Ostatnio poszliśmy ze znajomymi na foodtrackowy event. Do Belgii weganizm jeszcze dopiero dociera (i to powoli), a więc opcje wyboru miałam ograniczone. Poza tym chciało mi się czegoś świeżego, zielonego i zdrowego. Niewiele więc myśląc, zamówiłam sałatkę.

I kiedy ją jadłam ze smakiem, przypomniało mi się, że ja całe życie zamawiałam takie sałatki.
Robiłam to jednak z zupełnie innych przyczyn niż teraz. Robiłam to, bo byłam na wiecznej diecie, wynikającej z przekonania, że muszę uważać na tłuste, słodkie i przede wszystkim pyszne jedzenie. Ja muszę DBAĆ O LINIĘ, a jeżeli zjem coś tłustego, słodkiego lub – nie daj boże – pysznego, obudzę jutro się o dziesięć kilo grubsza.
Poza tym zdrowie to skarb i jeżeli już nie wymiotuję (codzienne postanowienie), to MUSZĘ jeść tylko perfekcyjnie. A więc sałatka.

Problem był tylko taki, że to wcale nie był wyraz miłości do siebie i chęć dania swojemu organizmowi tego co najlepsze. To był strach w czystej postaci.
Karmiłam więc swoje ciało tymi zasranymi, pełnymi witamin sałatkami, a moja dusza głodowała. Ona też chciała – tak jak inni – być beztroska i radosna. Ona też chciała zajadać się w towarzystwie czymś może nie do końca zdrowym, ale pysznym.

Tak bardzo tego pragnęłam, aż czułam fizyczny ból.
Dlaczego nie mogę po prostu cieszyć się normalnym jedzeniem z innymi? Dlaczego muszę udawać przed samą sobą, że ja wcale tak nie chcę, a potem obżerać się nim w samotności, kiedy nikt nie widzi?
No tak, wtedy niby jem wszystkiego czego owa dusza zapragnie, ale to nawet nie jest przyjemne, a tylko niewyobrażalnie, okropnie smutne.

Rozumiesz o co chodzi? Karmisz ciało tym wszystkim co niby takie zdrowe, ale głodzisz duszę.
Bo pomyśl tylko, jak się czujesz stojąc w sklepie pół godziny, studiując wszystkie etykiety, aby nie pomylić się w makro czy nie dać sobie zbyt dużo węglowodanów prostych? Jak się czujesz skrupulatnie wyciągając skwarki z ziemniaków? A odkrawając tłuszcz z szynki parmeńskiej, którą zaserwowano Ci na śniadanie we włoskim kurorcie?
No tak tak tak, to wszystko takie niezdrowe!
Ale czy czujesz, że w ten sposób jesteś dla siebie doba? Naprawdę?
Nie sądzę. Założę, że jesteś tym – tak jak ja kiedyś – cholernie zmęczona i sfrustrowana.

I nie zrozum mnie źle. Nie chodzi o to, że masz teraz żywić się fastfoodami, by udowodnić sobie, że jesteś taka superzdrowa i normalna. To absolutnie nie tak!
Po prostu, jeżeli czujesz się zestresowana i smutna, odżywiając się dobrze – to wcale nie jest to dobre. Może i dajesz sobie zastrzyk witamin, ale równocześnie zatruwasz się trucizną znacznie potężniejszą – lękiem i desperacją.

Mi teraz także zdarzy się – jak najbardziej – zamówić sałatkę, ale tylko wtedy, gdy naprawdę mam na nią ochotę i gdy czuję, że to zrobi mi dobrze.
Nigdy nie zmuszam się do zdrowego jedzenia dla idei. Nie uciszam w ten sposób poczucia winy po wczorajszym wybryku, ani nie katuję się nim „bo tak trzeba”.
Ono po prostu „wychodzi mi” naturalnie, tak jak każdemu człowiekowi, który zacznie jeść w większości nieprzetworzone jedzenie. Odtruty z przetworzonego syfu organizm, domaga się go sam z siebie.

I rozumiem teraz coś jeszcze, coś o wiele ważniejszego – ciało nakarmione nawet najlepszym jedzeniem, będzie chore, jeżeli nie nakarmimy nim swojej duszy.

*

A czy ty zmuszasz się do sałatek, gdy dusza pragnie pizzy?