Dzisiaj opublikuję fragment książki Marty Kieniuk – Mędrali pt „Z  ciałem nie ma żartów”.  Jest to projekt charytatywny w którym wzięłam udział i objęłam matronatem. Jego celem jest pomoc Agnieszce Kudyrze – dobrej znajomej Marty – stanąć na nogi ( i to w sensie dosłownym). Dochód ze sprzedaży książki zostanie przeznaczony na jej rehabilitację.

Projekt można wspomóc tutaj. 

Oprócz wywiadu ze mną, przeczytasz tam także historie dziewczyn z facebookowego Wilczego Stada, na które serdecznie Cię zapraszam.

*

Nazywam się Anna Gruszczyńska, ale jestem bardziej znana jako Wilczo Głodna. Pod tym pseudonimem prowadzę od pięciu lat poczytny blog o zaburzeniach odżywiania, publikuję filmiki na YouTube oraz wydaję książki.

Jak do tej pory opublikowałam ich już pięć, z czego dwie były bestsellerami Empiku. Do tego udzielam się jako mówca publiczny (między innymi konferencja TEDx Kraków 2015) oraz edukatorka i coach. Wielokrotnie miałam okazję wypowiedzieć się na temat zaburzeń w mediach (telewizja, radio, magazyny kobiece).
Prywatnie mieszkam od wielu lat w Belgii, gdzie tworzę szczęśliwy związek z moim partnerem Toonem. Niedawno do rodziny dołączył kot o imieniu Mr. Pickles, który ogrzewa mi kolana, kiedy piszę te słowa.

Czym się kieruję w życiu? Samym życiem. Dawno już nauczyłam się, że ono wie najlepiej co dla mnie dobre i prowadzi mnie dokładnie tam, gdzie powinnam się znaleźć. Jeszcze nigdy się nie zawiodłam na jego przewodnictwie.
Moim największym marzeniem jest uświadomić każdej jednej osobie, która cierpi na zaburzenia odżywiania, że wyjście z nich jest absolutnie możliwe i do tego bardzo proste. Może nie jest to łatwe, ale proste. Wszak sama natura mechanizm głodu i sytości uczyniła dla nas bardzo czytelnym.

Marzeń prywatnych nie mam. Od wyjścia z bulimii moje życie jest cudowne, takie jakie jest. Mam wszystko o czym tylko kiedykolwiek marzyłam, choć nie jest to aż tak wiele; spełnienie zawodowe, miłość, wolność, pasję podróży, której oddaje się, kiedy tylko mogę. Jestem za to bardzo wdzięczna i nie pragnę nic więcej. Jeżeli zaś dostanę więcej, to cudownie.
Nie boję się także straty mojej szczęśliwej gwiazdy, bo nawet gdyby tak się stało, wiem, że i tak wszystko będzie ok.

Jak wyglądała moja historia? Już opowiadam.
Uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak, kiedy miałam 15 lat i po raz kolejny znalazłam się nad toaletą, próbując zwymiotować całe to jedzenie, na które rzuciłam się pół godziny wcześniej. Dlaczego tak się stało? Ponieważ wcześniej głodziłam się miesiącami w przekonaniu, że gdy tylko wbiję się w rozmiar XXS będę szczęśliwa, piękna i wartościowa, a świat będzie mnie kochał.

Takie poglądy wyniosłam z domu, w którym wszystkie kobiety od zawsze, bezskutecznie się odchudzały, a wszyscy mężczyźni komentowali ich wygląd.
Wiecznie też słyszałam, że „na jedzenie trzeba uważać”, bez wyjaśnienia, co to tak naprawdę znaczy. Od dziecka więc miałam zaburzony obraz tego, ile powinno się jeść oraz obraz swojego ciała.

