Często wrzucam na mój Instagram @wilczoglodna krótkie świadectwa moich podopiecznych i czytelniczek, które dzięki mojej metodzie wyszły z zaburzeń odżywiania i do tego schudły.

Np. tekst od Joanny:
Kochana nasz mentoring dobiega końca. Dla mnie to mega podróż rollecosterem, której się bałam a jednak się zdecydowałam. Na koniec schodzę, dumna z siebie, z pokonanych lęków i szczęśliwa… Bo z tej perspektywy już nic nie będzie takie same.
Ania mając Ciebie i Twoje wskazówki, odrzuciłam wszystkie dotychczasowe bzdety i teorie. Zaczęłam słuchać siebie, swoich potrzeb …. I wiesz co? W te 6 tygodni wypiłam duży słoik miodu do herbatek i zjadłam słoik majonezu – bo tak mi tego brakowało, I wiele innych smakołyków.
I iiii finalnie na dziś straciłam ponad 5 kg i- 21 cm w obwodach!! Magia? Tak, magia prostoty i przebaczenia sobie. Aniu, dziękuję za wszystko co dla mnie zrobiłaś, chociaż „dziękuję” to nadal za mało.

Lub Kasi:

deficytu kalorycznego
Lub mojej obserwatorki na Instagramie:

deficytu kalorycznego

I często dostaję takie oto pytania apropos tych wrzutek:

Jestem ciekawa jak twoje podopieczne schudły w trakcie mentoringu, jedząc normalnie i nie wytwarzając deficytu.? Bardzo mnie to inspiruje.

No dobrze, a więc powiem jak – wygłaszając tym samym po raz sto pierwszy wykład z cyklu „Żelazna logika, której świat jakoś nie widzi”. Jeżeli znasz już dobrze mojego bloga, odpuść sobie jego czytanie. Jeżeli nie, to uwaga:
Dziewczyny bezsprzecznie i bezdyskusyjnie „wytwarzały” deficyt, po to by uzyskać spadek wagi. Bez deficytu kalorycznego nikt nigdy nie schudnie. To fizycznie niemożliwe. No chyba, że mówimy o liposukcji. Ale że o niej nie mówimy, to ten temat zostawię.

Jak to się więc dzieje, że moje podopieczne chudną jedząc normalnie? Co tu się w takim razie nie zgadza? Ano zgadza się wszystko, oprócz jednej rzeczy: Twojego pojęcia o tym jak deficyt robimy.
Jeżeli jeszcze tkwisz w zaburzeniach odżywiania, myślisz pewnie coś w ten deseń:
Aby schudnąć muszę jeść mniej. Im mniej tym lepiej, bo będę miała większy deficyt kaloryczny i szybciej schudnę.

A teraz przyjrzyjmy się temu co się dzieje naprawdę:
Powiedzmy, że zanim wpadłaś w to bagno, jadłaś sobie szczęśliwe 2000 kcal, czyli tyle ile potrzebowałaś. Na nieszczęście dorzucałaś jeszcze dziennie około 300 kcal ze słodyczy lub gazowanych napoi, albo jadłaś niezdrowo i zachodziła sytuacja, jaką opisywałam w poście „Pseudojedzenie”. No i okazało się, że przytyłaś.

I co z tym zrobiłaś? To co pierwsze przychodzi do głowy, czyli postanowiłaś wytworzyć sobie ten nieszczęsny deficyt właśnie.
Przeczytałaś gdzieś, że jeżeli chce się schudnąć, trzeba odjąć 300 – 500 kcal od zapotrzebowania (wersja optymistyczna), dostałaś głodową dietę od, pożal się boże, dietetyka 1400 kcal* (wersja najczęściej spotykana) albo przywaliłaś z grubej rury jakimś zajebistym postem na 800 kcal z warzyw (wersja tragiczna).

*uwaga, nie każdy dietetyk jest „pożal się boże”. Np. Justyna, autorka naszych wilczych jadłospisów, jest bardzo dobra!

W ten sposób faktycznie wytworzyłaś sobie deficyt i gites. To gdzie jest problem? W małym szczególe. Odjęłaś sobie te kalorie od tego, ile POWINNAŚ jeść, czyli od zapotrzebowania właśnie, a nie od tego, ile faktycznie jadłaś. Czyli jeżeli jadłaś na przykład 2300, to zamiast odjąć od tego 300 kcal (zrezygnować ze słodyczy i napoi gazowanych) i wylądować na 2000 kcal, czyli jeść tyle ile potrzebujesz, odjęłaś je od tych DOCELOWYCH 2000 kcal i wylądowałaś na pięknych 1700 kcal lub 1500 kcal. Zgadza się?
I co się stało? To, że jako dorosła aktywna kobieta, zaczęłaś jeść tyle ile wynosi kaloryczne zapotrzebowanie pięcioletniego dziecka (1600 kcal, według Światowej Organizacji Zdrowia).

Na początku wszystko szło świetnie: kilogramy spadały jak szalone, a ty czułaś się świetnie. Aż nagle złapałaś się na tym, że non stop myślisz o jedzeniu, jesteś rozdrażniona, nie masz siły nie tylko na ćwiczenia (ach, no bo do swojej nowej diety dołożyłaś ćwiczenia, a jakże), ale także na normalne funkcjonowanie. Nie możesz spać, myśleć, uczyć się, żyć, a słodycze stały się najlepszą rozrywką na tym świecie.

