Ostatnio mam urwanie głowy.
Jestem w samym środku promocji książki „To nie jest dieta” i już się martwiłam, że nie mam ani chwilki, by zastanowić się nad kolejnym ważnym postem. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie zjawiła się taka oto inspiracja:

Warszawska kawiarnia, wywiad dla magazynu dla kobiet.
Rozmawiam z dziennikarką o tym dlaczego napisałam tę książkę i dlaczego tak mocno stawiam na dobre nawyki.
Bo one przynoszą zmianę – proszę pani – która następuje organicznie, bezboleśnie i zostaje na zawsze.
No dobrze, to jak przygotować się do tej zmiany? Do czytania i robienia ćwiczeń z tej książki?

Na początku nie wiedziałam o co chodzi i jak mam w ogóle odpowiedzieć na to pytanie. Chyba musiałam przybrać cielęcy wyraz twarzy, bo dziennikarka, łagodnie przypomniała mi:
Nooo, przecież zmiana wymaga przygotowań.
Aha!
Zmiana wymaga przygotowań. No tak! Przecież właśnie tak nas nauczono w szkole i w domu. To słyszymy od najmłodszych lat. Tak bardzo odeszłam od tej mentalności, że w ogóle zapomniałam o jej istnieniu. Ale przypomniałam sobie natychmiast.

Mój tata bardzo chciał grać w tenisa. Co rusz kupował książki na ten temat, które czytał namiętnie przy śniadaniu. Przygotowywał się do wielkiego meczu. Któregoś dnia, jak już przeczyta każdą możliwą publikację, to wyjdzie na kort i zakasuje wszystkich zawodowców. Świat padnie na kolana.
Ale jeszcze nie dziś.
Z tego co wiem, to przygotowuje się do tego nadal i nigdy jeszcze nie był na korcie.
A może już odpuścił?  I tak już jest za późno…

Moja mama nie pójdzie przecież na siłownie w takim stanie. Musi się do tego przygotować i nabrać trochę kondycji. Więc co roku pojawiał się w naszym domu nowy sprzęt do ćwiczeń; bieżnia, stepper, ławka do brzuszków.
Ale to ciągle nie to! Trzeba iść na prawdziwą siłownię, wziąć się w końcu za siebie! No ale w takim stanie…

I ja też- nie będę nawet próbować uporać się z moim Wilkiem, bez idealnej diety, ułożonej przez najlepszego specjalistę w mieście i bez trenera personalnego, też najlepszego. Teraz mnie na niego jeszcze nie stać, ale KIEDYŚ będzie. (mhm)
A dietę też zacznę jak spłacę wszystkie długi, bo teraz nie mam na komasę ryżową, która jest tutaj kluczowa. (Tiaaa)
Wielkie zmiany wymagają  przecież WIELKICH przygotowań. Dopiero jak wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, to mogę coś zmienić.

I tak ciągle: Chcę zacząć biegać, ale nie mam butów do biegania.
Chcę wyjechać na Erazmusa, ale jeszcze nie umiem dobrze past perfect i się będą śmiali.
Chcę tę pracę, ale nie jestem jeszcze wystarczająco dobra.

Tak sobie chcemy, a tu upływa jedno, niepowtarzalne życie.
Szanse śmigają przed oczami jak pociągi, a my ciągle na peronie, sprawdzając czy w bagażu wszystko jest.

 

Kochana, do zmian nie trzeba się PRZYGOTOWYAĆ. Wystarczy upewnić się, że nie zrobisz sobie krzywdy i wio.
Zacznij dzisiaj,  TERAZ.
Idź pobiegać w rozwalających się dresach, zacznij zdrowe odżywianie bez cholernego tofu za 15 złotych, idź na siłownię, idź na kort tenisowy, zaaplikuj o tę pracę, zagadaj do tego faceta, albo rzuć starego! JUŻ.
Życie nie będzie czekało aż ty się wygramolisz. Przeleci, odjedzie i zostawi cię na tym peronie starą i zgorzkniałą. Razem z całym twoim bezużytecznym majdanem.

Właśnie to powiedziałam tej dziennikarce, co z kolei spotkało się z cielęcym spojrzeniem z jej strony.
No cóż – pomyślałam wtedy. Zmiana może nie wymaga przygotowania, ale na pewno wymaga gotowości… do zmian.
Jesteś gotowa, zaufaj mi.

*
Przypominam, że moja najnowsza książka o zmianach i dobrych nawykach jest już dostępna i w Empiku i na moim blogu.