Często czytam taki list:

Ania, rozumiem wszystko, co piszesz. Mam jeść według swojego zapotrzebowania kalorycznego, jedzenie w większości nie przetworzone. Mam się nie głodzić, nie cudować, nie przechodzić na żadną dietę ani post. Mam jeść regularnie. Amen.
Ale jak tylko próbuję wprowadzić to w życie, pojawiają się trudności. Słyszę bardzo sugestywny, wewnętrzny głos, który mówi mi, że:
– Nie powinnam tyle jeść i najlepiej będzie pominąć to II śniadanie,
– Nie mam ochoty na obiad. Mam ochotę na czekoladę, albo dwie,
– Umrę, jeżeli nie skubnę orzeszków,
– Muszę, ale to muszę zjeść coś słodkiego. Teraz!
– Eee i tak już spieprzyłam. Po co się strać.
– Niczego mi już nie wolno? Raz się żyje!
Etc etc

Pisałam o tym wielokrotnie w poście Wilcza suka, Myśli automatyczne, Gadzi bachor i wielu innych. To zagadnienie bardzo ważne: jak przezwyciężyć stare schematy, które automatycznie odpalają się w naszej głowie? Co robić, gdy pomysł, by „postąpić tak jak zawsze”, totalnie Cię przytłacza?
Wtedy podaj sobie dłoń i mów do siebie. Nie, nie dyskutuj z „głosem”. Rozmawiaj ze sobą.
Jak?

My ludzie, jesteśmy istotami kierującymi się dwiema siłami: emocjami (zlokalizowanymi w starszych częściach naszego mózgu – układ limbiczny) i z rozumem (najmłodsza, wyjątkowa dla człowieka – kora mózgowa). Jak wiesz jedno z drugim nie idzie czasami w parze. „Serce” chce jednego, rozum drugiego. Kto wygrywa?
Ano w większości wygrywają silne emocje. Jest to część naszej strategii przetrwania. Kiedy nasz praszczur zląkł się szelestu w trawie, nie zastanawiał się czy to może nieszkodliwy żuczek, tylko odwracał się na pięcie i uciekał. To właśnie on został Twoim przodkiem. Jego kolega, który się nad tym zadumał, nie doczekał potomstwa z przyczyn oczywistych.

Poza tym emocje są o wiele „starsze” niż rozum. Wspomniany układ limbiczny liczy sobie 150 milionów lat, podczas gdy kora mózgowa jest o setki milionów lat młodsza. Trochę tak jak Dawid i Goliat. Dawid to mały spryciarz, ale bez swojej intelektualnej procy jest tylko cherlawym chłopcem na łasce olbrzyma.

*

Sytuacja z życia wzięta: Widzisz czekoladę i WIESZ, że nie chcesz jej teraz jeść. Masz pełną świadomość, że jest to totalnie zbędne, będziesz tego żałować i że w ogóle bez sensu. Jednak CZUJESZ, że pragniesz jej jak niczego na świecie. To uczucie Cię zaślepia.
Zaczynasz nierówny dialog ze sobą, który brzmi mniej więcej tak:

ROZUM: Nie jedz tej czekolady. To nie jest Ci teraz do niczego potrzebne.
SERCE: Ale ja chcę!
ROZUM: Ale zobacz, za pół godziny będzie obiad. Już nawet ziemniaki wstawiłaś.
SERCE: Ale ja chcę!!
ROZUM: Będziesz tego żałować. Wiesz jak się to skończy. Po co Ci to? Taką długą drogę już przeszłaś.
SERCE: Ale ja chcę!!! Chcę chcę chcę, a ty się zamknij!
I jemy.

Brzmi znajomo?

To jest tak właśnie jakby ów Dawid gadał z Goliatem. Co z tego, że argumenty są rozsądne, jak siła sprawcza niewielka? Goliat chce czekolady i tyle. Jebs!

To co robić? Odpuścić?
Nie. Do dialogu z negatywnymi emocjami wystawić równego mu „przeciwnika”, czyli… także emocje, tylko że pozytywne. Jak to będzie wyglądało teraz:

SERCE: Chcę czekoladę!
SERCE: Za bardzo Cię kocham, by Ci na to pozwolić.
SERCE: Ale ja chcę!
SERCE: Ale ja Cię kocham. Dosyć zrobiłam Ci krzywdy. Już nie będę ranić Twojego ciała i duszy obżeraniem się.
SERCE: Ale ja chcę!
SERCE: A ja chcę byś była szczęśliwa. Zasługujesz na to. Jesteś dobrą i piękną osobą, która ma prawo do wszystkiego co najlepsze. Dlatego nie zjem teraz tej czekolady. Dosyć już wycierpiałaś.

Widzisz różnicę? Nie podajesz racjonalnych argumentów dlaczego zjedzenie czekolady nie jest dobrym pomysłem, ale mówisz emocjonalnie. Przeciwstawiasz emocję pozytywną – miłość, emocji negatywnej – strach, napięcie.

Jeżeli jest Ci trudno to zrobić, wyobraź sobie, że mówisz do dziecka, którym kiedyś byłaś – małego, słodkiego i niewinnego. Albo do swojego własnego dziecka, albo do kogoś, kogo bardzo kochasz.
Jak będzie taki dialog wyglądał? Tak jak wygląda w normalnym życiu. Przecież kiedy dziecko stłucze sobie kolano nie pocieszasz go wykładem o krzepliwości krwi, ale po prostu je przytulasz.
Zresztą własnemu dziecku nie pozwoliłabyś zjeść tony cukierków. To po pierwsze niezdrowe, a po drugie – kochasz dziecko i chcesz jego dobra.

Tak samo przemawiaj do siebie. To będzie wymagało trochę wprawy, bo możliwe, że od lat nie usłyszałaś od siebie ani jednego miłego słowa, ale praktykuj to. Przecież już samo postanowienie wyjścia z zaburzeń odżywiania jest aktem miłości.

Podsumowując: silnych, negatywnych emocji, które słyszymy jako „głos” nie przegadamy zdrowym rozsądkiem. Jedyne co może się z nimi zmierzyć to silne, pozytywne emocje: bezgraniczna miłość i troska o człowieka, nad którym sprawujesz pieczę – o siebie.