Wczoraj miałam ostatnią rozmowę ze swoją podopieczną, która właśnie kończyła mój sześciotygodniowy mentoring. Zrobiłyśmy ogromny progres i zablokowałyśmy nadchodzące po długim odchudzaniu jo-jo. Dorota, pierwszy raz, po 30stu latach walki z wilkiem (tak kochane, to zostaje na życie, jeżeli nic się z tym nie zrobi), przekonała się, że można jeść więcej, że można być „po środku” i nie trzeba ani dietować, ani jeść bez kontroli wszystkiego co popadnie.
I że, o dziwo, jedząc „więcej” (w sensie normalnie) się nie tyje!

Tak więc kierunek został wytyczony i czas się było pożegnać. I wtedy Dorota totalnie zaskoczyła mnie swoim pytaniem.
Ania, ale powiedz mi, jak Ty tak mówisz, że praktycznie nie masz ochoty na słodycze, nie myślisz o jedzeniu więcej niż to konieczne i jesteś od niego wolna, to czy jedzenie sprawia ci jeszcze w ogóle przyjemność?

Powiem wam, że to pytanie wbiło mnie w fotel, bo uświadomiłam sobie, że faktycznie tak można myśleć. Ba, że ja sama kiedyś dokładnie tak myślałam!

Przez całe lata byłam przekonana, że ludzie, którzy odżywiają się normalnie, nie doceniają smaku jedzenia i nie potrafią się nim rozkoszować, że jest im ono totalnie obojętne.
Ja na przykład, kiedy wchodziłam do sklepu, chciałam spróbować każdej czekoladki, każdego rodzaju cukierka na wagę, każdej nowej przekąski, podczas gdy inni, wydawali się tym totalnie niezainteresowani. Myślałam sobie, że oni nie wiedzą co tracą. Ja zaś jestem szczęściarą, bo mogę to bezkarnie zjeść i nie ponieść „żadnych” tego konsekwencji. Taka jestem sprytna!
Mogę sobie sprawić tę cudowną przyjemność, poczuć że żyję, a oni wydają się tacy obojętni na uroki tych wszystkich pyszności, na uroki bycia człowiekiem! Co za nudziarze!
Pamiętam, jak myślałam, że mój chłopak je jak robot – tylko po to, by się posilić. A deser? A delektowanie się? Jaki ma sens życie bez tego?

Pytanie Doroty przywołało cały ten mindset w jednym momencie! I w tej samej chwili zobaczyłam, jak – po pierwsze – daleka jestem od takiego myślenia, a – po drugie – jak bardzo się myliłam.

Dlaczego? Bo jest DOKŁADNIE odwrotnie!
Właśnie TERAZ jedzenie sprawia mi przyjemność – teraz, kiedy nie jestem jego niewolnikiem.
W końcu MOGĘ, ale nie MUSZĘ jeść. To tyczy się także wszelkich rodzajów słodyczy i niezdrowych potraw. Kiedyś nie miałam wyboru, czułam wewnętrzny przymus, żeby pakować je do buzi. I to absolutnie nie miało nic wspólnego z delektowaniem się, jak to próbowałam sobie usilnie wmówić.
Przecież po trzecim zamaszystym kęsie czekolady, przestajesz czuć jej smak! A po dziesiątym, połkniętym praktycznie w całości ciastku, czujesz tylko ból szczęki, przełyku, żołądka… I tę niemoc, nienawiść do siebie i wstyd.

Tak ma niby wyglądać „przyjemność” z jedzenia?

Właśnie teraz, kiedy jestem wolna, pójdę do knajpy i zamówię to, na co faktycznie mam ochotę, a nie niskokaloryczną sałatkę, po której będę tylko bardziej głodna i wkurwiona, niż to tego warte.
Dodam sobie pysznego majonezu do frytek (pamiętaj, mieszkam w Belgii), zjem pełnotłusty ser, a nie jakiś plastikowy „light bullshit”. Nie odmówię lodów czy spontanicznego poczęstunku. To jest dopiero przyjemność! I po tym wszystkim będę czuć się przyjemnie usatysfakcjonowana, a nie chora z przejedzenia czy słaba od wymiotów.

I także, jeżeli mam ochotę – bo czasami jednak mam – zjem sobie jedną czekoladkę i faktycznie docenię jej aromat i konsystencję. Podelektuję się smakiem przez chwilę, po czym zapomnę o nim zupełnie i nie będę chciała go powtarzać i powtarzać w nieskończoność – lub raczej do porzygu.
Czekoladka jest właśnie zaprojektowana jako mała przyjemność – coś co trwa kilka sekund, a nie jako przedłużający się orgazm zmieniony w mękę.

Jedzenie zaś to faktycznie pyszne paliwo do życia, a nie sens życia sam w sobie. Teraz to rozumiem.
Kiedy używa się go zgodnie z jego przeznaczeniem, jest się wolnym. A kiedy jest się wolnym, można mówić o jakiejkolwiek przyjemności.
Bez tej wolności jedzenie jest tylko smutną farsą.

*

Uwaga, od teraz mentoring dostępny na raty – od 63 zł miesięcznie. Naprawdę warto.