Pamiętam, że już w przedszkolu uważałam, że jestem gruba. Pamiętam tę złość i rozczarowanie sobą, kiedy podnosiłam koszulkę i patrzyłam na swój „gruby” brzuch. Miałam wtedy może z pięć lat.
Czy byłam gruba? Absolutnie nie! Byłam zupełnie normalnym, prawidłowo rozwijającym się dzieckiem. Jednak obsesja na punkcie wyglądu, dosłownie wyssana z mlekiem matki, zdążyła zapuścić już swoje korzenie.

Kiedy miałam 14 lat, przeszłam na swoją pierwszą, „ poważną” dietę, znalezioną w książce o tytule „100 diet” (czy ile ich tam było), która właśnie za sprawą mamy, zasiliła naszą domową biblioteczkę. Nie spotkało się to z żadnym komentarzem ze strony rodziców, więc kontynuowałam ją wytrwale, jako najnormalniejszą rzecz na świecie. W końcu byłam już prawie kobietą i czas najwyższy było zadbać o swój wygląd, prawda?

Jak można łatwo się domyślić, była to dieta wprost idiotyczna. Pamiętam, że można było jeść na niej marchewki i grejpfruty, a kalorii było w niej 800 dziennie. I to wszystko dla dorastającej dziewczyny, która powinna jeść ze trzy razy tyle!

Takie głodowanie, a raczej jego efekty i idące za nimi komplementy otoczenia, bardzo mi się spodobały, więc zaczęłam systematycznie ograniczać spożywane kalorie do minimum. W końcu im mniej tym lepiej, a szałowy rezultat już tuż tuż. Jednak ciągle mi było mało.

Ani się nie obejrzałam, a zjadałam dziennie po 300, 200, 100, 50 kcal…. W bilans wliczałam nawet mleko do kawy – oczywiście 0%. Z wesołej nastolatki, powoli zaczęłam stawać się cieniem człowieka.
Waga leciała w dół, czego ja – o dziwo – totalnie nie widziałam, a im mniej ważyłam, tym większego potwora widziałam w lustrze. Tak na marginesie: to udowodniony naukowo efekt (odsyłam to materiałów o eksperymencie w Minnesocie), jaki pojawia się przy głodowych dietach – wykrzywia się obraz własnego ciała.
Zaczęły wypadać mi włosy (w końcu ostrzygłam je na krótko), zatrzymał się okres, średnia na półrocze zjechała z 5.3 na 3.5. A ja dalej nie łączyłam faktów.

Aż w końcu moje ciało nie wytrzymało i w zwierzęcym instynkcie przetrwania, rzuciło się na jedzenie. Teraz wiem, że to zupełnie normalne i wręcz zbawienne. Przecież KAŻDY organizm będzie się bronił przed śmiercią! Wtedy jednak myślałam, że jestem nienormalnym żarłokiem, że nie mam silnej woli i że nie zasługuję na życie. Naprawdę.

Kiedy moja mama zorientowała się co się ze mną dzieje, wysłała mnie do psychologa. W tamtych czasach było to jedyne dostępne rozwiązanie. Ja nie widziałam w tym żadnego sensu, bo „przecież nic mi nie jest”. Ja cierpię na nagły zanik silnej woli, tak potrzebnej do głodzenia się. Jeżeli tylko uda mi się przywrócić ją do stanu sprzed wstrętnych ataków obżarstwa, problem zniknie!

Teraz z perspektywy czasu, widzę, że po części miałam rację. W której części? W tej, że mi nic nie było. Moja psychika i ciało były totalnie zdrowe i próbowały mnie ratować ze wszystkich sił. To moja ambicja była chora i ukierunkowana na coś zupełnie bezsensownego; na walkę z siłą natury.
A w czym się myliłam i to srogo? Myliłam się w kwestii braku silnej woli. Ja miałam jej aż za dużo i używałam jej przeciwko sobie.

Gdybym wtedy wiedziała, to co wiem teraz; że trzeba odpuścić i jeść normalnie, że żaden organizm nie dąży do nawagi, że trzeba jeść w miarę(!) zdrowo i wszystko będzie dobrze, nigdy nie wpadłabym w uzależnienie od obżerania się i wymiotowania; czyli w bulimię.
Niestety tego nie wiedziałam, czekała mnie więc piętnastoletnia przeprawa z moim najlepszym przyjacielem – z ciałem, które traktowałam jak najgorszego wroga.

