Moja podopieczna opowiedziała mi niedawno całą historię swojego odchudzania, która – jak możesz się domyślić – doprowadziła ją do zaburzeń odżywiania i w efekcie do pracy ze mną. Zaczęło się właściwie od kołyski. Nigdy nie jadła normalnie, bo osoba, która mogłaby ją tego nauczyć – jej mama – też tego nie robiła. Za to ciągle walczyła ze sobą, wynajdując coraz to bardziej kosmiczne diety i jeżdżąc na obozy odchudzające, na które to zaczęła zabierać ze sobą swoją córkę, kiedy ta skończyła 10 lat. Od tego czasu odchudzały się już razem… aż do tragicznego skutku.

Podobnych historii słyszałam już tysiące. I tutaj naprawdę nie przesadzam. Zresztą sama pochodzę z takiego właśnie domu i już w przedszkolu nabrałam przekonania, że jestem gruba (chociaż absolutnie nie byłam). Pamiętam to jak dziś, kiedy po raz pierwszy doznałam uczucia niemocy i przerażenia, gdy oceniłam swój brzuch jako tłusty. A miałam wtedy z pięć lat. Skąd mi się to wzięło? No chyba nie z sufity, prawda?
I tak naszła mnie dzisiaj refleksja, że my jesteśmy pierwszym prawdziwym pokoleniem, które dietę i zaburzenia odżywiania odziedziczyły po matkach, lub – co dotyczy młodszych dziewczyn – po matkach i po babkach.
Wcześniej nie było takiego problemu. Była wojna i czasy komuny, nikt nie wydziwiał z dietami i jadło się co było.

Oczywiście, kobiety zawsze chciały się podobać, ale do tego służyło 1) układanie włosów – papiloty z gazety i fale z żelazka 2) zdolności krawieckie – ta która je miała, szyła sobie coś szałowego i wyglądała najlepiej ze wszystkich, 3) znajomości w Peweksie lub regionalnym domu towarowym.
Nie zaś zajeżdżanie się na siłowni.

Zresztą moda na chudą sylwetkę jeszcze nie obowiązywała. Wszystko zaczęło się na dobre w latach 70tych wraz z karierami homoseksualnych projektantów mody i promowanym wizerunkiem „chłopczycy”, czyli nienaturalnie chudej „gałązki”. Tak zresztą nazywano pierwszą supermodelkę: Twiggy. No i tak zostało do dzisiaj. Tylko chuda wbije się w te absurdalnie drogie szmaty, co postrzegane będzie jako dowód życiowego powodzenia. A ta biedniejsza wciągnie na grzbiet równie małe, tańsze podróbki. Who cares.

I nasze mamy (lub już nawet babcie), które swoją młodość przeżywały w latach 70tych, 80tych i 90tych wyrosły właśnie na tym przekonaniu; chuda znaczy piękna, szczęśliwa i pożądana. No a skoro tak, to trzeba sobie jakoś pomóc, bo umówmy się; kobiece ciało raczej chude z natury nie jest. Oczywiście i tak się zdarza, ale to raczej wyjątek norma. I wtedy usłużnie pojawiły się pierwsze super diety i cała maszyna ruszyła.

To właśnie nasze mamy były prekursorkami żywienia się sproszkowanym gównem z Cambridge, „dbania o linię” (pamiętasz, tak się kiedyś mówiło) i callaneticsu w spandeksowych gaciach. Wzorcem dla nich były – pojawiające się dopiero – kolorowe gazety, telewizja i książki. W moim domu do dziś zalega wydanie pod tytułem „100 diet” (czy coś w tym stylu), od której zaczęła się moja „przygoda życia”.
Każda próbowała na własną rękę w domowym zaciszu, bo nie było nawet social mediów, żeby porównać wyniki.

No i te kobiety, dochowały się własnych córek, którymi jesteśmy my. No a my, właśnie z tego powodu miałyśmy pecha. Nasze mamy już nie jadły normalnie, tak jak wcześniejsze generacje i nie przekazały nam, co to w ogóle znaczy. Same jeszcze wyniosły to ze swoich domów, ale nam podały już tylko wykrzywiony obraz jedzenia i swojego ciała. I chyba żadna z nich nie zdawała sobie sprawy z tego, że coś co było jej prywatną ambicją (trochę schudnąć), przeniesie się na młodsze pokolenie i rozjebie mu życie.

No bo jak to się mogło skończyć, skoro dla mnie (i pewnie dla wielu z was) normą była pusta lodówka, dietetyczne żarcie przeplatane wyskokami po litr lodów o 21 wieczorem i pochowane słoiki Nutelli w dziwnych miejscach, które zawsze, jakimś cudem, udało mi się znaleźć?
Normalne obiady były tylko wtedy, gdy przychodziła babcia. Zawsze podziwiałam jej zdolności zamienienia pęczka zieleniny w zupę, czego – szczerze mówiąc – nie nauczyłam się po dziś dzień.
I co ja mogłam z tego wynieść? Co Ty mogłaś? Może nie było dokładnie tak samo, ale pewnie możesz się chociaż częściowo zidentyfikować z tym opisem.

