Ostatni mój post traktował o jedzeniu wartościowym.
Moim celem było wyjaśnienie tego terminu i podanie kilka przykładów takiego jedzenia. Ze zdziwieniem więc i sporą dozą przykrości przeczytałam masę komentarzy, które posądzają mnie do namawianie do ortoreksji i narzucanie jakichś „zasad”.

Kochane, jestem daleka od tego i wydawało mi się, że po zapoznaniu się chociaż z częścią mojej – jakby nie było – obszernej twórczości, jest to jasne, ale widzę, że muszę sprostować sprawę.

A więc, nie, nie narzucam żadnych „zasad”, jedzenie WSZELKIEGO jest jak najbardziej „dozwolone” i tak, najlepiej kierować się w tej sprawie intuicją.
I nie, na Boga, nie sugeruję, że kanapki z serem to ostateczny syf, który Cię zabije. Sama je czasami zjadam (kiedyś z serem wegańskim, teraz z prawdziwym), a nawet w ten weekend zrobiłam sobie taką wyprawkę na drogę na festiwal.
Jednak po prostu uważam – moim skromnym zdaniem – że żywienie się nimi non stop nie jest najlepszą strategią. Jeżeli się z tym nie zgadzasz, proszę, jedz codziennie kanapki z serem, bo nie ma w tym nic „złego”.
Tak jak ktoś napisał w komentarzu; lepiej jeść byle co, niż mieć ED. Pod tym podpisuję się obiema rękami.

Tak się też składa, że mam w domu tego wspaniały przykład. Mój chłopak, odkąd go znam, odżywia się – jak na wszystkie zdroworozsądkowe normy – tragicznie. Na śniadanie płatki corn flakes w glazurze z cukru, potem kanapki z serem właśnie i zupa (zupa pojawiła się kilka lat temu, ku mojej radości), potem lazania z mikrofali, pizza z mikrofali lub biały makaron z sosem ze słoika. A na koniec dnia paczka orzeszków w smakowej skorupce (nie wiem jak to inaczej opisać), albo paczka chipsów.
Czasami wpada też pitny jogurt w chemicznym smaku albo kupny, słodki jak piorun, pudding ryżowy. To właściwie całe jego menu.

Na moje wszelkie próby poczęstowania go obiadem, reaguje zawsze tak samo; „Blee, nie lubię (i tu wymienia co akurat mam na talerzu)”.
Do tego nie je żadnych owoców. Jabłko ostatni raz jadł w dzieciństwie (pamięta, że tata mu dał), truskawek po raz pierwszy spróbował w zeszłym roku, bo były w deserze na proszonej kolacji. Nawet mu smakowały, ale od tamtej pory już ich nie tknął, bo obrzydzają go pestki (?). O innych owocach zapomnij. Jedyne co, to przekonałam go do banana, co uważam za swój życiowy sukces.
Co do reszty, daaawno przestałam argumentować, że tak jest „źle” czy próbować go nawracać. Jesteśmy dorośli i każdy robi co chce.

jedzenie niewartościowe

Ale jak się okazuje, tak widocznie nie jest „źle”. Mój chłopak wygląda dobrze, czuje się dobrze i niczego mu nie brakuje.
Nie wiem co powie jego organizm, kiedy będziemy mieli po 60 lat, czy nie pojawi się jakaś choroba od tych wszystkich konserwantów i chemii, ale to już nie moja odpowiedzialność.
A więc można? No można, czemu nie. Widocznie jego ciało pozyskuje sobie wszystko, czego potrzebuje z takich produktów. Moje ciało byłoby już dawno spuchnięte i chore. Wiem to, bo jadłam podobnie przez większość mojego życia, w domu, na studiach i potem już jako dorosła osoba.

A teraz wyobraźcie sobie, że taki właśnie osobnik decyduje, że chce jednak odżywiać się trochę lepiej i idzie po poradę do (dobrego) dietetyka.
Czy dostanie tam polecenie jedzenia białego chleba z serem na śniadanie, schaboszczaka z marchewką w mące na obiad i kopytka z tłuszczem na kolację? Zapewne nie.
Dlaczego? Bo takie jedzenie może i ma tam jakąś wartość odżywczą, ale niewielką w porównaniu do innych produktów dostępnych na rynku.

Chyba oczywiste jest, że pokarm może mieć w sobie albo dużą wartość odżywczą, albo małą wartość odżywczą i na logikę wychodzi, że lepiej posilać się jedzeniem wysoko odżywczym, prawda? I to, i tylko to, chciałam przekazać w swoim ostatnim poście. Nie miałam zaś na celu tworzenia dla was nowych zasad i wytycznych. Myślę, że każda osoba z zaburzeniami i tak ma ich milion, a ja od lat piszę, żeby je wszystkie wyrzucić w cholerę.
I nie, nie zmieniłam zdania przez noc, naprawdę.

A więc czy można jeść kopytka, pyzy i pierogi? Ja osobiście je jem, aż mi się uszy trzęsą. Ale czy codziennie? Absolutnie nie.
Jednak, jeżeli uważasz, że opowiadam szkodliwe głupoty i masz inne zdanie na ten temat – proszę nie wahaj się jeść ich codziennie.
Jeszcze raz, milion razy lepiej jeść codziennie takie rzeczy, niż mieć ED.
Mam nadzieję, że jest to teraz jasne.