Pamiętasz, jak dostałaś diagnozę „zaburzenia odżywiania”?
Ja pamiętam. Psychiatra wypisywała mi kartę i w odpowiedniej rubryce nabazgrała „anoreksja i bulimia”. Pomyślałam wtedy, że chyba powinna się zdecydować, bo albo jesz, albo nie jesz (miałam wtedy już typową bulimię), ale nic nie powiedziałam. Smarkatym nastolatkom nie wypadało w tamtych czasach zabierać głosu.

I jak już miałam tę oficjalną diagnozę, to nikt nie mógł z tym polemizować. Ja MAM bulimię, widzicie? Jestem na nią CHORA i teraz muszę się jakoś wyleczyć. Lub nie. Bo w sumie nikt nie wie, jak to zrobić.
Jak leczyć tę tajemniczą chorobę bulimię?

Może tak: Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie. (…) Aha, to pewnie dlatego, że matka za krótko karmiła Panią piersią. Dziękuję, 200 złotych się należy.
(To ostatnie to autentyczny tekst, jaki usłyszała moja osiemnastoletnia podopieczna, krótko przed tym jak przyszła do mnie na mentoring. I co ona ma niby zrobić z taką kuriozalną informacją? Ktoś ma jakiś pomysł?)

No ale dobra, zostawmy to na boku, bo nie chcę wkurzać ani was, ani siebie. Takich postów było na blogu już trochę i nie ma co wałkować tego na nowo. Przejdźmy więc do rzeczy.

Dzisiaj, od czasu mojej „diagnozy” mija 20 lat, z czego od bulimii jestem wolna od lat ponad pięciu.
Nie będę tu opisywać co zrobiłam, by tak się stało, ani co zrozumiałam (co jest znacznie ważniejsze od robienia). O tym wszystkim jest ten blog i nie będę się powtarzać.

Opowiem Ci zaś o tym, co z czasem bardziej i bardziej widzę w pracy z moimi dziewczynami. Uwaga, będzie bomba jak sto pięćdziesiąt: Bulimia (i inne zaburzenia odżywiania, żeby nie było) nie jest realna.

Ooo już słyszę te lamenty, które się podniosły: Gruszczyńska chyba totalnie odleciała. Za daleko jej od nas, ciągle cierpiących. Jest już tyle lat jest zdrowa, to nic dziwnego, że nie pamięta, jak to było!

Spokojnie, pamiętam. Wiem doskonale jak Ty cierpisz i wiem jak bardzo jest to realne. Jednak powód Twojego cierpienia – jako taki – realny nie jest. Co mam na myśli? To, że jest on stworzony kreatywną siłą Twojego umysłu, a nie na przykład guzem na mózgu czy patologicznymi zmianami w żołądku. Nie jest on także wynikiem przeszłości, charakteru czy wychowania. Ani tym bardziej zbyt krótkiego karmienia piersią. (Boże uchowaj od takich „specjalistów”.) Nic z tych rzeczy.

To po prostu zestaw zachowań, podtrzymywany i napędzany przez lata naszymi strachami, przekonaniami, rytuałami itd. A skąd one się biorą? Z naszego myślenia, w które wierzymy i które traktujemy serio. Mamy go po prostu strasznie dużo w temacie jedzenia. I to ono WYDAJE się takie realne. I to JE nazywamy chorobą. Bo cóż by innego?

Jeżeli czytałaś post „Metoda Wilczo Głodnej”, może uderzyło Cię, że pierwsze co mówię moim podopiecznym, to to, że są one perfekcyjnie zdrowe. Mechanizm głodu, sytości i regulacji przyjmowanych pokarmów w ich ciele jest nienaruszony. Tego po prostu nie da się zepsuć czy zniszczyć. Tak jak nie da się zniszczyć mechanizmu spania czy oddychania. Można przy nim tylko nieźle nakombinować.

I nie ważne jaka „agentka” do mnie przyjdzie. Czy jest to kobieta po 30stu latach bulimii, czy słaniająca się na nogach chudzinka, ja zawsze widzę to samo: zdrowego człowieka, który jest oddalony o jedną myśl od swojego zdrowia. To jest dla mnie, z biegiem czasu, coraz bardziej oczywiste. To zdrowie jest realne, a „choroba” to ułuda, bardzo przekonywująca iluzja przesłaniająca prawdę.

Jak ona powstaje? Bardzo prosto:
Mamy myśl (Nie zjem kolacji, będę szczuplejsza). Bierzemy ją na serio i według niej działamy (nie jemy kolacji). Potem robi nam się deficyt kaloryczny, więc rzucamy się na jedzenie. A potem przerażone swoim zachowaniem wymiotujemy. I zaczynamy od nowa.

Albo dzieje się to nawet bez deficytu. Mamy myśl „obeżrę się i zwymiotuję” i za tym idziemy.
A potem idziemy do lekarza i on te nasze „objawy” przyporządkowuje do objawów innych kobiet, które wpadły na dokładnie ten sam pomysł i w dokładnie te same sidła i bum, mamy bulimię. Albo anoreksję. Albo coś tam.
Ale czy  ona jest gdzieś poza naszymi myślami, które traktujemy serio i za którymi idziemy? Nie ma.

Jeżeli oburza Cię ten artykuł i czujesz, że podważam Twoje prawo do cierpienia, to pomyśl sama; czy to nie jest wspaniała wiadomość? To znaczy, że jesteś totalnie zdrowa i nic Ci nie dolega. Musisz tylko przestać serio traktować swoje schematy myślowe, które prowadzą Cię ciągle do jednego rozwiązania – zaburzeń odżywiania.

Gdyby nie było tak jak mówię, niemożliwe byłoby „ozdrowienie” wielu kobiet, na których wszyscy już postawili krzyżyk; moich czytelniczek, podopiecznych… Pracowałam z zatwardziałymi wilczycami, których problem rozwiewał się na moich oczach, w przeciągu kilku dni. Działo się to, kiedy zaczynały identyfikować się ze zdrowiem, a nie z „chorobą” – nie ze swoim stanem, nie ze strachem, nie z myślami.

Chyba zgodzisz się ze mną, że o wiele łatwiej zobaczyć w sobie zdrowie, a nie „chorobę”, którą trzeba „leczyć”.
No bo z czego leczyć? Z myśli? Myśli można w każdej chwili ZMIENIĆ, zobaczyć coś w innym świetle.

I to z kolei zmienia wszystko.