Dwie sytuacje z ostatniego tygodnia:

Właśnie kończyłam pracę z jedną z naszych Wilczyc – ostatni skype po dwutygodniowym mentoringu.
Kasia miała za sobą lata anoreksji, potem bulimii.
Napisała do mnie w bardzo złym stanie – jako osoba pogodzona z losem. Ktoś kto zupełnie stracił nadzieję… w wieku 20stu lat.
Nic się nie zmieni, a ja już nawet nie chcę, by się zmieniało.
Stwierdziłam, że nie pozwolę jej się tak poddać i praktycznie siłą wciągnęłam na swój kurs. (Prawda, Kasia?)

Po dwóch tygodniach intensywnej wymiany wiadomości, Kasi poprzestawiało się w głowie – to co miało się poprzestawiać.
Zrozumiała, że wcale nie musi z tego wyjść w idealnym stylu (jem tylko dobrze, ćwiczę tylko regularnie i jestem chodzącą doskonałością), że zawsze ma wybór; nie musi iść za wilczymi myślami, oraz że diety niczego nie załatwią.
Nie wiem, czy Kasia zawsze będzie postępować tak, jak ją nauczyłam, ale ona sama już wie, że jeżeli chce – to może.

No i na tym ostatnim skypie, w ostatnich minutach rozmowy, mówię jej: „No bo widzisz, słońce, to jest tak naprawdę bardzo proste: wystarczy jeść odpowiednio do zapotrzebowania – nie za dużo, nie za mało, ignorować wilcze myśli i ewentualnie się ruszać.”

Po drugiej stronie zdziwiona cisza… nooo tak, jejku masz rację, tak! Kasia obraca jeszcze przez chwilę tę myśl.
Widać, że sprawia jej ogromną ulgę – nie musi dochodzić do sedna swoich zaburzeń, nie musi rozwiązywać wszystkich problemów rodzinnych, nie musi zmieniać swojego charakteru, środowiska itd. Wystarczy jeść dobrze i ignorować wilcze podszepty. Proste.

*

Dwa dni po naszej rozmowie, dostaję od innej Wilczycy maila, który idzie mniej więcej tak:
Cały czas mówisz na swoim blogu i YouTubie jakie to wszystko proste i banalne – ale nie jest takie dla mnie! Czuję się przez to wszystko jakaś głupia, że ja jedna nie umiem. Cały czas mam wyrzuty sumienia i jak czytam twoje posty, to mam jeszcze większe.

I co ja na to?
Przypomniałam sobie coś, co powtarzałam jak mantrę na początku istnienia Wilczo Głodnej:
To jest proste, ale nie jest łatwe!
Pisałam to w odpowiedzi na każdą waszą wiadomość i miałam nawet taki cover na Facebooku.
Proste – ale nie łatwe.

Jak na przykład sprint na 60 metrów – kilka sekund biegu i wygrywa ten, co szybciej przebiera nogami. Banał, za którym jednak stoją lata treningu, strategii, perfekcyjnego odżywiania i bóg wie czego jeszcze.
Albo taka kostka Rubika – złożyć na powrót kolorki. Robi się!
Albo jak medytacja: Siadasz i koncentrujesz się na oddechu. Co może być prostszego? Na serio, już chyba nic.
A spróbuj sama – po pięciu minutach spocisz się z wysiłku.

Bo proste rzeczy, wcale nie bywają łatwe. I nie można mylić jednego z drugim!

Gdyby wyjście z wilczego głodu – z objadania się i bulimii, było i proste i łatwe, moja działalność nie miałaby w ogóle racji bytu. Każdy by się raz dwa ogarnął po swojemu i już.
A to, że czyta mnie kilkadziesiąt tysięcy osób (wow! dzięki) to chyba najlepszy dowód na to, że tak nie jest!

Piszę ten tekst, dla was wszystkich, które tak właśnie odebrały mojego bloga, że to banał i łatwizna. A autorce listu bardzo dziękuję, że zwróciła na to moją uwagę – ktoś, wysnuwając błędne wnioski z moich słów, może poczuć się głupi, że nie daje rady w tak oczywistej sprawie.

Chcę wam powiedzieć, że odzyskanie wolności wymaga wysiłku. Oczywiście że tak!  Przede wszystkim wysiłku zmiany mentalności – bo to stoi nam na przeszkodzie.
Ale jakkolwiek ciężkie by to nie było, czy jakkolwiek banalne – jest to możliwe i przede wszystkim WARTE zachodu.