Oczywiście chodziłam grzecznie do psychologa, ale nie widziałam sensu w rozmawianiu z nim o dzieciństwie i potencjalnych traumach, jakie niby to spotkały mnie w moim piętnastoletnim życiu. Nic takiego nie miało miejsca. Pochodziłam z normalnego, kochającego domu…. zainfekowanego niestety kultem szczupłej sylwetki i diet, na co nikt, podczas mojej „terapii”, nie zwrócił uwagi.
Pani psycholog nie rozumiała także, kiedy jej tłumaczyłam, że ja chcę tylko schudnąć i wszystko będzie ok. Dlaczego? No jak to, dlaczego? Żeby być ładna!

Po kilkunastu spotkaniach, nie widząc żadnego progresu, postanowiłam zmienić terapeutę, w nadziei, że u niego odnajdę swoją silną wolę, albo… nie wiem co? Coś się zmieni?
Niestety efekt był ten sam. Potem były jeszcze chyba ze dwie próby, ale jak po raz kolejny znalazłam się na fotelu, opowiadając o swoim dzieciństwie, zrozumiałam nagle, że nikt, absolutnie nikt, nie może mi pomóc.

Był jeszcze krótki epizod z psychiatrą i lekami psychotropowymi. Oczywiście bez skutku.
Teraz wiem, że nie ma na świecie takich leków, które wyłączą organizmowi, mechanizm obrony przed śmiercią głodową. Jeżeli będziesz się głodzić, to będziesz się obżerać. Po prostu. I to tu był problem, a nie w tym, że próbowałam „zajeść” jakieś emocje, czy zwrócić na siebie uwagę.

Może brzmię jak osoba rozżalona, ale zapewniam, że absolutnie tak nie jest. Wiem ponad wszelką wątpliwość, że moi terapeuci chcieli dobrze i robili co mogli, ze swojego ówczesnego poziomu rozumienia problemu, który odzwierciedlał ówczesny poziom wiedzy o tym w ogóle.
Niestety całe to leczenie opierało się na fałszywych przesłankach. Bulimię traktowano jako chorobę psychiczną (czemu się nie dziwię, bo z boku wygląda to absolutnie irracjonalnie i nosi znamiona celowej autodestrukcji), podczas gdy jest to po prostu dieta, która zamieniła się w obsesję, wymknęła się spod kontroli i w późniejszych etapach przerodziła w nałóg, głupi nawyk.

Na szczęście na świecie coraz głośniej się o tym mówi. Jest wiele terapeutek, coachów i instytutów, które operują z zupełnie nowego poziomu rozumienia zaburzeń odżywiania. Istnieje już tona badań naukowych na ten temat i co chwila powstają nowe, co mnie bardzo cieszy.
W naszym kraju to podejście także powoli się zmienia, do czego z radością dokładam swoją cegiełkę.

*

No dobrze, ale wrócimy do mojej historii.
Rodzina na początku bardzo interesowała się moimi postępami na terapii, ale jak nie było ich przez rok, dwa, trzy (za to było coraz gorzej), tak temat rozpłyną się w codziennej życiowej krzątaninie i przestał być poruszany.
Zresztą wtedy właśnie wyjechałam na studia do odległego Krakowa i oświadczyłam wszem i wobec, że zmiana środowiska mnie uleczyła. Guzik prawda.
Od tego zaczął się ponad dziesięcioletni okres, w którym pogodziłam się, że tak będzie wyglądało moje życie. No bo skoro to „choroba nastolatek”, a ja już nie jestem nastolatką, to znaczy, że przegapiłam okno czasowe, w którym mogłabym z tego wyjść. Teraz to już po ptakach i trzeba zaakceptować dzienne wyprawy do sklepu po słodycze oraz koszty tego postępowania.
Tak wtedy myślałam i totalnie poddałam się bulimii.

