My, Wilczki jesteśmy na tym blogu z powodu zaburzeń odżywiania, ale tak naprawdę, jeżeli cofniemy się do samych korzeni problemu – jesteśmy tutaj z powodu perfekcjonizmu.
Pisałam o tym nie raz, a Ty pewnie już zdajesz sobie z tego doskonale sprawę. To wszystko przecież zaczęło się dlatego, że tak długo byłaś na diecie, tak idealnie przestrzegałaś jej zasad i tak wytrwale na nią wracałaś po każdym buncie organizmu, że w końcu wpadłaś w błędne koło zaburzeń odżywiania.
Perfekcjonizm doprowadził Cię do punktu w którym jesteś teraz i trzyma Cię w nim jak w kropce.
Oczywiście perfekcjonizm ma wiele twarzy i objawia się na wielu płaszczyznach. Dzisiaj zaś chciałam napisać o jednym z nich; koncepcie „czystego dnia”.

W teorii wygląda to całkiem ok: Liczę dni, kiedy nie miałam ataku -ku motywacji. Maluję serduszka w kalendarzu a co ileś tam nagradzam się nowym kosmetykiem.
W praktyce zaś to kolejne narzędzie opresji i niepotrzebnego stresu.
Pisałam o tym bardzo dawno temu w poście „Licznik”, a teraz chcę ugryźć temat z innej strony.

Ostatnio miałam taką oto sytuację z moją podopieczną; Wszystko idzie dobrze, z sukcesami pracujemy nad jedzeniem, powoli rozkręcamy metabolizm i prostujemy myślenie, aż tu nagle niespodziewanie wpada paczka ciastek zamiast obiadu.
I zaczyna się lament; jestem beznadziejna, wszystko zmarnowałam, cały dzień już spisuję na straty. Oczywiście jak najbardziej rozumiem smutek i rozczarowanie, że jednak miało się tę cholerną wpadkę, że zrobiło się coś, czego się nie chciało zrobić.
Ale spisywanie dnia na straty, jako „nieczysty” czy „nieidealny” to ogromny, bardzo niebezpieczny błąd.

Bo wiesz co by się stało z moją podopieczną, gdybym jej nie „pilnowała”? Uznałaby że i tak już wszystko przepadło, nie ma sensu nad sobą pracować i jadłaby dalej. Sama to przyznała.
A przecież to totalnie bez sensu.

No bo pomyśl; czy to jest tak, że czas przychodzi do nas w schludnie zapakowanych porcjach zwanych dniami? Czy jest jak sznury korali, nanizanych na nitkę doby– jak jeden urwie się spod naszej kontroli i stoczy w ciemność, to reszta musi za nim podążyć?
Albo czy jest jak jabłko ze straganu – obite w jednym miejscu jest już nic nie warte?
Przecież zawsze możemy ugryźć je z innej strony; ono nadal jest pełne smaku.

Nie, czas tak nie działa. On nie jest ciągłością – to tylko taka iluzja. Koncept, że było jakieś wczoraj i będzie jakieś jutro jest naszym ludzkim złudzeniem, którego nie mają ani zwierzęta, ani rośliny, ani gwiazdy.
Tak naprawdę, kochana moja, jest tylko jedno wieczne teraz. Zawsze teraz.

To teraz możesz podjąć inny wybór niż wczoraj, niż dzisiaj rano, niż sekundę temu.
Proszę, nie wyrzekaj się tej wolności.
Nie czyń swojego teraz zakładnikiem przeszłości – czegoś co jest tak samo nierealne jak zeszłonocny sen.

Nie wyrzucaj ledwo nadgryzionych dni – swoich cennych, niepowtórzonych skarbów.
Masz ich tak mało przed sobą – jeszcze tylko 18 -20 tysięcy i do widzenia.
Rozumiesz?

I nie próbuj być idealna, „czysta”, perfekcyjna, bo dokładnie przez to, jesteś tu gdzie jesteś. Bądź po prostu wytrwała i zdeterminowana, żeby każdego dnia być odrobinę bliżej celu.

*

Teraz oddam głos mojej czytelniczce, Julii z Wilczego Stada, która swoim komentarzem wyręczyła mnie w pisaniu drugiej części tego postu.
To sama mądrość, którą polecam wziąć sobie do serca.

Hej, wiecie dlaczego nie jestem zwolenniczką liczenia „czystych” dni? Bo to oznacza, że coś wyjdzie na plus i musi być już takie cały czas, bo inaczej licznik się zeruje i masakra. Jeśli komuś to odpowiada – super, niech tak robi. Mnie osobiście trochę dołuje i stawia na czarno białe myślenie.
No bo co jeśli zacznę jeść kompulsywnie a potem się zawezmę i przestanę? Dzień zapisany na straty? A jeśli nie to może oszukuję samą siebie, bo przecież nie był idealnie „czysty”?
Może myślę trochę perfekcjonistycznie, ale myślę, że znalazłoby się tu parę osób z takim myśleniem.

W związku z idealnymi dniami, czy też macie tak, że czekacie na ten jeden dzień, który wszystko zmieni? Dzień, od którego zaczniecie normalnie jeść, dzień od którego miną kompleksy, obsesje – ten przełomowy dzień, kiedy nagle Wasza waga się zmieni, nagle wszystko będzie idealne?
A co jeśli on nigdy nie nastąpi? Bo czemu niby wszystko miało by się zmienić tak nagle? Czasem się zmienia, owszem, ale chyba jednak rzadko.

A może…nie warto spisywać dnia na straty? Może nadejdzie taki dzień, w którym odmówicie jakiś słodycz, bo stwierdzicie, że chyba już dość ich dzisiaj zjedliście…i nawet jeśli ogólnie zjedliście w ciągu dnia za dużo to spójrzcie na ten mały sukces, na ten mały kroczek do celu.

Może nadejdzie taki dzień, że zjecie jakiś posiłek wolniej niż zazwyczaj i się nie przejecie, nie będziecie mieć poczucia winy, może być to nawet jeden taki cudowny posiłek w ciągu dnia, jedna mała wygrana, ale wygrana…
Może nadejdzie taki dzień, że wyjdziecie pobiegać, bo macie na to ochotę, a nie dlatego, że musicie coś spalić…

A może nadejdzie w końcu taki dzień, że spojrzycie w lustro i powiecie „Ej, jak fajnie wyglądam, a przecież wcale nie byłam na żadnej diecie odchudzającej…”
Wielkie zmiany zaczynają się od tych małych, pamiętajcie.

A ten dzień możemy „nadejść” już teraz.
My same.