Bardzo często spotykam się z tym dziwacznym poglądem: Jestem niska, więc muszę jeść mało; bardzo mało. Najlepiej 1400 – 1700 kcal.
Nie zliczę nawet ile razy to słyszałam.
A skąd takie pomysł? No jak to skąd? Tak wyszło z kalkulatora!
I wszystko byłoby super, gdyby nie ciągle nawracające ataki obżarstwa, które psują obrazek idealnej diety. Jakoś cholera uparty organizm nie może zaakceptować mądrych wyliczeń i wytrzymywać na „odpowiednio niskiej” kaloryce???
Jednak to wcale nie daje do myślenia naszej Wilczycy i nie przyczynia się do zmiany jej zdania. Ona niestety uznaje – tak jak i my wszystkie – że to jej ciało się myli, a nie kalkulator, dietetyk czy inny guru od żywienia.

Co więc robić?
Sprawa jak zwykle jest prosta, ale mentalnie niekoniecznie łatwa do wykonania. Trzeba bowiem zacząć myśleć samodzielnie i olać ciepłym moczem całe te wyliczenia. Tym bardziej jeżeli wchodzą w nich jakieś wartości z kosmosu. Tak właśnie dzieje się w przypadku niskich osób – kalkulator podaje śmiesznie niskie ilości kalorii. Naprawdę nie potrafię powiedzieć dlaczego.

My jednak nie dopuszczamy do wiadomości tego, że wyliczenia mogą być błędne. I to wbrew oczywistym faktom. Upieramy się, że tak ma być i koniec. Jesteśmy jak dzieci, które próbują przepchnąć kwadratowy klocek przez owalny otwór. To powoduje tylko coraz większą frustrację i kolejne ataki. Błędne koło toczy się w najlepsze.
A czy nie tak dzieje się za każdym razem kiedy rozum próbuje triumfować nad naturą?
Czy to nie jest niezawodny przepis na katastrofę?

Kiedy zamieszkałam w Belgii, na początku zatrudniłam się w restauracji. W moim teamie była drobniutka Hiszpanka, Selena. Miała ona może ze 150 cm wzrostu, ale nigdy nie zauważyłam, aby jadła mniej niż reszta dziewczyn. A przecież widziałam ją podczas śniadania, obiadu i kolacji. Często pracowałyśmy ciurkiem i po 14 godzin, więc naprawdę mogłam to zaobserwować. Selena odżywiała się normalnie, bez diet, bez szajby, bez liczenia kalorii, i… wyglądała normalnie.
I czy nie o to właśnie chodzi? By wyglądać normalnie? Jak kobieta, a nie jak jej szkielet lub model anatomiczny z mięśniami na wierzchu.
Swoją drogą, wiele Hiszpanek jest bardzo niskich, a jakoś nie toczą się jak beczki, ani nie bywają na wiecznej diecie, by tego uniknąć.

Więc jeżeli Ty także masz właśnie taki problem przypomnij sobie chociażby, że 1600 kcal to ilość energii odpowiednia dla kilkulatka. Nie zaś dla dorosłej kobiety.
Po drugie, rozejrzyj się wśród swoich znajomych. Na pewno masz równie niskie koleżanki, które w ogóle nie przejmują się kaloriami, nie uważają na to ILE jedzą, a mimo to (a raczej właśnie dlatego) są szczupłe. Zaobserwuj jak one to robią, albo zapytaj o to wprost. Zobaczysz, że nie ma tu żadnych magicznych sposobów. Jest tylko słuchanie swojego ciała.

Bo to nie jest tak, że niski człowiek zużywa setki kalorii mniej tylko dlatego, że jego ciało zajmuje mniej miejsca w przestrzeni. Ono także musi podtrzymać wszystkie procesy życiowe, wytworzyć hormony, ogrzać się, zregenerować. Ono także żyje równie intensywnie jak ciało duże.

Tylko nie zrozum mnie źle; jeżeli masz 155 cm wzrostu, nie będziesz potrzebowała tyle kalorii co dwumetrowy chłop, ale także to nie jest tak, że masz jeść jak przedszkolak.
Jesteś dorosłą, aktywną i fizycznie i intelektualnie kobietą, nie zaś krasnoludkiem.
Klucz jest jak zawsze jeden i ten sam: po prostu słuchaj swojego ciała, bez względu na to czy wspinasz się na palce, czy raczej schylasz się, gdy po coś sięgasz.
Kalorie to koncept wymyślony przez człowieka. Obywaliśmy się świetnie bez niego przez setki tysięcy lat i wszystko było dobrze.
Proszę Cię więc, zamiast starać się wtłoczyć w sztuczne i często absurdalne ramy, zaufaj temu co czujesz.

A może właśnie Ty jesteś taką niską kobietą? Czy miałaś podobne doświadczenia?

*

Chciałam tutaj także podziękować za duży odezw po moim ostatnim poście.
Dziękuję za każdy komentarz i email, jaki do mnie napisałyście. Od kilku osób dostałam wręcz instrukcję, co robić krok po kroku, by przekształcić moją jednoosobową działalność w sprawnie funkcjonującą organizację.

Już teraz mogę powiedzieć, że na pewno stworzę swój team ambasadorek, które pomogą mi i w mentoringu i w propagowaniu mojej metody. Zapisałam wszystkie adresy mailowe osób, które wyraziły chęć współpracy. Będę się do was odzywać, kiedy będę miała już jakieś konkrety.
Na razie muszę opracować i stworzyć materiały szkoleniowe, oraz ogarnąć formalności prawne (bo to oczywiście nie tak hop siup)
Daję sobie na to wszystko rok, co jest, jak myślę, realistycznym czasem. Wtedy też właśnie minie pięć lat od założenia Wilczej, więc będzie co świętować.

Śmiałam się także, że z blogiem to trochę jak ze związkiem. Na początku było zakochanie po uszy, liczył się tylko ON. Nie robiłam nic innego, nie wychodziłam na imprezy, nie chciałam innych przyjemności. Kiedy zasypiałam, nie mogłam doczekać się poranka, kiedy to znowu będę mogła zasiąść przed kompem, a rano biegłam do niego jak na skrzydłach.
Dla niego rzuciłam swoją pracę w zawodzie i przeprowadziłam się do Internetu. Wszystko mu poświęciłam, wszystko oddałam. Taki to był płomienny romans; utrata głowy.
Potem faza zakochania naturalnie minęła. Nasz związek został sformalizowany prawie dwa lata temu, kiedy to założyłam własną działalność gospodarczą. Teraz zaś czas na kolejny krok. Na dzieci!
Jeżeli chcesz zostać moją Wilczą córką, na pewno będziesz miała ku temu możliwość. Dam znać, kiedy przyjdzie na to czas.

I tak w ogóle, dzięki, że jesteście.