Na szczęcie los nie zostawił mnie samej sobie. Mając 27 lat poznałam wspaniałego chłopaka z Belgii i wyemigrowałam z Polski.
On nie wiedział nic o bulimii, ale widział co ze sobą robię. Dostrzegał bezsens mojego postępowania, które wynikało z mojego głupiego myślenia (np., jak zjem jedną czekoladkę, to już muszę zjeść wszystkie, bo i tak przepadło). To on zawsze powtarzał mi: „Możesz to przerwać w każdej chwili. Ty siedzisz za sterami tego statku. Ty i nikt inny”. Ja zaś oburzałam się, że on nic nie rozumie i przecież ja mam DIAGNOZĘ od psychiatry, czarno na białym, że jestem CHORA!

Aż któregoś dnia, niedługo po moich 30stych urodzinach jechałam sobie na rowerze, nie myśląc za bardzo o niczym i nagle doznałam olśnienia.
Spokojnie, nie ukazał mi się anioł czy Duch Święty. Po prostu nagle ZOBACZYŁAM, że to, co mówił mój chłopak, to PRAWDA. To z czym się zmagam, to nie choroba psychiczna. To nałóg.

Ja po prostu jestem uzależniona od myślenia o tym non stop, od diet, martwienia się i jedzenia dużych ilości jedzenia. A skoro to „tylko” nałóg, a nie choroba, to ja mam nad tym moc. A skoro mam moc, to mogę przestać. Papierosy też paliłam i przestałam.

Wszystko w mojej głowie nagle wskoczyło na swojej miejsce, a ja zrozumiałam, że nigdy więcej już tego nie zrobię. I tak się stało.
Oczywiście zjadłam za dużo jeszcze paręnaście razy, ale zawsze wiedziałam, że nie muszę iść tą drogą do końca, że mogę przestać w dowolnym momencie. Co za odkrycie!

Wyobraźcie sobie także, jaka była moja ekscytacja. To jest AŻ takie proste? Wow… to ja muszę o tym wszystkim powiedzieć! Im szybciej, tym lepiej. I już kolejnego dnia zaczęłam pisać swoją pierwszą książkę „Wilczo Głodna. Instrukcja Obsługi”, a potem historia potoczyła się bardzo szybko sama: zaproszono mnie na TEDx Kraków, tam poznałam mojego wydawcę, zaczęto gościć mnie w telewizji i dzwonić z prasy.

A więc z bulimii wyszłam z dnia na dzień za pomocą zupełnie nowego spojrzenia na sprawę, za pomocą tak zwanego „wglądu”.
Potem „wystarczyło” tylko nauczyć się jeść normalnie. Mission impossible? Nie! O dziwo, moje ciało przyszło mi w tym z pomocą. Okazało się, że ono tylko na to czekało, że ono CHCE być szczupłe i sprawne. I że wcale nie czyhało na mój moment nieuwagi, po to by utuczyć mnie do rozmiarów szafy trzydrzwiowej – jak to wpajano mi w domu. Że na jedzenie nie trzeba uważać….

Ku mojemu zdumieniu, szybko okazało się, że schudłam! I już od kilku lat trzymam tę samą wagę bez wysiłku. Jak na ironię jest to ta sama waga, z którą zaczynałam moje „przygody”, tylko że wtedy byłam przekonana, że jestem słoniem, a teraz widzę siebie jako atrakcyjną kobietę.
Zabawne, prawda? 15 straconych lat, tylko po to by zrozumieć, coś tak fundamentalnego: jesteś wystarczająco dobra, taka jaka jesteś.
No ale tak widocznie musiało być. Dzięki temu doświadczeniu jestem tym kim jestem, robię to co tak bardzo kocham i naprawdę niczego nie żałuję.

