Uwaga, to jest bardzo ważny, bardzo długi post w odcinkach. Od miesięcy zbierałam do niego informacje.
Rozprawię się w nim z kilkoma ważnymi sprawami:
– Ile jeść, żeby schudnąć?
– Co to w ogóle znaczy „schudnąć”?
– Ile je normalny człowiek i jak stać się nim na powrót?
– Dlaczego diety tuczą i co wie nasze ciało, czego my nie wiemy.

Upewnij się że go przeczytasz do końca.

Ile jeść, żeby schudnąć?

Zanim odpowiemy to pytanie, cofnijmy się o jeden krok i zapytajmy: Ale ile schudnąć?
I czy w ogóle trzeba?

Waga wyjściowa.

Według wielu badań na ludziach i na zwierzętach (o których napiszę w osobnym poście) każdy organizm ma zaprogramowaną dla siebie idealną wagę. Już wyjaśniam o co chodzi.
Po pierwsze, jest to wartość, przypisana ciału przez naturę. Decydują o niej głównie geny.
Po drugie, jest z nią dokładnie tak samo jak ze wzrostem. (Jeden ma 183 cm, drugi 163 cm i nic się z tym nie da zrobić.)
Po trzecie: Organizm zawsze będzie do niej dążyć, jeżeli z jakichś przyczyn ją utraci.

Idealna waga jest do pewnego stopnia skorelowana ze wzrostem, jednak dla każdego człowieka będzie ona trochę inna. Dwie osoby o tym samym wzroście mogą mieć zupełnie inną idealną wagę.
Możesz to zaobserwować gołym okiem: Są ludzie filigranowi, są ludzie „solidni”, są ludzie gdzieś pomiędzy.
I wszystko jest ok, dopóki ci więksi nie zechcę zmienić się w chucherka, a chucherka przypakować jak Pudzian, bo akurat taka moda obowiązuje.
Ale ciało jak zawsze wie swoje i nie za bardzo powala na takie fluktuacje.
Bo jest złośliwe? Nie. Ono po prostu ma w sobie raz na zawsze ustawiony termostat, którego nic nie jest w stanie zmienić.

I dobrze, bo dzięki temu, waga każdego człowieka (i zwierzęcia) jest w miarę stabilna. Inaczej raz ważyłabyś 40 kg, bo miałaś dużo pracy i nie było czasu jeść, raz 80 kg, bo wpadło kilka imprez.
A przecież tak się, na szczęście, nie dzieje. Możesz więc spokojnie pozbyć się swojej największej obawy: Jak zacznę jeść, będę tyć w nieskończoność!
Oczywiście, da się ten cudowny mechanizm ostro zaburzyć dietami, (co pewnie zrobiłaś, skoro czytasz te słowa) ale jest to szkoda jak najbardziej odwracalna.

W praktyce wygląda to tak: Jeżeli schudniesz za dużo, doświadczysz wzmożonego apetytu, który będzie dawał o sobie znać, dopóki nie powrócisz do swojej wagowej „bazy”.
Jak to będzie się objawiać? Tak jak już zdołałaś tego doświadczyć: ciągły głód, myśli o jedzeniu, smutek, obsesja, zaburzony obraz ciała, nienawiść do siebie, poczucie, że się zwariowało.
Tego doświadcza każdy głodujący człowiek (o czym też napiszę), dopóki jego ciało nie zostanie odżywione, a głód zaspokojony.
Jeżeli dodasz to tego przeciwstawne pragnienie twojej głowy, by kontynuować dietę (no przecież MASZ się wbić w XS!) – zaburzenia odżywiania gotowe.
Brzmi znajomo?
No właśnie.
(Oczywiście można też powiedzieć, że to wina traumy z dzieciństwa, albo wadliwy gen na chromosomie X, ale przez chwilę bądźmy poważne)

*

Cały problem z tym odchudzaniem bierze się z fałszywego przekonania, że:
– możemy sobie ważyć ile chcemy i będzie spoko.
– że nasze ciało będzie sobie funkcjonować jak gdyby nigdy nic, mając 50 kg przy wzroście 175 cm (istnieją dziewczyny z natury tak szczupłe, np moja teściowa, ale jeżeli nie jesteś jedną z nich, to… nie jesteś jedną z nich. Jasne?)
– że zaprogramowaną przez naturę wagę można zmienić czy zignorować. Nikt nie próbuje zrobić tego ze wzrostem, a z wagą kombinujemy. No przecież wystarczy się odchudzić. Błąd.

