Jak zawsze inspiracją do napisania tego artykułu była rozmowa z wami. A często w niej przewija się takie pytanie; jak odróżnić atak kompulsywnego objadania się od zaspokojenia potrzeby wygłodniałego organizmu.
Hm, no ni jak. Ponieważ atak to jest zaspokojenie potrzeby wygłodniałego organizmu!
Zazwyczaj. Ale nie zawsze.

To czym jeszcze jest taki „atak”? Dlaczego powstaje?
Zaczęłam się nad tym zastanawiać i wyszło na to, że mogę wyodrębnić trzy jego rodzaje; nieświadomy, świadomy i mieszany.

Nieświadomy

Występuje zazwyczaj w pierwszej fazie zaburzeń odżywiania i jest wynikiem głodzenia się. Wywołany jest przez najbardziej pierwotny instynkt przetrwania. Po prostu nasza wolna wola będąca na diecie zostaje chwilowo przejęta przez gadzi mózg – strukturę odpowiedzialną za regulacje i egzekwowanie potrzeb organizmu. To dzięki niemu nigdy nie wstrzymamy oddechu aż do uduszenia się, czy nie zarwiemy trzech nocy pod rząd. Oczywiście zawsze można postanowić sobie, że nie będziemy spać, ale w pewnym momencie padnie nam zasilanie, a my padniemy tak jak stoimy.
To samo jest z jedzeniem. Możesz postanowić, że nie będziesz jadła, ale w pewnym momencie mózg pierwotny stwierdzi że jesteś zagrożeniem sama dla siebie, „wyłączy” Ci świadomość i włączy autopilota skierowanego na jeden cel: uzupełnić kalorie. O tym mechanizmie pisałam dokładnie między innymi tutajtutaj.

Podsumowując:

– Jest to napad nagły i niespodziewany.
– Jest on praktycznie nie do uniknięcia.*
– Jest on potrzebą ciała.
– Poprzedza go głodzenie się.

*Uwaga, czym innym jest przykład anorektyczek zagładzających się na śmierć. Jest to jednak temat na inny artykuł.

Świadomy

Występuje w „dojrzałej” fazie zaburzeń odżywiania i jest niejako naszym własnym wyborem (sprzyjające warunki, wolna chata, poczucie pustki i nudy). I tutaj należy podkreślić słowo „niejako”, bo nie do końca tak jest. Jest to wybór wynikający z nałogu jedzenia, w którym jesteśmy.
Tak długo powtarzałyśmy schemat głodówka – żarcie, że w końcu nasza głowa zakwalifikowała to zachowanie jako nawyk; tak jak na przykład mycie zębów.
Skoro powtarza się to codziennie, to znaczy że jest to ważne i kluczowe do przeżycia. A więc w ramach oszczędności energii mózg czyni to automatyzmem. Szybkie przypomnienie: Gdyby nie mechanizm powstawania nawyków, Twoje życie byłoby koszmarem. Wszystko wymagałoby świadomego wysiłku, a za kółkiem samochodu, za każdym razem czułabyś się jak na pierwszej lekcji.
Świadomy „atak” nie ma nic wspólnego z byciem zagłodzoną. Jest on zaplanowany z premedytacją.
Jest mi źle – jem, jest mi dobrze – jem, nudzi mi się – jem, nikt mnie nie kocha – jem itd.
Ten właśnie schemat nawyku jest też przyczyną dla której zaburzenia odżywiania mylnie uznawane są za zaburzenia psychiczne, odreagowanie traumy, brak miłości itd. Pisałam o tym dokładnie tu.

atak

Podsumowując:

– Jest to „atak” (piszę w cudzysłowie ponieważ ciężko nazwać świadome działanie atakiem) zaplanowany, wykonany z premedytacją.
– Można go uniknąć, ignorując myśli automatyczne nakłaniające do niego.
– Jest potrzebą uzależnionego umysł, nałogiem.
– Nie ma wiele wspólnego ze stanem naszego odżywienia.

Mieszany

Występuje w późniejszych fazach zaburzenia odżywiania. Jest wynikiem i diety i nawyku.
Dzieje się to wtedy kiedy żyjesz w przekonaniu, że powinnaś jeść 1500 – 1800 kcal, podczas gdy jesteś młoda i aktywna. Jesteś więc na ciągłym deficycie kalorycznym, który raz na czas musi zostać zaspokojony (pisałam o tym tu). Nie jest to jednak deficyt na tyle duży (przynajmniej nie po pierwszym dniu) by rzucić się na jedzenie jak zwierzę, ale wystarczająco duży, by ciągle o nim myśleć.
Schemat wygląda więc tak: Albo codziennie przejadasz się na noc i to do tego śmieciowym jedzeniem. Bardzo często w ramach pożegnania, bo od jutra dieta (tym razem magicznie się uda!). Albo wytrzymujesz cały tydzień i w weekend organizujesz sobie ucztę.
Takie „ataki” nie dzieją się na totalnym autopilocie, ale także nie są czymś, czego można uniknąć. Organizm po prostu musi zaspokoić niedobór kalorii, ale nie dzieje się to już w tak dramatyczny sposób. Często robisz to pod przykrywką „cheat day’a”, który jakoś tak przeradza się w kilka cheatdejów pod rząd, albo innej mentalnej zasłony dymnej.
Gra tu także rolę przyzwyczajenie, bo od tylu lat wchodzisz do tej cukierni po drodze z pracy, że nie wyobrażasz sobie do niej nie wejść, lub nie sięgnąć po lody, gdy jest Ci smutno.
Za stan rzeczy obwiniasz brak silnej woli, a więc ciężko dostrzec Ci prawdę – jesz za mało i jesteś w błędnym kole.

Podsumowując:
– Jest to zachowanie wynikające i z nawyku i z deficytu kalorycznego.
– Jego przebieg nie jest tak dramatyczny, uczestniczy w nim także wolna wola.
– Można odsunąć go w czasie, ale nie można uniknąć.
– Wpływa na niego stan niedożywienia.

Ja po wpadnięciu na dobre w błędne koło zaburzeń odżywiania (zajęło mi to około trzech lat) przechodziłam z trybu mieszanego w tryb świadomy. Zależy od tego czy postanawiałam „wziąć się w garść” i przejść na dietę, czy było mi wszystko jedno i jadłam jak leci.
Kiedy w końcu postanowiłam z tego wyjść i zaczęłam się ODŻYWIAĆ, ostatnim krokiem było zmierzenie się z automatycznymi, nałogowymi myślami. One pojawiały się w mojej głowie jeszcze przez długi czas, ale konsekwentnie je ignorowałam, aż… zniknęły i nie wróciły.
I skończyły się ataki wszelkiej maści, a zaczęło normalne życie.

A jak to wygląda u Ciebie? W której fazie jesteś teraz?
Co zrobisz, aby to zmienić?