Po raz drugi goszczę tutaj Agę i jej historię. To jest świadectwo potwierdzające, że można wyjść z bulimii totalnie i raz na zawsze. Nie ma mowy o żadnych „nawrotach”. Bo jak można mieć „nawrót”, jeżeli zrobiło się odwrót od starego myślenia?
Pamiętam, jak właśnie tak powiedziała mi po programie pani psycholog z którą występowałam w PnŚ, że fajnie, że tak długo jestem w remisji.
No super, ja też się bardzo cieszę. Tylko czekać, aż pobiegnę wyrzygać swój obiad, bo coś za dużo tego dobrego, nie? Ehh

Wielka szkoda, że taki pogląd ciągle pokutuje w „mainstreamie”, wśród ludzi, którzy niby mają nam pomóc. Bo jaką motywację do zmiany ma osoba, która słyszy, że i tak i tak będzie „chora” do końca życia?Niewielką.
Ale cóż, pokazujmy swoim własnym życiem, że TAK NIE JEST, że można z tym skończyć definitywnie. Jest nas coraz więcej i więcej, po tej drugiej stronie.

A Ty kiedy postanowisz, że z tym kończysz?
Przeczytaj i zobacz co Cię czeka za pół roku, jeżeli uznasz, że już teraz. Bo co Cię w tym bagnie trzyma? Tylko i wyłącznie sposób myślenia. A sposób myślenia można zmienić.

*

Moja kochana Aniu!

Ogromnie się cieszę, że znów mam okazję do Ciebie napisać po tak długim czasie, od kiedy zakończyłyśmy mentoring. Chcę się trochę pochwalić i opowiedzieć Ci co się u mnie zmieniło.

Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wiem, że wszystko ma jakiś cel. Czuję to. Jaki cel miało moje 11 lat tkwienia w ED? Ciągle się nad tym zastanawiam. Teraz jednak, z perspektywy czasu, zamiast żałować 1/3 moich lat spędzonych na liczeniu kalorii i z głową w kiblu, doceniam każdy dzień, godzinę, minutę sekundę. Tamten czas traktuję jako część mojego życia, lekcję na przyszłość.

To już pół roku bez wilka, bez kompensacji, liczenia kalorii, spalania, rzygania. To już pół roku spokoju, wolności, radości, zdrowia. Trudno mi jeszcze w to uwierzyć, ale ja już nawet nie pamiętam (i przyznam szczerze, że pamiętać nie chcę) jak było kiedyś…

Od mentoringu wszystko się zmieniło. To było tak proste, że aż dziwne. Serio! Musiałam po prostu dorosnąć do zmiany. Do podjęcia decyzji, że to już koniec. Teraz wiem, że motorem do działania były dla mnie narodziny córki. Ja po prostu zrozumiałam, że na tym świecie jest jeszcze coś ponad to. Coś więcej niż tyłek XS, talia osy i extra wygląd. Tyle się dzieje, odkąd przestałam zwracać uwagę na moją wagę. Właśnie, Świat się dzieje!

No dobrze…a więc co się zmieniło? „Wszystko”, to trochę zgeneralizowane stwierdzenie, pozwól zatem, że zacznę wymieniać.

Mój stosunek do siebie.
Jednym słowem ‘wonder woman’ hahahahaa … a tak serio, to ja naprawdę siebie lubię. Jestem świadoma swoich niedoskonałości i chyba to one podobają mi się teraz najbardziej. Naprawdę. Lubię na siebie patrzeć w lustrze. Lubię się pomalować, fajnie ubrać. Ale mam też dni, gdy chodzę po chałupie rozczochrana w piżamie. Szanuję siebie. I właśnie dlatego o siebie dbam. O ciało i duszę.

Mój stosunek do innych (szczególnie kobiet).
Kiedyś zazdrościłam kobietom urody, sylwetki, sukcesu. Zawsze, ale to zawsze się porównywałam. Sądziłam, że gdy kobieta jest piękna i zgrabna, to na bank jest dla mnie w pewnym sensie zagrożeniem. Teraz każda jest dla mnie wyjątkowa. Każda ma swoje problemy, tajemnice, swoją historię. Każda z nas jest inna i chyba to właśnie lubię w nas najbardziej. Uwielbiam kobiety. Podziwiam je. Trochę mi tylko przykro, gdy widzę, że jedna drugiej wilkiem, że tyle jadu i hejtu same sobie wylewamy na głowę. Po co? Czy nie lepiej by było, gdybyśmy nawzajem się wspierały, były bardziej wyrozumiałe?
Wiesz… nie ma już we mnie tej zazdrości co kiedyś. To rewelacyjne uczucie. Zrozumiałam, że nikt mi nic nie odbiera, a szczęścia wystarczy dla wszystkich na całym globie.

