Nadgryzasz pralinkę i czujesz znajomą rozkosz. Zjesz tylko jedną, obiecujesz.
Błogość rozlewa się po całym ciele. Przenika cię pomruk zadowolenia… i znika.
Tak szybko?
Chcesz, żeby to uczucie trwało jeszcze chwileczkę.
Sięgasz więc po następną. Jeszcze się łudzisz, że to będzie ostatnia…
Ale już za parę chwil nie masz wątpliwości; piekielna karuzela się rozkręciła.
Na karuzeli bywa nawet przyjemnie, do momentu w którym zaczyna ci się robić niedobrze. A potem jest jak zawsze; twarde lądowanie głową w kiblu.

Czy ja muszę do końca życia siedzieć w tym koszmarnym wesołym miateczku?!

Kochana, nie musisz. Tylko, że wyjście nie z tej strony.

Na wychodzenie z kompulsów składa się kilka czynników psychologicznych, ale też kilka biochemicznych, że tak się mądrze wyrażę.
Na przykład taki poziom cukru we krwi, który przy nieodpowiednim odżywianiu, skacze sobie wyżej niż Małysz za lat swojej świetności.
O co Ciotce Wilczycy znowu chodzi? Wyjaśnię najprościej jak się da:

Cukier jest dobry, dostarcza nam energii do życia i do myślenia.
Bez cukru nasz mózg mówi „nara, nie robię” i odmawia współpracy.
ALE, istnieją dwa rodzaje cukru- proste i złożone. Bla bla bla. Było w szkole.

Więc:

Cukier prosty jest jak płomień;

wpada, buzuje energią i wypala się.
Znajduje się on we wszystkich słodyczach, fast foodach, białym chlebie, ale także w owocach.
Powiedzmy, że wpadła czekoladka, czyli cukier rafinowany, stworzony przez człowieka, a nie przez naturę. Poziom cukru podnosi się gwałtownie. Za chwile druga- włączają się syreny alarmowe.
Właśnie otrzymałaś dawkę cukru, którą nasi przodkowie spożywali przez tydzień.
Trzustka jak dzika, strzela w niego insuliną, więc cukier opada równie gwałtownie jak się podniósł.
Ale, gdy już opadł na niziny, podnosi się kolejny alarm; za mało cukru!
Co to oznacza dla ciebie; sannie w żołądku, poczucie rozdrażnienia; sięgasz więc po kolejne słodycze.
Widzisz, nie dzieje się tak dlatego, że masz słaby charakter. Dzieje się tak, ponieważ tak zostały skonstruowane nasze ciała miliony lat temu. I tyle.
Sama bezwiednie fundujesz sobie taką codzienną karuzelę. Wieczorem jesteś tak zmęczona tą ciągłą walką, że odpuszczasz i rzucasz się na jedzenie.

Zastanów się; może nie jesz wcale słodyczy jako takich, ale w ciągu dnia raczysz się białym pieczywem, białym makaronem z sosem pomidorowym ze słoika itd. Przeczytaj na opakowaniu ile toto ma cukru!
Nie mówię, że masz nie jeść tych rzeczy, ale wybieraj świdomie- chleb razowy, pełnoziarnisty makaron z własnoręcznie przygotowanym sosem.
Brzmi lepiej, prawda?

Cukier złożony jest jak piecyk;

nagrzewa się powoli, ale grzeje długo.
Nic nie skacze, trzustka nie szaleje, mózg sobie szamie na spokojnie, a my czujemy się najedzone i szczęśliwe.
Znajduje się on w takich nudnych rzeczach jak owsianki, warzywka, kasze itd.
Specjalnie mówię, że nudnych- tak nudnych jak ten okularnik z III Be co po bliższym poznaniu okazał się najfajniejszy ever. Tak fajny, że zaczęłaś zauważać że ma śliczny uśmiech i takie tam.

Ej, daj mu szansę co?


Szybka ewakuacja ze słodkiej karuzeli

1. Czytaj etykiety. Nie wszystko zdrowe, co się za zdrowe podaje. Sklepowe musli? Tak, ale tylko bez dodatku cukru.

2. Owoc to dodatek do posiłku, a nie danie główne.

3. Zrezygnuj ze słodkich napoi. Tyczy się to także soków ze sklepu.

4. Jedz reguralnie i nie podjadaj pomiędzy posiłkami. Bezwiednie zjesz o wiele więcej cukru.

5. Żeby nie sięgać po kolejne i kolejne i kolejne ciasteczko, powstrzymaj się przed sięgnięciem po pierwsze. Ciastka jemy, ale nie codziennie!