A jak nie ma się wzoru normalnego jedzenia, to właśnie taki burdel go zastępuje. Nienormalne staje się normalnym, a „dieta” to słowo, wokół którego kręci się całe kuchenne życie.

I dzieje się coś jeszcze. Wtedy nie tylko wyrastasz nie wiedząc co i jak jeść, ale także przejmujesz od matki widzenie swojego ciała; jest to (po)twór, z którym trzeba wiecznie walczyć, któremu nie można ufać. Jak tylko spuści się go na chwilę z oka, zamieni się on w kupę tłuszczu, pokrytą cellulitem. No nie tak?
Z ciała nie można po prostu korzystać i być z niego zadowolonym. Ono musi być JAKIEŚ. Jakie? Patrz: Instagram pod tagiem #fitgirl i jemu podobnymi.

Nie chcę tutaj absolutnie nikogo oskarżać. Nasze mamy zupełnie nie zdawały sobie sprawy, że coś co dla nich jest jakąś prywatną ambicją, aż tak zaważy na życiu ich córek. Jeżeli mówiły nam, że mamy być szczupłe czy „uważać na jedzenie” (tekst, który powtarzano mnie, nie tłumacząc co to niby znaczy i wywołując tym samym ciągły stres), to nie dlatego żeby nas zniszczyć, ale dlatego by zapewnić nam powodzenie i szczęście. A że wyszło jak wyszło, to już niczyja wina.

Niestety wyrosła nam skrzywiona na tym punkcie populacja kobiet. Może i przesadzam, ale chyba niewiele. Co podopieczna, to zawsze ta sama historia: ona sama ma oczywiście ED, ale poza tym to wszystkie dziewczyny w biurze się odchudzają, wszystkie koleżanki…

Historia pierwsza z brzegu:

To co się teraz dzieje to jest jakaś masakra. W pracy mam normalne kobiety, nawet bym powiedziała, że szczupłe, a ciągle temat odchudzania. Jedna, która jest mega szczupła, ciągle lata na siłownię, żeby schudnąć… Druga, może trochę większa, ale nadal wygląda ok; wysoka, długie nogi, biust – i ona mi wypaliła ostatnio że się wstydzi iść ulicą, bo ma wrażenie że każdy na nią patrzy i myśli, że świnia idzie. Dziewczyna może nie jest patykiem, ale szczuplejsza niż połowa społeczeństwa. To zmierza do katastrofy.
Ja za to, przez paranoję mojej matki i babki zapłaciłam 15 latami życia, jak nie więcej. A skończyłam ostatnio 26.

I to słyszę dzień w dzień. No to jaki wniosek mogę wyciągnąć?

Ale jest nadzieja. Jako, że my już wiemy, jak się kończy ta zabawa – katastrofą właśnie – zróbmy wszystko, by nie podawać tej obsesji dalej. Kochana, jeżeli masz dzieci lub planujesz macierzyństwo, ogarnij proszę, temat jedzenia.
Wiem, że jesteś tu po to, by właśnie to zrobić i że może wydawać się to niełatwe (chociaż na pewno jest proste).
Jednak nawet jeżeli masz już dzieci i ciągle się z tym zmagasz, możesz uczulać je na to, że nie jest ani dobre, ani normalne.

Podam Ci przykład. Miałam kiedyś na mentoringu mamę trzynastolatki, która otwarcie przyznała się przed córką, że ma problem z jedzeniem, gdy zobaczyła, że ta też przymierza się do pierwszej diety. Potraktowała swoje dziecko poważnie, bez grania przed nią szopki, że wszystko jest ok. Odwaga godna naśladowania.
To był także impuls dla tej kobiety, by zgłosić się do mnie i w końcu pozbyć się zaburzeń odżywiania.

Ja oczywiście nie powiem Ci, że masz zrobić to samo. W ogóle nie mam żadnej złotej rady na ten temat. Nie wiem jak nie przekazać tego córce (lub synowi, bo to też się zdarza), jeżeli tkwisz w tym po uszy. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to: wyjdź z tego sama. Możesz to zrobić i wcale nie jest dla Ciebie za późno, uwierz mi.
Jednak to Ty już musisz zdecydować, czy podejmiesz to wyzwanie. Nikt inny tego za Ciebie nie zrobi.

Uwaga: Wcale nie twierdzę, że WSZYSTKIE mamy zaburzenia odżywiania odziedziczone po matkach (lub rodzicach w ogóle). To jednak częsty przypadek i dlatego poruszam ten temat.