Mój stosunek do jedzenia i gotowania.
Jezusie, ja gotuję!!!! I to całkiem nieźle. Haha, to znaczy, nikt jeszcze nie umarł. Jak sobie przypomnę, gdy miałam coś ugotować, to chyba bym wolała przejść Saharę trzy razy. Serio. Może czasami wkrada się do kuchni monotonia, ale przynajmniej obiad zawsze jest na ciepło.
W sumie to wiele się zmieniło pod względem absurdów jedzeniowych. Chcę, to jem pączka, orzechy czy rybę. Mam ochotę na banana wieczorem-jem i nie robię z tego afery. Po prostu wsłuchuję się w siebie. W to, na co mam ochotę. Pamiętam, jak pierwszy raz się przejadłam (już po mentoringu) … czytałam książkę i chrupałam paluszki. Całą pakę…i co? I nic, ani wody się nie rozstąpiły, ani plag egipskich nie było. Żyję, funkcjonuję, nie zwariowałam od tego. Zajęłam się po prostu obowiązkami domowymi. Nie powiem, dziwne uczucie. Ale o wymiotach nie pomyślałam ani razu. Dałam przecież sobie słowo honoru.

Masa wolnego czasu.
No i tu jest w sumie chyba największe „wow” z mojej strony. Odchudzanie i całe to życie w ED, bulimii i wszystkim co z tym związane, zajęło mi 11 lat. Stało się to pasją. Wręcz żyłam tym, poświęciłam na to całą siebie. Czuję się trochę dziwnie, że tego nie ma. Nie ma odchudzania, szukania diet, ćwiczenia ponad siły, wymiotowania i codziennych uczt. Zapełniało to prawie cały mój dzień. Muszę odszukać się teraz na nowo. Co z tym wolnym czasem zrobić?
Czytam książki, opiekuję się córka, lada chwila wracam do mojej ukochanej pracy, ale to wciąż nie to. Może, któraś z Twoich czytelniczek coś poradzi? Mam całe życie na szukanie swoich pasji!

Poprawa samopoczucia.
Teraz każdego dnia budzę się z ryjkiem od ucha do ucha uhahanym. Może ktoś pomyśli, że zwariowałam, ale czemu miałabym nie budzić się po prostu szczęśliwa? No choćby dlatego, że się obudziłam, że żyję, że moje ciało jest sprawne, że nie odmówiło mi posłuszeństwa pomimo tego, co mu zafundowałam.
Moi bliscy zauważyli również, że się często uśmiecham, dowcipkuje. Cieszy mnie wszystko. Nawet małe rzeczy. Ta wdzięczność naprawdę odmienia życie. A mam za co dziękować… za zdrowie, rodzinę, ukochaną pracę. Jak mogłam tego wcześniej nie dostrzegać???

Zmiana w wyglądzie.
Zdecydowanie kondycja mojej cery jest teraz o niebo lepsza. Włosy przestały wychodzić, odzyskałam ten błysk w oku. Paznokcie się nie łamią. Czuję, że moje ciało się regeneruje. Jest silniejsze i sprawniejsze.

Pełna lodówka.
Serio jest pełna…nic nie znika zjedzone w pośpiechu lub po kryjomu. Wcześniej musiałam robić zakupy niemalże codziennie. Zżerałam wszystko, a potem musiałam przed domownikami uzupełniać zapasy. Teraz wystarczy raz w tygodniu ją napełnić… i gites.

Zaoszczędzona kasa.
Założyłam sobie skarbonkę, do której wrzucam co jakiś czas kasiorkę. Będzie na wakacje jak znalazł. Jestem pewna, że wydałabym to migiem na jedzenie, a potem w kibel. Albo ciuchy XS lub XL w zależności jaki level bulimii osiągnęłam.

Tak jak widzisz, mój świat wrócił do normy. Po zaledwie paru tygodniach.
Tak naprawdę, to było chyba tylko parę dni, zanim nauczyłam się jak jeść i hop siup, mój organizm sam wpadł na dobre, stare tory sprzed lat. Teraz jesteśmy przyjaciółmi. Ja i moje ciało. Serio!
Dawniej moją przyjaciółką była bulimia. Kochałam ją. Naprawdę. Była to jednak chora relacja. Pamiętam, gdy pisałam do niej list jako jedno z ćwiczeń przez Ciebie zadanych. Mój Boże, ja czułam jakbym zrywała z facetem, którego się szalenie kocha. Ale toksyczne związki należy kończyć. I cóż. Stało się. Serce wcale nie krwawiło aż tak bardzo. Teraz jestem wolnym, szczęśliwym człowiekiem. Warto było!!!! Warto było zdecydować się na mentoring. Warto było wtedy zobaczyć Cię w PnŚ, gdy pierwszy raz występowałaś.

Jestem z siebie dumna. Pokonałam nałóg. Cały swój upór, siłę i charakter, które służyły mi w dążeniu do uzyskania sylwetki szkieletora, wykorzystałam w procesie zdrowienia. Wyzdrowiałam, bo przestało mnie obchodzić czy przytyję czy nie. Nie zależało mi już na BMI poniżej 18. Mogłam być większa, to już nie miało znaczenia. Wybrałam życie, zdrowie…

Na koniec kochana chcę Ci podziękować za to co robisz. Nie trać nigdy tej swojej smykałki do pisania bloga. Życzę Ci coraz więcej uwolnionych wilczyc ze szponów tego paskudnego nałogu. Nigdy się nie poddawaj. Dobro, które czynisz, na pewno do Ciebie wróci. Masz we mnie sojusznika. Dziękuję również w imieniu mojego męża. Moja Kinia, która jeszcze nie mówi, też na pewno chciałaby Ci podziękować. Odzyskała przecież mamę. Zdrową mamę!

Agata

Ps. tekst nie trzyma się kupy, ale jest pisany pod wpływem BARDZO POZYTYWNYCH EMOCJI.