*

No dobrze, więc ile można ważyć, tak by być piękna, szczupła i zajebista?

Mam dla Ciebie dwie wiadomości – dobrą i złą:
Zła: Nie mniej niż właśnie wrodzona, idealna waga. Wszystko co poniżej będzie się wiązało z drastycznym oporem ciała (napady obżerania, ochota na słodkie, depresja).
Dobra: Zakodowana idealna waga, jest… idealna dla Ciebie. Będziesz w niej wyglądać najlepiej.
Uwierz, jest coś co możesz zrobić, by wyglądać lepiej, bez zrzucania kilogramów.
Co? Czytaj dalej.

Pozwól, że zobrazuję Ci to wszystko na moim przykładzie.

Mój wagowy punkt wyjścia plasuje się na 55 kg przy 162 cm wzrostu.
Ważę się bardzo rzadko; raz na kilka miesięcy, i obserwuję, że to akurat się nie zmienia.
Zresztą umówmy się, po 20 latach od pierwszej diety, znam na tyle swoje ciało, by to wiedzieć.
To jest w ogóle pierwszy raz od lat, gdy publicznie podaję te cyfry. Nigdy tego nie robię, bo nie chcę zachęcać nikogo do porównań (o Jezu, a ja mam przy tym samym wzroście 56 kg!)
Ale dzisiaj piszę to, bo chcę udowodnić pewną tezę.

Od czasu kiedy wyszłam z bulimii były tylko dwa momenty kiedy ten wynik był inny.

Po pierwsze w czasach sztucznej AŻetowskiej abstynencji, gdy jadłam bardzo restrykcyjnie i zeszłam do 50 kg (!).
Wtedy często czułam spory głód, ale zasady nie pozwalały na żadne podjadanie, więc nie podjadałam. To było jeszcze czarno – białe myślenie w czystej postaci.
Oglądam swoje zdjęcia z tamtego okresu i widzę kobietę o ciele dziewczynki – chude rączki, głowa na szyjce jak patyczek, zero cycka. Brrr.
W momencie, gdy przestałam się wygłupiać i zaczęłam jeść w zgodzie ze swoim zapotrzebowaniem i apetytem, od razu naturalnie dobiłam do 55 kg i równie naturalnie tam się zatrzymałam.
(Jeszcze raz: nie będziesz tyć w nieskończoność)
W tej wadze wyglądam po prostu dobrze i zdrowo. Wyglądam NORMALNIE. Tak stwierdzisz, gdy spotkasz mnie na ulicy.
I co najważniejsze – nie myślę w ogóle o jedzeniu. Never. Jem jak jestem głodna, kończę jak poczuję sytość i nie sprawia mi to absolutnie żadnej trudności. Nigdy też nie liczę kalorii, nie ważę posiłków, ani nie odprawiam żadnych innych rytuałów.
I jakoś moje ciało wie samo, że jest gites i nie należy ani chudnąć ani tyć.

Drugim wyjątkiem była sytuacja sprzed kilku miesięcy, gdy zaczęłam podjadać na noc. Nie byłam głodna. Byłam po prostu niewyspana i przemęczona nadmiarem obowiązków (pisanie książki, robienie kursu, mentorowanie dziewczynom etc). Zmęczona głowa domaga się cukru. Do tego z braku czasu zmniejszyłam swój codzienny ruch. Kilka błędów, które przyniosły taki a nie inny rezultat.
Przytyłam wtedy około 3 kg, co bez problemu zrzuciłam w miesiąc, wracając do swoich podstawowych nawyków.

*

Te moje odwieczne 55 kg, plasuje mnie w połowie skali między osobą filigranową, a dobrze zbudowaną (nie grubą).
Wszystkie kobiety w mojej rodzinie (a jest ich dużo), wyglądają mniej więcej jak ja – około 160 cm i mniej niż 60 kg. Nie ma tam wysokich „tyczek”, nie ma kruszynek, ani pulpecików. Wyjątek stanową te, które latami się odchudzają i jojują w tę i we wtę.
Reszta jest po prostu przeciętnie szczupła i kompletnie zwyczajna.

