszystko zmierza?”.
A co się działo przy tysięcznej randce z kibelkiem? NIC. Luzik. Mózg przestał wysyłać sygnał alarmu i zaakceptował wymioty jako oczywistość i – co więcej – coś co NALEŻY powtarzać regularnie, bo widocznie jest to ważna umiejętność. Dlatego też tak bardzo się broni, kiedy chcemy z tym skończyć.

Jaki jest więc wniosek z tego wszystkiego? Każda zmiana będzie wywoływała OPÓR. I zmiana na lepsze i na gorsze. Uzależnienie się od fajek czy wymiotów wymaga takiego samego wysiłku jak uzależnienie się od siłowni i nauki hiszpańskiego. Zawsze na początku będziemy słyszały nieprzyjemny, dzwoniący donośnie alarm w naszej głowie.
Ale on nie będzie brzmiał wiecznie. Po jakimś czasie Twoje zachowanie zostanie w pełni zaakceptowane jako nowa norma.

Uważaj więc na to, co to jest za zachowanie. Nie wkładaj do swojej głowy śmieci.
Jeżeli zaś już robisz coś dobrego – zaczynasz jeść normalnie – i czujesz że kosztuje Cię to sporo mentalnego wysiłku, nie martw się. To minie bardzo szybko, a Ty zostaniesz nagrodzona zupełnie nowym nawykiem.
I boską ciszą w głowie.