*

Jak to wygląda teraz?
Czasami przecieram oczy ze zdumienia, że tak długo tkwiłam w tym koszmarnym śnie. Jak ja w ogóle mogłam myśleć, że to w jaki rozmiar spodni się wbiję, ma jakiekolwiek przełożenie na to kim jestem???
Przecież to absurdalne! A dlaczego niby nie rozmiar buta? Przecież nasz świat mógł równie dobrze oszaleć na punkcie wielkości stopy, a nie pupy. Kto więc to wymyślił? Kto wbił nam to w głowy? I dlaczego my w to uwierzyłyśmy?

Czy ta wieczna pogoń za ubzduranym pięknem nie zmienia nas kobiet w stadko owieczek, które już nie mają siły i czasu zajmować się sprawami WAŻNYMI? Jak inaczej mógłby wyglądać ten świat, gdybyśmy oderwały nasz zahipnotyzowany wzrok od lusterka…

Dzisiaj wiem także, że nasz wygląd, nasz zewnętrzna powłoka, nie jest nami. My jesteśmy czymś o wiele większym, jesteśmy życiem, które przybrało formę człowieka i w niej się realizuje.
Ta szmaciana pacynka, z którą się identyfikujemy, to nie jest nasze prawdziwe „Ja”. Nie ważne więc, ile kilogramów ona waży, ile ma zmarszczek i siwych włosów. Ona prędzej czy później zniszczy się, zużyje i umrze. Nie ma co tak roztrząsać każdej jej „niedoskonałości”.
Nasze prawdziwe „Ja”, to ta ręka, która ją ożywia, to życie, które w niej jest – życie, które dane jest nam jako najpiękniejszy prezent.

Czy to podejście oznacza, że teraz się zapuściłam, utyłam i wszystko mi jedno? Wręcz przeciwnie. Nigdy nie wyglądałam tak dobrze i nie czułam się taka piękna.
To jednak nie dlatego, że zmuszam swoje ciało i wciskam je w jakieś absurdalne ramy. Po prostu dbam o nie, szanuję, karmię dobrym wartościowym jedzeniem i słucham jego sygnałów. Daję mu przestrzeń na jego zachcianki, a czasami uraczę pysznym deserem. I o dziwo wcale nie dzieje się to codziennie. Okazuje się, że ciało domaga się czegoś słodkiego bardzo sporadycznie.

Do tego zaprowadzam je regularnie na siłownię, którą kocham. Nie zmuszam go do niczego, czego nie lubię. Nie zrywam się jak kiedyś o 6tej rano by przebiec półmaraton i rozgrzeszyć zjedzone dzień wcześniej ciastko.

W ogóle nie postrzegam jedzenia już w takich kategoriach. Nie ma produktów zakazanych i dozwolonych, dobrych i złych. Nie ma godzin posiłków ani równych odstępów czasowych między nimi. Odpadły jak zwiędłe liście wszystkie zasady i rytuały. Nie liczę kalorii ani makro. W ogóle nie myślę o tym więcej niż „Hmm, na co mam dzisiaj ochotę”, kiedy robię zakupy na obiad.

Czy to wyczyn na miarę wejścia na Mont Everest? Nie. Do tego właśnie zostaliśmy przecież stworzeni. Tak jak nie zastanawiamy się nad oddychaniem czy snem, tak nie powinniśmy zastanawiać się nad jedzeniem, więcej niż nakazuje zdrowy rozsądek.
Uważam, że jedyne co trzeba robić w dzisiejszym świecie pełnym przetworzonego pseudojedzenia, to unikać go i jeść w większości (podkreślam: w większości, a nie w całości), jedzenie prawdziwe. I będzie dobrze.

*

Na koniec podzielę się z Tobą pięknym cytatem T. S. Eliota:

„Nigdy nie powinniśmy porzucić poszukiwań. Na koniec dotrzemy do punktu, w którym zaczęliśmy i poznamy to miejsce na nowo.”

Ja właśnie tak się czuję. Zatoczyłam wielkie, trwające prawie 20 lat koło, po to by wrócić do miejsca, z którego zaczynałam moją przygodę i zobaczyć, że wcale nie musiałam go opuszczać, bo tu jest mój dom.