W ten sposób mija jakiś czas, ale w końcu pękasz i rzucasz się na żarcie. Przerażona tym co zrobiłaś, postanawiasz następnego dnia odpokutować ten „grzech” i jeszcze mocnej zaciskasz pasa. Oczywiście rzut na lodówkę powtarza się, bo jesteś zwyczajnie zagłodzona, a organizm tak łatwo zagłodzić się nie da. Ty jednak nie rozumiejąc tego mechanizmu, obwiniasz o to siebie i swój brak silnej woli.

W końcu, kiedy ataki przybierają monstrualną skalę, Ty zaczynasz je kompensować; wymiotujesz, ćwiczysz do upadłego, przeczyszczasz się. Masz poczucie, że totalnie straciłaś kontrolę nie tylko nad jedzeniem, ale także nad swoim życiem.

Wpadasz w obsesję, niszczysz relacje z bliskimi, tracisz zdrowie, prace, przyjaciół…. Na terapii dowiadujesz się, że to wszystko przez traumę z dzieciństwa lub zbyt krótkie karmienie piersią (true story) i dostajesz leki od psychiatry.
Tymczasem problem trwa w najlepsze, a Ty – zamiast chudnąć, tyjesz. Dlaczego?
I teraz wracamy do tematu deficytu.

Z dwóch powodów:

1. Zatrzymałaś swój metabolizm, zarżnęłaś go po prostu. Zagłodzony organizm oszczędza każdą kalorię i magazynuje ją w postaci tłuszczu. Co ma innego robić bidulek, jak nigdy nie wie, czy dostanie dzisiaj jakieś jedzenie? A może zamiast niego będzie zajebisty pościk oczyszczający jakiejś słynnej doktor czy „doktora” z YouTube?

Potem na ten spowolniony metabolizm wpadają tysiące kalorii z ataku na lodówkę, który wymuszony jest przez instynkt samozachowawczy „mieszkający” w gadzim mózgu i zamieniają się w niezbędny do przetrwania tłuszcz.

2. Wcale nie jesteś na żadnym deficycie! To największa pomyłka wszech czasów!
Przecież jak jesz oficjalnie 1400 kcal plus potem najesz się na 3000 kcal, to masz 4400 kcal, a nie 1400! HALO, kalorie z ataków też się liczą! Nawet jeżeli je zwymiotujesz, to i tak 40 – 75% z nich zdąży się już wchłonąć.

Albo jak jesz przez dwa tygodnie po 1000 kcal, a potem obżerasz się przez dwa tygodnie na 5000 kcal dziennie, to ile Ci wyjdzie średnia miesięczna? 3000 kcal dziennie! A nie 1000! To nie jest tak, że tylko „czyste” dni się liczą, a reszta to jakiś wyjątek i wpadka. Wszystko się liczy – wszystko co wkładasz do ust!
Dlatego tyjesz.

Zawsze to tłumaczę moim dziewczynom podczas pierwszej rozmowy i zawsze jest szok i niedowierzanie. Tak jak mówię; logika tego jest niepodważalna, ale jakoś zupełnie niewidoczna dla dietujących tego świata.

No więc teraz pomyśl; jak zaczynasz jeść u mnie na mentoringu te 2000, które powinnaś jeść, to jest to mniej czy więcej niż do tej pory? No mniej, prawda? I to o 1000 kcal!
Żeby schudnąć 1 kg z tłuszczu, trzeba zjeść 7000 kcal mniej niż wynosi zapotrzebowanie. Jak jadłaś dziennie 3000 kcal, a teraz jesz 2000 kcal, to ile wynosi deficyt? 1000 kcal w porównaniu do tego, co do tej pory, tak? No to masz – 1 kg na tydzień, dobrze liczę?
Czy w tym świetle jest to w ogóle dziwne, że Joanna -5 kg w 6 tygodni naszego mentoringu, a Kasia 7 kg w miesiąc. To prosta matematyka, żadne cuda.

Oczywiście organizm to nie maszyna i czasami spadnie mu 3 kg w tydzień (zwłaszcza na początku i jak wychodzi się z dużych ataków), a potem nic mu nie spadnie przez kolejne dwa tygodnie. Tendencja jest jednak zniżkowa i o to chodzi.

I – muszę to dodać, by było jasne – to tyczy się osób, które mają z czego zrzucać, a nie osób, które chcą się odchudzić z kości na ości, bo im tak Instagram powiedział.
I nawet jak masz do zrzucenia do swojej idealnej wagi tylko 5 kg, to je zrzucisz, ale o wiele wolniej niż np. Kasia, która miała tych kilogramów nieco więcej. Stanie się to na pewno o wiele szybciej niż na tych wszystkich dietach cud, bo na dietach chudnie się… całe życie. I całe życie się przybiera te kilogramy z powrotem. A tu będzie raz i już.

A więc odpowiadając na pytanie mojej czytelniczki: dziewczyny wytwarzały deficyt, jak najbardziej! Każde ciało rządzi się przecież prawami natury, które są takie same dla każdego.
Wszystko ma tutaj i ręce i nogi i sens. Tylko zaburzenia odżywiania go nie mają.