To pytanie, z którym spotykam się bardzo często. Ostatnio dostałam list od dziewczyny wychodzącej z niedożywienia spowodowanego przez ED. Pytała mnie jak rozpoznać granicę między realną potrzebą ciała, a już kompulsywnym (czyli de facto niepotrzebnym) objadaniem się. Zaznaczyła, że wagę ma już w normie, a więc martwi się, że jej ciągle wzmożony apetyt przestaje być normalny.
Co ja na to?

Zanim podzielę się z Tobą moją odpowiedzią, przyjrzyjmy się najpierw tym dwóm zjawiskom.

Jedzenie z głodu

Jest to zaspokajanie naturalnej potrzeby ciała, które występuje u wszystkich organizmów zamieszkujących tę planetę. Ma on na celu uzupełnienie brakującej do życia energii.
Głód, tak jak każda inna potrzeba fizjologiczna, sygnalizowany jest w sposób jawny i bezkompromisowy. Nie można go po prostu zignorować. Tak samo jak nie można zignorować na dłużą metę parcia na mocz, potrzeby snu czy przymusu zaczerpnięcia oddechu, jeżeli brakuje nam powietrza.
No właśnie, możemy się chyba zgodzić, że określenie „przymus” będzie tu jak najbardziej trafne, prawda?

Jedzenie kompulsywne

Tutaj sprawa się trochę komplikuje i wymaga dodatkowych wyjaśnień.
Po pierwsze; skąd się bierze takie zachowanie? Chyba nie z powietrza. Nikt przecież nie wstaje nagle z kanapy i nie rzuca się na lodówkę bez uprzedniego kombinowania z dietą! I proszę, nie mów mi, że nie. Przeczytałam w swojej prawie pięcioletniej karierze kilkadziesiąt tysięcy wiadomości i tylko kilka razy spotkałam się z przypadkiem, że ktoś zaczął objadać się bez uprzedniego głodowania.

A więc zawsze było coś nie tak z podażą energetyczną – czy to z powodu odchudzania, czy stresu, czy choroby.
Nasz instynkt samozachowawczy zaczął więc przymuszać nas do jedzenia ze zdwojoną siłą. My zaś ze zdwojoną siłą zaczęłyśmy mu się opierać i tak rozpętała się słynna walka między Gadzim a Profesorem, która od lat zatacza błędne koło i demoluje Ci życie. O tym jak to się dokładnie stało pisałam wielokrotnie, więc odsyłam do starszych postów.

A jak to wszystko się objawia? Niekontrolowanymi rzutami na jedzenie właśnie, poprzedzonymi okresami niedożywienia (faktycznego niejedzenia, restrykcji lub przeczyszczania się).
To jak możemy nazwać takie jedzenie? Hmmm może „kompulsywnym”?
Kompulsja to według słownika języka polskiego czynność wykonywana pod nieodpartym przymusem. Czyli co? Głód to przymus i kompulsja to przymus, tak? Więc czy nie jest to jedno i to samo?
Śmiem twierdzić, że jest.

Nieprzekonana? Przyjrzyjmy się temu jeszcze głębiej.

Wyobraź sobie rozbitka, którzy został uratowany po pięciu dniach dryfowania na morzu w szalupie ratunkowej. Kiedy załoga helikoptera w końcu go namierzyła, był już bardzo słaby i wygłodzony. Jego myśli krążyły w większości wokół jedzenia, obawy o życie i znowu jedzenia. (Przeczytaj książkę „Unbroken”, jeżeli nie wierzysz.)
Kiedy w końcu dotarł do bezpiecznego brzegu, natychmiast dostał pożywienie, na które rzucił się jak wygłodniała bestia. Tak bardzo marzył o posiłku, a teraz nie posiada się ze szczęścia, że może to pragnienie zaspokoić.
Jego ręce jak najszybciej wpychają jedzenie do buzi, mimo że normalnie nigdy nie jadłby w ten sposób; przecież jest osobą cywilizowaną.
Jednak teraz działa on pod wpływem niedającego się opanować przymusu. Zresztą nawet nie chce go opanować, chce jeść i żyć. Czuje się taki szczęśliwy i wdzięczny.

A teraz wyobraź sobie młodą kobietę, która od poniedziałku była na restrykcyjnej diecie. Kiedy ją spotykamy jest piątek, a ona wraca z pracy słaba i wygłodzona. Jej myśli krążą w większości wokół jedzenia.
Kiedy w końcu dociera do bezpiecznego progu swojego domu, nie wytrzymuje i rzuca się na nie jak wygłodniała bestia. Tak robiła już milion razy w każdy piątek, więc to nic nowego.
Widzimy ją jak pochłania wszystko co ma w lodówce. Jej ręce wpychają jedzenie do buzi, mimo że nigdy, sama z siebie, nie jadła by w ten sposób.
Teraz działa jednak pod wpływem niedającego się opanować przymusu, mimo że chce go opanować, bo chce W KOŃCU SCHUDNĄĆ! Po policzkach płyną jej łzy.

Powiedz mi sama; jaka jest różnica pomiędzy tymi dwiema sytuacjami?
I tu i tu był wielki głód. I tu i tu głód został bez ceregieli zaspokojony.
Tylko, że w pierwszym przypadku działo się to za zgodą i przyzwoleniem osoby zainteresowanej, a w drugim wbrew jej woli i ku przerażeniu.
Czyli w sumie różnicą jest jedynie percepcja tych dwóch wydarzeń i ich ocena?

A więc prosty wniosek nasuwa się sam. Tak zwane kompulsywne jedzenie to także kierowane instynktem zaspokajanie potrzeby fizjologicznej, tylko że inaczej nazwane i ocenione negatywnie.
I nie mówię tutaj o jedzeniu z premedytacją, które następuje w późniejszych fazach zaburzeń odżywiania; takim, że je się, bo… co by tu innego robić. Mówię o tak zwanym ataku, gdzie zostaje wyłączona świadomość i wolna wola. Takie rzeczy nie dzieją się z nudów czy z powodu widzimisię. One dzieją się z jednej przyczyny – z głodu.
(Zaraz podniosą się głosy, że przecież stres i inne emocje też się zajada. O tym pisałam w poście „Zajadać stres”)

*

Więc jeżeli mam odpowiedzieć na pytanie z początku tekstu, jaka jest różnica pomiędzy głodem, a kompulsem, to powiem prosto: nie ma jej. Różnica jest tylko w Twojej percepcji tego zdarzenia.
Głód to coś dobrego i naturalnego (oczywiście broń boże nie u nas, ale na przykład u naszego dziecka już tak), a kompuls to coś złego i niechcianego.

A więc raz na zawsze wyjaśnijmy to sobie; kiedy jesz pod wpływem niedającego się opanować przymusu, dorobiłaś się pewnie deficytu kalorycznego, jakościowego, albo tak długo głodowałaś, że teraz rozpędzony strachem organizm próbuje zapewnić sobie nadwyżkę kalorii na czas kolejnego kryzysu.
Tak jest bez względu na to czy jesteś rozbitkiem, któremu ten instynkt ocala życie, czy osobą na diecie, której w ten sposób wali się cała rozpiska od dietetyka.