Rozmawiałam sobie wczoraj wieczorem ze swoim chłopakiem:
Ja: Nie masz tak czasami, że przed spaniem myślisz sobie, że chciałbyś, aby było już następny dzień, by wypić sobie pyszną, poranną kawkę?
On: No mam. A Ty masz tak tylko z kawą czy ze śniadankiem też?
Ja: Nie, tylko z kawą.
On: No ja też. To znak, że po prostu jesteśmy od niej trochę uzależnieni.

I wtedy doznałam kolejnego małego olśnienia mojego życia, które postaram się tu opisać.
Po pierwsze; zgadzam się, że kawa uzależnia fizycznie. Kofeina to – jakby nie było – substancja psychoaktywna, czyli zmieniająca nasze samopoczucie, a czasami i stan umysłu. Takie substancje mają to do siebie, że potrafią nas owinąć sobie wokół palca.

Teraz piję jedną filiżankę dziennie – w przeciwieństwie do pięciu czy siedmiu, które pijałam w czasach bulimii, o czym pisałam w poście „Kawoszka”, ale nie wyobrażam sobie zrezygnować z tej jedynej, ostatniej filiżanki. Stawia mnie ona rano na nogi i daje po prostu dużo radości.

No więc tak, jestem w jakiś sposób „uzależniona”. A skoro jestem uzależniona, to – i tu będzie moje „po drugie” – mój mózg wysyła mi sygnały ponaglające do wykonania tej czynności.
Właśnie na tym polega istota każdego nawyku. To co robimy, nie jest już przypadkowym, wolnym działaniem, ale zachowaniem niejako zaprogramowanym. Powtarzaliśmy to tak wiele razy, że nasz umysł nauczył się, że jest to coś WAŻNEGO i trzeba nam o tym PRZYPOMINAĆ.

I mówimy tu o każdym nawyku; mycia zębów, biegania, palenia papierosów, obżerania się, picia szklanki wody z cytryną, wyładowywania się na partnerze. To wszystko to zakodowane reakcje, dzięki którym nasz mózg oszczędza czas i energię. Te pozytywne są dla nas powodem do dumy. Te zaś, które my oceniamy jako negatywne, nazywamy nałogami.

No i ten mój „uzależniony” mózg, mówi mi właśnie czasami: „Skoro pijesz kawę nieprzerwanie od ponad 20 lat, to musi być to coś ważnego. Pamiętaj o porannej filiżance”. I to, że wieczorem sobie o niej myślę, to jest tego oznaką.
Masz też tak czasem? No właśnie.

I teraz dochodzę do sedna mojego olśnienia. Kiedy o niej pomyślę, nie wywołuje to mojego strachu, popłochu i darcia włosów z głowy. To nawet nie przyprawia mnie o dyskomfort. Ta myśli przychodzi i – jako że nie poświęcam jej za dużo uwagi – natychmiast odchodzi.

A jak było z myślami o, na przykład, obżeraniu się? Ojjjj…. Na te myśli ja reagowałam totalną paniką. „O nie, znowu to! Ja nie chcę się obżerać jutro rano! Dlaczego o tym myślę? Czy nie mogę mieć chociaż chwili spokoju? Jednego dnia?! Przecież właśnie postanowiłam, że już nie będę tego robić! Sam Bóg mnie nienawidzi i karze za wszystkie grzechy tego świata!” i dalej w ten deseń.

A przecież to w swojej istocie dokładnie takie same myśli jak „wypiję kawę”. Każda myśl jest tak naprawdę równa innej. Nie ma myśli „bardziej realnych” i „mniej realnych”. Wszystkie są mijającymi fenomenami produkowanymi przez nasz umysł.
Te o obżeraniu się, także docierały do mojej świadomości jako zupełnie neutralny przypominacz o czymś, co zostało zakwalifikowane przez mój mózg jako ważne. Zupełnie niewinny mechanizm naszej fizjologii, żadna kara boska.

No ale tym myślom poświęcałam tyle spanikowanej atencji, że one – siłą rzeczy – nie odchodziły sobie w zapomnienie, a wzrastały na sile. No bo przepraszam, jak ma przeminąć coś, czemu dajesz 100% swojej uwagi? Jak będziesz sobie ciągle coś powtarzać w głowie to raczej to nie minie, prawda?

I męczyły i męczyły i męczyły, aż w końcu dawałam za wygraną i obżerałam się (i to najlepiej teraz, a nie rano), bo nie byłam w stanie tego wytrzymać.
I nie widziałam prostej prawdy, że to nie one męczyły mnie, ale ja je. Dziubałam je patykiem swojej świadomości, jakby nic innego nie istniało.  Gdybym postąpiła podobnie z myślą „mmm, kawka rano” to pewnie wpadłabym w jakąś kafeinoreksję czy kawimię.  No nie tak?

Ok, powiesz mi, że kawa nie rujnuje życia, a obżeranie się tak. No dobrze, zgoda. Ale tu nie chodzi ani o kawę, ani o obżeranie się. Tu chodzi o MYŚL o kawie i o MYŚL o obżeraniu się, a to są zupełnie różne rzeczy!
My jednak traktujemy je zaś, jakby były tym samym. Czy to nie jest trochę dziwne; wyobrażenie sobie czegoś stawiamy na równi z wykonaniem tego, traktujemy jako „done deal” – jak pomyślałam, to już koniec, pozamiatane, jadę z koksem.

Czy więc nie jesteśmy wszyscy ofiarami, nie tyle własnych myśli, co naszego stosunku do nich? Przekonania, że jest w nas jakiś potężny nałóg i może nam coś zrobić? No a czymże on jest, jak nie serią nawykowych reakcji, za którymi nawykowo podążamy? Niczym więcej, niczym mniej.

Nasz problem wynika waśnie z tego, że pomyliła nam się rzeczywistość z naszym obrazem rzeczywistości.
Boimy się wytworów własnej głowy, traktujemy je jakby były prawdziwe i słowo ciałem się staje.
Mamy w swoim życiu zupełnie realne potwory stworzone z czegoś jeszcze mniej namacalnego niż aromat porannej kawy.
Ale czy to nie jest dobra dla nas wiadomość?