Czasami słyszę jak mówisz:
Chyba już się nic nie zmieni. Tyle prób i ciągle to samo. Ten nałóg mnie pogrąży.
I chowasz twarz w dłoniach.
Ale wtedy wpada Ci w ręce książka, albo artykuł w gazecie: Agnieszka schudła 60 kg, James uwolnił się od heroiny*, ktoś inny zerwał z papierosami, albo wyciągnął się z innego doła.
Kończysz czytać i myślisz: Wow! Też bym tak chciała.

Z jednej strony przeczuwasz, że to jest możliwe i w twoim przypadku, z drugiej wydaje ci się to absolutnie nieprawdopodobne.
To i ja mogłabym skończyć z objadaniem się? Przestać pić te cholerne „dwa piwka” na dobry sen? Żyć bez papierosów?
Mogłabym wyjść z roli ofiary i wziąć życie we własne ręce?
Nieeee, to nie takie proste!

Masz rację, jeszcze nie. Ale może być.
Stanie się tak, kiedy usłyszysz „klik”.

*

Zawsze z uwagą czytam historie ludzi, którzy kompletnie odmienili swoje życie. I zawsze szukam w nich jednego: momentu przewartościowania, ostatniej kropli przelewającej kielich.
Po którym nic już nie było takie jak dawniej.

Często jest to brutalne przebudzenie.

Jedna z Wilczyc podsłuchała, jak jej mała córka żali się koleżance, że mamusia nic, tylko wymiotuje. Wtedy postanowiła szukać pomocy i trafiła do mnie.
Moja koleżanka z dnia na dzień rzuciła palenie, gdy usłyszała: „Palisz, prawda? Widać po tobie”
Dla mnie takim momentem była przeprowadzka do innego kraju.
Wcześniej ustawiłam sobie całe życie pod moją chorobę. Dopiero teraz to widzę. Miałam wolny zawód, nienormowane godziny pracy, mogłam się więc spokojnie objadać, kiedy tylko miałam na to ochotę (a raczej kiedy Wilk miał).
Gdy wyemigrowałam, musiałam zacząć od zera, na samym dole drabiny społecznej.
Wtedy dopiero prawda walnęła mnie w łeb jak maczuga. Zobaczyłam w jakim bajorku tkwiłam dotychczas i postanowiłam to zmienić. Nie było innej opcji.
Bo gdy nie ma już innej opcji, wszystko nagle staje się łatwe.
Mogłam to zrobić też wcześniej, okazji było wiele. Ale ja wolałam udawać, że jeszcze mam czas. No i doczekałam się kubła zimnej wody na łeb. Szkoda. Bezpowrotnie zmarnowałam 15 lat.

*

Nałogi zawsze mają dwie strony:
Przyjemną – wiadomo, inaczej nie robilibyśmy tego.
I bolesną – cenę, którą musimy za tę przyjemność płacić.
Na początku jest ona mała: W końcu mogę jeść moje ulubione słodycze i nie muszę się martwić, że przytyję. Tylko czasami ogarnia mnie taki strach…
Ale wzrasta: Przejadam już połowę pensji, nie mam czasu ani na hobby, ani na przyjaciół. Siedzę zamknięta w domu i jem.
I wzrasta: Zrujnowałam swoje zdrowie, urodę, finanse i związek.

Aż któreś dnia coś pęka. Czasami tylko w przenośni, czasami zupełnie dosłownie.
Na przykład przełyk.
Niestety.

To jest ten moment, kiedy ból w końcu przewyższa przyjemność. Szala wagi opada z łoskotem w dół. Nie zniosę tego ani chwili dłużej!
Klik.

Zwrotnica naszego życia wreszcie wskoczyła na właściwy tor.
Czasami wykolejając przy okazji pociąg…
Ja akurat miałam ogromnego fuksa w tym względzie: zatrzęsło, ryknęło i pojechało dalej.

*

No dobrze, ale to znaczy, że mam dalej oddawać się nałogowi i biernie czekać na wstrząs, który otworzy mi oczy?

Nie.

Możesz otworzyć je sama.
Rozejrzyj się dookoła i zadaj sobie pytanie jak wygląda twoje życie?
Masz odwagę dokładnie mu się przyjrzeć? Tak zupełnie na trzeźwo, bez środka znieczulającego, jakim jest jedzenie, alkohol, czy co tam jeszcze.

Weź kartkę papieru, podziel ją na dwie części i wypisz plusy i minusy swojego nałogu. Wszystkie korzyści i wszystkie problemy jakie wywołuje.
Ale uczciwie!

Co przeważa?

Jeżeli dochodzisz do wniosku, że jest jeszcze spoko, to niedługo już nie będzie. Ta choroba niestety postępuje.
A jeżeli na liście są tylko same problemy?
No cóż, znaczy, że lecisz prosto na spotkanie z twardą glebą.
Nie musisz jednak czekać, aż się o nią rozwalisz. Możesz postąpić o wiele mądrzej niż ja: otworzyć w porę spadochron.
Halo! Wilczo Głodna jest jak paluch pokazujący na twoje plecy: TU GO MASZ! Tutaj! Tuuuu!!!
A oto linka, którą trzeba pociągnąć.

Chcesz usłyszeć „klik”? To pstryknij palcami.
I do roboty.

*Agnieszka Czerwińska – „Śmierć grubej Berty”
*James Bowen – „Kot Bob i ja”