Uwaga, w tym poście nie znajdziesz rad typu: Aby nie przybrać na wadze podczas przymusowego siedzenia w domu, przemyśl swoje posiłki, zrób coś konstruktywnego czy wyjdź na spacer. Ty doskonale wiesz, że masz przemyśleć swoje posiłki, zrobić coś konstruktywnego czy wyjść na spacer. Jednak jeżeli przeglądasz ten blog, to znaczy, że nie jesteś w stanie wprowadzić w życie tych rad.

Samo zaś czytanie o tym po raz kolejny, sprawia tylko, że czujesz się jak jakaś ograniczona kretynka – dlaczego inni mogą „robić coś konstruktywnego” i się nie objadają, a ja dalej mam ten problem? Jestem naprawdę beznadziejna.
W tym artykule nie znajdziesz żadnych praktycznych, lecz nierealnych do wykonania rad. Zamiast tego – jak zawsze – dotkniemy sedna problemu.

Zobaczmy co nim jest.

*

Nastały dziwne czasy, co? Nikt z nas nie pamięta takich przebojów, bo ostatnio działy się one dokładnie sto lat temu (hiszpańska grypa). Domyślam się, że wtedy też trzeba było zrobić zapasy, siedzieć w domu i nie plątać się po ulicy. No i ludzie siedzieli, bojąc się zarazy jak ognia.

Sto lat temu jednak nie istniał problem wychudzonej sylwetki, diet, dbania o linię, robienia formy, przeprowadzania redukcji, postów, modelów żywienia, social mediów i generalnej opresji wyglądu, jakiej jesteśmy poddani w naszej rzeczywistości. No i nie istniał problem obżerania się. Mogę się o to założyć.

Teraz niestety go mamy i domyślam się, że w czasach odosobnienia nawet „normalne” osoby muszą się z nim mierzyć. Dzieje się tak – moim zdaniem – z jeszcze jednej przyczyny niż ta wymieniona powyżej. W dzisiejszych czasach jedzenie jest ekscytujące. Pomyślałaś o tym kiedyś?

Za naszych dziadków czy prapradziadków pożywienie stanowił chleb, ziemniory, kluchy, mleko, masło, śmietana, jaja, tu i ówdzie jakieś mięso, warzywa i owoce (sezonowo) i okazyjnie smakołyki, które przyrządzało się samemu.
Nikt się tym raczej nie jarał specjalnie, bo to właśnie było „pożywienie”, czyli coś co ma – w pierwszej kolejności – uzupełnić siły, a w drugiej smakować. I co? Wszyscy wyglądali jako tako normalnie, a otyłość była czymś co pokazywano w cyrku (naprawdę).

Teraz zaś z jednej strony mamy przekaz kulturowy o byciu super fit, a z drugiej cuda na kiju jakie wymyśla przemysł spożywczy; batony, chipsy, cukierki, żelki, masła orzechowe, czekolady… Wymieniać mogłabym w nieskończoność. I to są w większości rzeczy nowe, często nie znane ludzkości jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Ich głównym walorem zaś jest smak, a nie odżywczość.

No i teraz siedzimy zamknięte z tym całym jedzeniem w domu, mając w umyśle, że TEGO NAM NIE WOLNO, bo to tuczy.  A im bardziej nie wolno, tym bardziej  tego chcemy. A im bardziej tego chcemy, to tym bardziej nie możemy przestać o tym myśleć. A im myślimy o tym więcej, tym bardziej natrętne się to nam wydaje. W końcu ulegamy i obżeramy się do rozpuku.
No i jest problem. Jak więc go rozwiązać? No cóż; nie  myśleć o tym, a raczej – skoro niemyślenie jest niemożliwe – nie traktować tych myśli na serio. Bo – tak jak zawsze podkreślam – jedzenie samo w sobie nigdy nie jest problemem. Jest nim nasz stosunek do niego, forma naszych myśli o nim.

Możesz mieć w domu tony smakołyków (ja mam), ale jeżeli masz na ten temat właściwe myślenie, a raczej – w Twoim przypadku – nie bierzesz swojego „niewłaściwego” (obsesyjnego) myślenia na poważnie, to te frykasy w ogóle nie będą Cię ruszać.

No więc jak to zrobić?

1. Zaakceptuj to

Na ten moment nie masz co liczyć, że obsesyjne myśli o jedzeniu nie będą się pojawiać. Będą. Nauczyłaś swój mózg tego, by Ci je produkował i wysyłał, bo są one czymś ważnym. Był to proces, który trwał przez wiele lat.

