Pamiętasz na pewno mój artykuł o extreme hunger? Jest to jeden z najczęściej czytanych postów na tym blogu. Jeżeli jeszcze się z nim nie zapoznałaś, zrób to teraz, ponieważ stary dobry EH jest nieodzowną częścią wychodzenia z restrykcyjnych zaburzeń odżywiania. Sama popularność mojego wpisu świadczy o tym, że ten problem dotyczy większości z nas.

Czym jest ekstremalny głód? Małe przypomnienie:
To jak sama nazwa wskazuje, ekstremalna reakcja organizmu na długotrwały brak jedzenia. Wiesz dobrze, że kiedy się głodzimy, nie gubimy – o naiwności – tylko tłuszczu. Przede wszystkim gubimy naszą masę mięśniową. Tyczy się to wszystkich mięśni. Takie powiedzmy serce też się odchudza. I nagle mamy je o 10% mniejsze. Dietą odchudzamy sobie organ trzymający nas przy życiu. Nieźle, co?
Powoli marnieją także inne tkanki – łączna (mamy mniej krwi), kostna (nasze kości zaczynają przypominać sito). Sypią się hormony, maleją narządy, mózg działa na pół gwizdka. No po prostu cud, miód i orzeszki. Ale bez miodu i bez orzeszków, bo się odchudzamy.

I w momencie, kiedy jedzenie znowu się pojawia, bo albo poszłyśmy po rozum do głowy, albo organizm nie wytrzymał i rzucił się na wszystko co można zjeść – przychodzi ten brutalny rodzaj głodu. Ma on na celu jak najszybsze uzupełnienie wspomnianych braków w naszym organizmie, wyprowadzenie go ze stanu „hibernacji” i doprowadzenie do dawno utraconej normy.

No dobrze; a co jeżeli nie mamy niedowagi? Czy EH także jest możliwy? Tak, jak najbardziej.

Istnieją trzy przypadki kiedy to się dzieje:

1. Wyszłyśmy już z dużej niedowagi i mamy wagę odpowiednią, ale organizm jeszcze się nie zatrzymuje. To na pewno przerażające, ale jak najbardziej normalne. Zagłodzony ciało powracające do normy, przekroczy ją, a potem do niej wróci. Dowodzi tego chociażby najsłynniejszy eksperyment, w którym to doprowadzono dużą grupę mężczyzn do niedowagi i z powrotem.
Przeczytaj tu: Eksperyment W Minnesocie

2. Walczymy z ekstremalnym głodem od początku jego pojawienia się, lub od momentu kiedy nasza waga osiągnęła prawidłowy poziom, a głód nie ustawał.
Wtedy waga naprawdę może poszybować w górę. Jeżeli czytają to dziewczyny, które wojowały z EH, nich wypowiedzą się ku przestrodze. Ja miałam okazję pracować z agentkami, które doprowadziły się w ten sposób nawet i do 100 kg. Z ekstremalnym głodem się NIE WALCZY. Tak samo jak nie walczy się z tornado, tsunami czy trzęsieniem ziemi. To potężna siła natury, która Cię zniszczy, jeżeli zaczniesz kombinować.

3. I w końcu przypadek trzeci: Nigdy nie miałyśmy niedowagi.
Hę? To jak to jest możliwe?

A tak, że głodzenie może odbywać się na dwa sposoby: ilościowy – za mało kalorii i jakościowy – za mała danego makroskładnika. Tutaj najczęściej ofiarą padają tłuszcz i węglowodany – albo razem, albo osobno. To już zależy jakich bzdur się naczytałaś. Za moich czasów to tłuszcz był zły i jadło się wszystko light, potem propaganda się zmieniła i to węglowodany stały się „be” (paranoja).
To ograniczenie nazywam ograniczeniem pionowym. Wyobrażam sobie taką grubą krechę oddzielającą jedne pokarmy od drugich – dozwolone od niedozwolonych.

Mogło być też tak, że głodziłaś się na zmianę z epizodami obżarstwa. To także spustoszyło twój organizm. W okresach „diety” wszystko było dietetyczne (czyli wióry i trociny), a okresach żarcia wszystko było syfiaste (ciastka i lody!). W efekcie organizm i tu i tu nie dostawał nigdy nic wartościowego. To ograniczenie nazywam ograniczeniem poziomym. Widzę poziomą linię czasu na której dieta przeplata się obżarstwem.
W jednym i drugim przypadku organizm nabawił się konkretnych niedoborów, bez znacznej utraty wagi. Ba! Często przy nadwadze, albo i otyłości.

I kiedy w końcu zaczynamy normalnie jeść, ciało próbuje to wszystko jak najszybciej naprawić i uzupełnić.
Nazywanie tego ekstremalnym głodem jest tu może trochę na wyrost. Preferuję nazwę „dożywienie się”, której to używam w pracy z moimi dziewczynami na mentoringu.

Zazwyczaj to odbywa się tak: przychodzi taka bidulka z „pionowym” lub „poziomym” problemem (albo z oboma). Na pierwszej rozmowie obracam jej światopogląd w perzynę i od tego momentu uczymy się jeść normalnie: tłuszcze, węgle, żadnych dietetycznych pierdół.
I właśnie w tych pierwszych dniach widzę jak organizm się dożywia. Moja Wilczyca zaczyna od jedzenia całkiem sporo. To dla niej dość przerażające doświadczenie, ale właśnie od tego ma mnie, abym czuwała nad tym procesem i pomogła jej dojść do jego końca.
Potem ta ilość naturalnie maleje, tak jak maleje zainteresowanie jedzeniem w ogóle. Po prostu schodzi ono na dalszy plan, gdzie jego miejsce.

A więc, uwaga: jeżeli dopiero co postanowiłaś rzucić dietę, lub skończyłaś z wykluczaniem danego makroelementu (albo ich obu), możesz spodziewać się łagodnej formy ekstremalnego głodu mającego na celu dożywienie Twojego ciała. Nic się nie martw, to normalne.
Pamiętaj także, że głód nigdy nie jest żartem organizmu ani jego złośliwością. To jak najbardziej potrzeba, zasadna reakcja. Musisz pozwolić mu przyjść i odejść naturalnie. Nie poganiaj, nie stresuj się, zaufaj.