Kilka dni temu zupełnie niechcący nie zdążyłam zjeść mojego obiadu i musiałam wyjść z domu głodna. Wkurzona leciałam na spotkanie, aż w pewnym momencie poczułam, że… głód przeszedł. O rany, tak jak kiedyś! Organizm posilił się własnymi zasobami. (Kanibalizm, brr)
Wtedy wpadł mi do głowy szalony pomysł: Co by się stało, gdybym przez kilka dni pociągnęła na diecie np. 1500 kcal? Tak by sobie przypomnieć, jak to kiedyś bywało.
Przecież przez lata święcie wierzyłam, że jest to dieta optymalna dla dorosłej, aktywnej kobiety, która „dba o linię”.
To przekonanie było oczywiście moim gwoździem do trumny bulimii, o czym w dużej mierze jest mój blog.

Zawsze powtarzam, że ciało pamięta głód i osoba, która ma za sobą historię ED nigdy nie powinna już kombinować z jedzeniem. W moim przypadku mija jednak prawie pięć lat od zakończenia wszelkich głupot. Postanowiłam – z czystej ciekawości – sprawdzić na własnej skórze, jak zareaguję i czy moja teoria jest słuszna.
Zanim zaczęłam, porozmawiałam ze swoim ciałem i przeprosiłam za ewentualne niewygody. Obiecałam mu, że to tylko czasowe. Poinformowałam także mojego chłopaka i poprosiłam, by miał na mnie oko.
Zaczęłam od mniejszego niż zawsze śniadania i poszłam na basen. Tak zawsze robiłam – mało jedzenia, dużo cario. Po pływaniu wypiłam kawę, zamiast standardowego drugiego śniadania. Im mniej tym lepiej, co?

I potem, stało się o dziwo, coś niesamowitego. Znowu przestałam czuć głód. Moje ciało załapało bardzo szybko co się dzieje: nie ma jedzenia, trzeba się na to nastawić. Dalej poszło starym trybem; późny obiad, mała kolacja. 1500 na liczniku. Boże uchowaj.
Zaczęłam odczuwać lekki stres, ciekawość jednak zwyciężyła i postanowiłam kontynuować.

Drugiego dnia zauważyłam dalszy brak głodu i całkiem dobre samopoczucie. Miałam zaskakująco dużo siły na moją standardową wizytę w klubie fitness i całkiem dobrze szło mi podnoszenie ciężarów. W ogóle nie myślałam o jedzeniu.
Wieczorem zaś zauważyłam pierwszy niepokojący sygnał; kłopoty z zasypianiem.

Kolejnego dnia było podobnie.

Trzeciego dnia obudziłam się godzinę wcześniej niż zawsze, chociaż także nie mogłam zasnąć wieczorem. Moją pierwszą myślą było „jedzenie!”, a drugą „ciekawe czy schudłam?”.
Normalnie przebudzam się przez kilka minut. Tym razem wyskoczyłam z łóżka jak oparzona i zaczęłam energicznie krzątać się po domu. Potem jak zawsze zrobiłam kawę i w godzinę pobiłam swój rekord ilości maili, na które odpowiedziałam. Aha, zaczął się adrenalinowy haj.
Znasz to? Ja o tym totalnie zapomniałam! A przecież kiedyś potrafiłam funkcjonować tak przez kilkanaście dni, zanim zaczął się nieuchronny zjazd w dół, depresja i brak siły.

W ogóle zaczęłam się czuć, jakby odwiedził mnie stary znajomy, były chłopak, który mnie prześladował, a teraz po latach odnalazł mój adres – głód.

Czwartego dnia zaczęłam mieć rozbiegane myśli wraz z poczuciem super-skupienia; taka dziwna mieszanka. Na przykład nie mogłam się totalnie skupić na medytacji, ale jak usiadłam do mojego hiszpańskiego, rozpykałam wszystkie zadanka raz dwa.
Wszystko za co się zabrałam, robiłam niezwykle efektywnie i szybko, ale jakby spazmatyczne – jakbym była na jakiś dragach.
Tego dnia nie poszłam do toalety, metabolizm zwalnia.

W nocy nie mogę spać. Mimo że nie czuję głodu jako takiego, myślę o jedzeniu. Zauważam, że liczę i przeliczam ilość kalorii jakie zjadłam w ciągu dnia. Fascynujące.