Na przykład moja siostra – jest dokładnie tego samego wzrostu co ja, a waży zawsze ok 58 kg, czyli 3 kg więcej – jest po prostu odrobinę masywniejsza.
Jednak w życiu żaden człowiek nie określiłby jej jako „gruba”, czy nawet „duża”. To po prostu piękna, proporcjonalna dziewczyna, która trzyma tę samą wagę przez całe życie. A raczej ta waga trzyma się jej.
Dlaczego? Bo ona nigdy w życiu się nie odchudzała.
Po prostu zawsze dbała by jeść pełnowartościowe jedzenie (nieprzetworzone), ale też bez przesady.
Potrafi kupić sobie loda, czy pizzę i nie robi z tego wielkiego halo.

Ale co najważniejsze; umiejętnie ćwiczy. I to widać.
Umiejętnie, czyli nie za dużo, nie za mało. Wie kiedy zrobić trening siłowy, kiedy cardio, a kiedy ODPOCZĄĆ.
Kiedyś, kiedy była nastolatką, była w swoich 58 kg po prostu dobrze zbudowana (dobrze, nie że za gruba). Teraz wygląda jak milion dolarów.
Jak to się potocznie mówi – zamieniła tłuszczyk na mięśnie, ale dalej waży tyle samo. Postąpiła bardzo rozsądnie.

I Ty właśnie TAK możesz poprawić swoją sylwetkę – zmieniając odrobinę proporcję tkanek, a nie pozbywając się kompletnie którejś z nich! (Tylko błagam, nie przegnij teraz w drugą stronę)

Ja zaś zrobiłam po swojemu, czyli głupio.
Któregoś dnia uznałam, że nie podoba mi się miejsce, w którym umieściła mnie natura i postanowiłam się odchudzać.
Miałam 15 lat i… uwaga, uwaga… 55 kg żywej wagi, ale wymyśliłam sobie, że chcę ważyć 48 kg, czy coś w tym stylu. Totalnie z dupy i bez sensu. Ja przecież nigdy nie byłam gruba, nawet nie byłam „przy sobie”.
Wyglądałam normalnie, jak tysiące dziewczyn, które codziennie mija się na ulicy, jak moje koleżanki z klasy.
No ale ubzdurałam sobie, że muszę mieć szparę pomiędzy nogami. Tak zaczął się koszmar, trwający całą moją młodość.
I co? Jajco. Ważę teraz tyle samo co ważyłam wtedy. Co do grama. Brawo ja!
Nie ma to jak walić bez sensu przez piętnaście lat głową w mur dla sprawy, która i tak od początku była przegrana.
Teraz wiem, że będę ważyć właśnie tyle i już. Możliwe, że z wiekiem przybędzie mi naturalnie około 5 – 10 kg, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, ale absolutnie się tym nie martwię. Wierzę, że dalej będę wyglądać świetnie (czyli po prostu normalnie)
Wniosek: zaakceptowałam coś, czego i tak nie przeskoczę – mój wzrost i moją wagę, czyli MÓJ WYGLĄD.

Długo zajęło mi pogodzenie się z tym, że nie mogę ważyć mniej, że muszę mieć troszkę boczków i odrobinę brzuszka (mankamenty, które tylko i wyłącznie ja widzę, bo reszta ludzkości postrzega mnie jako osobę szczupłą).
Oczywiście, mogłabym – tak jak moja siostra – poprawić to ćwiczeniami, ale szczerze: nie chce mi się, przysięgam. 
Ćwiczę regularnie i bardzo to lubię, ale szczegółowe planowanie treningu? Nie, dziękuję.
Po prostu uważam, że cena za nieposiadanie boczków jest dla mnie osobiście, zbyt wysoka i nie zamierzam jej płacić.
Wolę w tym czasie napisać nowy post, czy przeczytać książkę.
Jeżeli jednak ty uważasz inaczej – ZAPŁAĆ JĄ. Ułóż mądry plan, mądry jadłospis, zrób to z głową, ale błagam, nie się odchudzaj głupią dietą.

Zanim jednak pobiegniesz na siłownię, przede wszystkim musisz wyjść z niedowagi, ale o tym jeszcze pogadamy.

W kolejnym odcinku rozwinę ten temat dalej oraz podzielę się moim szokującym odkryciem.

Najważniejsze źródła:
„Eat like a normal person” – blog o tym jak pozbyć się uzależnienia od śmieciowego jedzenia
„Never Binge Again” – Glenn Livingstone
„The Bulimia Help Method” – Richard Kerr, Ali Kerr
„Unbroken Brain” – Maia Szalavitz
” The Addictive Brain” – prof. Thad A. Polk
Minnesota Starvation experiment – różne materiały

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

Zawsze możesz też do mnie napisać: wilczoglodna@gmail.com