Opowiem Ci dzisiaj o moim niedawnym odkryciu, które totalnie mną wstrząsnęło i zmieniło moje widzenie świata.
Jeżeli przesadziłam z tym stwierdzeniem, to na pewno niewiele.
Pozwól, że przywołam tu całą historię od początku.

„Spotkało” mnie niedawno coś przykrego. (Słowo „spotkało” celowo piszę to w cudzysłowie i zaraz wyjaśnię dlaczego.) Mniejsza o szczegóły, ale okazało się, że coś na co mocno liczyłam nie wypali. Wiele moich złudzeń i nadziei legło w gruzach a ja poczułam niewymowne cierpienie.

Było to przed samymi świętami, które powinny być radosnym czasem. Ja zamiast tego nie byłam w stanie jeść, prawie nie spałam i żyłam w ciągłym, ekstremalnym stresie. Znasz chyba to uczucie, kiedy żołądek zawiązuje Ci się w supeł, serce ściska w kamień i wręcz drętwieją Ci ręce.
Tak się czułam. I chyba jestem jedyną osobą, która schudła przez święta. Niestety.

Ciągle jednak pamiętałam to, czego uczę moje podopieczne i w co głęboko wierzę: nikt i nic nie może wpłynąć na nasze samopoczucie. To nie jest tak, że zewnętrzny świat (ludzie, sytuacje) nam coś robi, a my na to reagujemy i tym samym jesteśmy jego ofiarami.
Nie. To nasze myślenie o ludziach i sytuacjach powoduje nasze cierpienie. Pisałam o tym kiedyś w poście „Rewolucja myśli”. Podawałam tam przykład korka ulicznego. Korek sam w sobie nie jest stresogenny. To nasze myślenie o nim jest. Można siedzieć w korku i się wkurzać, a można siedzieć w korku i słuchać sobie muzyki i cieszyć się chwilą dla siebie. Zawsze czujemy to co myślimy i kropka.

No więc nawet w samym środku tego przeogromnego stresu, wiedziałam, że ja czuję swoje myślenie o zaistniałej sytuacji, że bolą mnie moje utracone złudzenia i opór przeciwko temu co jest – fakt, że się na to wewnętrznie nie zgadzam, zamiast zaakceptować to co jest. To już ogromny progres, bo jeszcze kilka lat temu (a raczej przed przeczytaniem książki „Inside out Revolution” i trafienie na całe pole psychologii, która ona opisuje) czułabym się jak ofiara złego świata i nieuczciwych ludzi.
Teraz wiem, że to wszystko wychodzi ze mnie i właśnie przez pryzmat tego myślenia widzę sytuację w takim a nie innym świetle.

Ale cierpiałam dalej. Jakoś ta wiedza totalnie mi nie pomagała. Co z tego, że to jest moje myślenie, skoro moje życie i tak się teraz zmieni i będę musiała pożegnać się z najdroższymi marzeniami?!

Aż w końcu zobaczyłam to zupełnie inaczej.

Był pierwszy dzień świąt, już po imprezie, na której prawie nic nie zjadłam z nerwów. Leżałam już w łóżku i zasypiałam. Nic już nie mieliło się w moim umyśle, upragniony spokój na chwilę przed ostatecznym odpłynięciem w sen.
I nagle zobaczyłam w wyobraźni taką scenę. Stoję z ręką na rozgrzanym paliku i powtarzam: „To tylko ból, to nic osobistego i przeciwko mnie. To tylko ból.”

To metafora, którą często powtarzam swoim podopiecznym; że i ciało i umysł mają w sobie wspaniały mechanizm ostrzegania nas przed czymś, co nam nie służy – ból.
Jeżeli czujesz ból fizyczny, na przykład kładąc rękę na gorącym palniku, to znaczy to, że ciało daje Ci natychmiastowy feedback na temat twoich działań. Informuje Cię ono o tym, że masz czym prędzej zabrać rękę, bo zrobisz sobie krzywdę.
Rozumiesz to doskonale i nie wkurzasz się na ból. Wręcz przeciwnie. Jesteś mu bardzo wdzięczna. Gdyby nie on, dawno byś się pewnie wyprawiła na tamten świat,

I tak samo działa nasz umysł; jeżeli boli nas jakaś myśl (pamiętasz? Czujemy tylko to co myślimy), to jest to feedback od naszego umysłu, że ta myśl nasz krzywdzi, że nie jest dobra, jest ona podłej jakości i nie należy trzymać na niej ręki, bo będzie bolało coraz bardziej.

Tylko my niestety myślimy, że to okoliczności nas bolą. A to zupełnie nie tak! Bolą nas nasze myśli o tych okolicznościach. I nie ma to nic wspólnego z nimi.
Nasz umysł próbuje nam powiedzieć w ten sposób, że odeszliśmy daleko od spokoju, który jest naszą naturą. Urodziliśmy się w nim i żyliśmy przez pierwsze lata naszego życia – nie oceniając okoliczności i naszego myślenia. Wtedy nie cierpieliśmy dłużej niż trwał ból. Teraz cierpimy, bo przeciągamy ten ból w przyszłość, podtrzymując go i wskrzeszając od nowa.
A przecież ból, to niewinna informacja zwrotna, nie kara za grzechy.

I ja to właśnie zobaczyłam. Coś się stało, ktoś podjął taką, a nie inną decyzję i tyle. Ja się z nią nie zgadzam i myślę, jakie to jest tragiczne. Mój umysł z całych sił zaś próbuje mi powiedzieć, że to co robię mnie rani. A ja, jak ten osioł trzymam na nich rękę. Boże, po co? Odczep się od nich!

Zobaczyłam to w tym krótkim momencie, zaśmiałam się sama do siebie i zasnęłam.

Następnego dnia obudziłam się z totalnie innym oglądem sytuacji. Fakt, coś się stało, ale to już należy do przeszłości. Co z tego, że muszę zmienić swój plan działania, czy sposób widzenia? Co z tego, że miałam jakieś swoje założenia, które okazały się nieprawdą?
I nawet jeżeli źle się stało, to czy myśląc o tym coś zmienię? Nie! Tylko się wykończę nerwowo o czym mój umysł próbuje mi powiedzieć!
To nie sytuacja mnie boli, ale myślenie o niej w ten sposób!

I zaraz pojawiła się totalnie inna perspektywa. To co mnie „spotyka” jest zupełnie nową szansą na coś innego, czystym startem. To jest szansa na zweryfikowanie wielu rzeczy i rozwój. To nie musi być wielka tragedia, tylko dlatego że ja Ania tak postanowiłam. Kto wie co życie ma dla mnie w zanadrzu?
Muszę to zaakceptować i iść dalej. A co mi przyjdzie z płaczu nad rozlanym mlekiem? Nic.

Poczułam ogromną wdzięczność za ten ból, który odczuwałam.
Teraz, nawet jak się staram, nie mogę się już zasmucić tym, co się stało. Po prostu zobaczyłam to totalnie inaczej.

Nic mnie nie „spotkało”. To ja spotkałam swoje czarne myśli i zamiast uciekać od nich to miętoliłam je w głowie, aż zepsuły mi całe święta. Co za wolność móc to zrozumieć.

A czy Ty słyszysz w tym coś dla siebie?