Ostatniego dnia mojego eksperymentu zaczynam mieć myśli typu „ile schudłam?” (totalnie mi na tym nie zależało jeszcze kilka dni temu) i że w sumie to nie jest tak źle, może pociągnę jeszcze trochę.
Kiedyś bym się z nimi identyfikowała, wierzyła w nie i postępowała tak, jak one sugerują. Teraz obserwuję je z boku, zaciekawiona.

Najbardziej niepokojąca jest subtelna myśl pojawiająca się przed obiadem: Nie jedz tego, za dużo węglowodanów, zjedz samą sałatkę. A w ogóle poczekaj jeszcze godzinę!
Za nią idzie dojmujący i jakże znajomy smutek „O matko, nie mogę zjeść tego, chociaż mam taką ochotę! Niczego nie mogę!”
I przez chwilę chce mi się płakać z tego powodu.
Zaraz zaś przypominam sobie, że to nie rzeczywistość, że jak KIEDYŚ tak żyłam, nie teraz i… chce mi się płakać jeszcze bardziej. Jak ja mogłam funkcjonować tak przez lata? Jak mogłam stracić całą piękną młodość na powtarzaniu tej toksycznej mantry: Jedzenie nie jest dla mnie. Wszyscy mogą, a ja nie! Ja mam tendencje do tycia! Nie mogę, nie mogę, nie mogę! Jestem tłusta, gruba, wstrętna!
Koszmar.

Znowu nie mogę spać i znowu wyskakuję z łózka jak z procy. Teraz jednak, po konsultacji z moim chłopakiem, postanawiam zakończyć tę mało przyjemną przygodę. I tu, kolejne zdziwienie – jest mi ciężko. „No jak to? Poddajesz się? C’mon dziewczyno, schudłaś już X gram! Zaraz będzie kilogram! Nie chcesz mniejszego rozmiaru na lato?”
Nie, mój wilku, toksyczny były chłopaku, spadaj z tą swoją nudną, ch**wą gadką. Ja już jej nie kupuję!

Gdy w końcu zjadłam normalnie, poczułam się totalnie… normalnie. Myśli o kilogramach, jedzeniu oraz poczucie bycia na haju odeszły w siną dal, a zastąpił je błogi spokój. Ufff, ale była jazda.

*

Jakie wyciągam wnioski z tego eksperymentu? Dokładnie takie same jak wcześniej: osoba z historią ED nie może kombinować z jedzeniem. Wszystkie schematy bardzo szybko wracają. Gdybym nie miała świadomości, że to tylko myśli, pewnie szybko uwierzyłabym w ich treść i zaczęłabym robić, to co mi mówią.

Po drugie, tak jak zawsze powtarzam: „To” nigdy nie wraca SAMO. My „to” wracamy. Nie można mieć „nawrotu” od czapy. Zaburzenia odżywiania to przecież nie rak.
Wszystko „wróci” jeżeli przejdziesz znowu na dietę lub zaczniesz kombinować. Jeżeli nie, to nie ma się czego bać.

Bardzo się cieszę także, że chociaż na chwilę mogłam przypomnieć sobie jak to było. Na pewno spojrzę na problemy moich czytelniczek świeżym okiem i z nowym zrozumieniem.
Fajnie było też to, że mogłam zobaczyć jeszcze raz kontrast między normalnym, spokojnym życiem, a kołowrotkiem w jaki wpada nasz mózg po kilku dniach głodu.
Po raz kolejny widzę, jak jasno i normalnie jest po drugiej stronie.
Mogę obiecać Ci, że kiedy raz to zobaczysz, nigdy nie będziesz już chciała wracać do takiego „dbania o linię”.

*

Jeżeli totalnie nie wiesz, co to jest normalne jedzenie, wesprzyj się moim gotowymi jadłospisami.
Znajdziesz je tutaj: JADŁOSPISY
Pamiętaj jednak że, to jest tylko inspiracja, pomagająca stanąć Ci na nogi, a nie Biblia.

*

I na koniec, uwaga! Nie polecam Ci robienia takiego eksperymentu. Ja zrobiłam go po wielu latach od wyjścia z bulimii, w calach czysto „naukowych”, z racji tego, że prowadzę takiego bloga. Ty zajmij się swoim życiem w wolności od obsesji jedzenia.