Ile razy ja to słyszałam. Piszesz do mnie maila lub przychodzisz na mentoring i pierwsze co, to zaznaczasz, że kochasz słodycze.
Ach żeby tylko słodycze! Ty kochasz całe przetworzone jedzenie tego świata: chipsy, drożdżówki, pizzę, orzeszki solone i w skorupkach. Niezdrowości wszelkiego rodzaju to Twoja wielka słabość i zarazem zakazany owoc.
No właśnie; zakazany. Wiesz, że w obliczu tych produktów nie masz nad sobą kontroli, a więc „starasz się” ich nie jeść. To taki twój wstydliwy „defekt”, który na pewno nie pomaga w wyjściu z zaburzeń odżywiania.

No więc co teraz? Czy powinnaś wyrzec się tych produktów do końca życia (pamiętasz moją teorię zapalników z początków tego bloga?), czy może nauczyć się jeść „tylko jeden kawałek” i wkomponować je do swojej diety, mimo że to bardzo ciężkie.

Nie, nic z tych rzeczy. Ty musisz zrozumieć, że Twoja „miłość” do słodyczy ma swoje logiczne – biologiczne wytłumaczenie.
Dzieje się tak z dwóch powodów:

1. Jeżeli jesteś – jak większość czytelniczek tego bloga – ofiarą diet, to zapewne okresowo ograniczasz kalorie. Czy jest to spowodowane tym, że właśnie bierzesz się w garść i w końcu postanawiasz schudnąć, czy może ograniczasz kalorie po napadzie, lub masz tak wyprany mózg dietetyczną propagandą (jak większość społeczeństwa), że myślisz, że np. 1700 kcal to dawka odpowiednia dla dorosłej kobiety.
Albo jeszcze inaczej; robisz to wszystko razem i Twoje ciało nigdy nie wie, czy dostanie jakieś kalorie czy nie.

No więc ciało w swojej nieskończonej mądrości, wymusza na Tobie szybkie i efektywne dostawy brakującej energii. A co będzie preferował nasz organizm w takich warunkach? Coś co jest jak najbardziej kaloryczne i jak najszybciej przyswajalne.
Nie będziesz rzucała się na – powiedzmy – kaszę, która ma sporo kalorii, ale zawiera węglowodany złożone i będzie trawić się godzinami. Przecież ciało potrzebuje energii na już!
A co mu ją da? Jedzenie wymienione na początku tego artykułu; wszystko co słodkie, tłuste i przetworzone.

Wszak przetworzone oznacza „częściowo strawione” – w takim znaczeniu, że proces rozkładu naturalnych produktów odbywa się już w fabryce, a nie w naszym żołądku. My dostajemy tylko produkt końcowy, który przeleci przez nas w tempie ekspresowym (bo czy ktoś się kiedyś NAJADŁ chipsami), ale także w tempie ekspresowym da nam te brakujące kalorie.

2. Słodycze są zaprojektowane tak, aby uzależniać. Na ten temat powstała cała masa książek (mogę polecić kilka), filmów dokumentalnych, artykułów itd.
Koncerny spożywcze wydają grube miliony na badanie najbardziej uzależniających nas kombinacji smakowych. Nasz mózg w zetknięciu z takim produktem nie ma szans. Odpala wtedy takie reakcje, jak po zażyciu narkotyków. A jeżeli połączysz to jeszcze z wygłodzeniem, to wpadasz jak śliwka w kompot.

To jest właściwie cała tajemnica Twoje miłości do słodyczy i junk food. A więc co trzeba zrobić, aby się skutecznie odkochać? To chyba banalnie proste, prawda?
Trzeba jeść tak, aby nasz organizm nie domagał się zastrzyków szybko przyswajalnego, przetworzonego żarcia – to raz.
A co z uzależnieniem? Patrz punkt pierwszy. Jeżeli będziesz jadła tyle ile potrzebujesz, o wiele łatwiej będzie przełamać Ci pragnienie jakiegoś konkretnego, chemicznego smaku – to dwa.

I to stanie się bardzo szybko. Nie wierzysz? Przeczytaj list, który dostałam niedawno od Anny:

Równo tydzień temu pod Twoim wpływem postanowiłam dodać do codziennego menu około 500 kcal, czyli 1 średnie jabłko do śniadania oraz 1 dodatkowy posiłek w postaci bułki z masłem, sałatą, serem lub wędliną i ogórkiem i pomidorem.

Stwierdziłam jednak, że w tym tygodniu zamiast powyższego, będę rano jeść bagietkę czosnkową z Biedry (ma ok 550 kcal). Dotychczas je kochałam i mogłabym jeść je tonami (oczywiście zdarzało mi się na nie rzucać podczas napadu).
Wyobraź sobie, że zjadłam ją dziś bez zwykle towarzyszącego temu jedzenioorgazmu! Mało tego; uznałam, że zamiast codziennej bagietki powrócę do zwyczajowej kanapki i jabłka!
To niesamowite, że po tygodniu normalnego jedzenia mój organizm zaczął być na tyle odżywiony, że przestaje go powoli ciągnąć do śmieci i wybiera wartościowe jedzenie!
Aniu, Twoja metoda to istna magia! Dziękuję!

A jakie są Twoje doświadczenia ze śmieciowym jedzeniem?
Ja odkąd „mogę” je jeść, wcale nie mam na nie ochoty. Owszem wpadnie czasami coś słodkiego, no ale żeby nazywać to miłością? E tam. To raczej jak całowanie zdjęcia byłego faceta – nie za bardzo podniecające i trochę bez sensu.