O tym jak to się dokładnie stało, wielokrotnie opowiadałam na tym blogu. Przestań więc sobie to wyrzucać. To strata czasu i energii. Nie, nie będzie tak, że od dzisiaj jedzenie stanie się dla Ciebie obojętne. I nie, to nie znaczy, że jesteś jakaś nienormalna.
Po prostu pogódź się z tym, że na ten moment tak JEST. To Twoja rzeczywistość.
Zrozumiano? Ok, to jedziemy dalej.

2. Wyłap to

To, że czujesz jak czujesz, nie jest winą twojego wadliwego charakteru czy ogólnej beznadziei Twojej osoby. To po prostu Twój NAWYK MYŚLOWY. Przez wiele lat zaburzeń odżywiania, czyniłaś z jedzenia zasób ograniczony, na którym umysł musi się koncentrować, a ciało non stop domagać. A więc w dalszym ciągu ono się go domaga.

Zaufaj mi, gdybyś celowo się odwadniała przez tyle lat, twoja świadomość byłaby skupiona na wszelkich napojach; czy one są dostępne, czy mi ich nie zabraknie, kiedy wypada pora pojenia?
Na tej samej zasadzie pojawiają się myśli o jedzeniu.

Problem polega na tym, że Ty nie postrzegasz ich jako myśli – ulotnych wytworów swojej głowy. Ty postrzegasz je jako solidną rzeczywistość, w którą niezaprzeczalnie wierzysz. W tej sytuacji nie pozostaje Ci nic innego jak iść za tym. No albo cierpieć katusze, ale skoro nie jesteś masochistką, to raczej nie wchodzi to w grę.

Game changer jest wtedy, kiedy zobaczysz te komunikaty we właściwym świetle; to TYLKO nawykowe myśli, produkowane przez nas mózg pierwotny. Same w sobie nie mają one żadnej mocy, są jak każde inne myśli; ulotne. Ich rzekoma moc wynika tylko i wyłącznie z siły naszej koncentracji na nich.

3. Złap dystans

Jeżeli już je wyłapałaś, nabierz do nich dystansu i tym samym odbierz im moc. Pamiętaj, o tym, co powtarzam do znudzenia: Ty nie jesteś swoimi myślami, jesteś przestrzenią w której one się pojawiają. To, że one są w Twojej głowie nie znaczy właściwie nic szczególnego. Możesz je obserwować bez angażowania się w nie, bania się ich, rozkminiania czy nawet poświęcania im uwagi. Słowem, odseparuj się od nich i przestań się z nimi identyfikować.

Może wyobrazić sobie, że Ty siedzisz za kierownicą tego samochodu, a z tylnego siedzenia wydziera się na Ciebie „gadzi mózg”: Jedź do lodówki, natychmiast! Te krzyki mogą być irytujące, ale nie mogą Cię zmusić do naciśnięcia gazu.

4. Zignoruj je

To już nasz ostatni krok. Skoro wiesz, że to tylko nawykowe myśli, że ty nimi nie jesteś i akceptujesz ich pojawienie się – jesteś na wygranej pozycji. Wiesz, że to co Cię spotyka to nie jakiś potwór, ale naturalna konsekwencja zaprogramowania w ten sposób swojego mózgu.
Z tej pozycji możesz WYBRAĆ, że nie pójdziesz za nimi. Możesz je zbyć. A niech się tam wydziera ten gad. On nie ma nade mną mocy.

Paradoks zrozumienia tego polega na tym, że nie musisz tutaj nic „robić”. Nie musisz wychodzić na spacer, zmuszać się do czytania czy zajmować swojej głowy czymkolwiek innym. To wymaga tylko Twojej świadomości, że właśnie tak to działa i zaufania, że te myśli – tak jak każde inne – po prostu przeminą. Nie bój się ich, nie walcz, nie dyskutuj z nimi, nie dawaj im swojej uwagi w żadnej formie, a zobaczysz, że one po prostu odchodzą.

Kiedy w ten sposób rozprawisz się z ulotnymi wytworami swojej głowy, pojawi się w niej przestrzeń na „zajęcie się czymś konstruktywnym”, poczytanie książki czy wyjście na spacer. Dopiero wtedy będziesz mogła skorzystać z rad, jakie w dobrej wierze daje Ci społeczność na Wilczym Stadzie i innych forach dotyczących zaburzeń odżywiania.

Bo prawda jest taka; kwarantanna czy nie, jedzenie nie ma nad nami mocy. To tak po prostu nie działa.

*

A Ty jak sobie radzisz? Ma to dla Ciebie sens?

Jeżeli potrzebujesz zaś prowadzenia za rączkę, zapraszam Cię do siebie na mentoring. Teraz możesz wykupić go także na raty, co jest znacznie mniejszym kosztem niż koszt bulimii.