Im dłużej prowadzę tę stronę i czytam wiadomości od was, tym częściej dochodzę do wniosku, że cały nasz ból i rzekoma bezsilność wobec nałogu, bierze się z naszego niezrozumienia natury myśli. Już tłumaczę, skąd te przekonanie.

Jak wielokrotnie pisałam – nawyki to myśli. Takie nasze „ulubione myśli”, które bardzo chętnie do siebie zapraszamy. A jak już się pojawią, dajemy im całą swoją uwagę i strach. I te myśli, podlane taką dawką naszej własnej energii, zostają z nami i męczą nas z całą mocą. A raczej to my je męczymy, kurczowo trzymamy się ich i nie pozwalamy im odejść. Wszak, gdyby nie siła naszej koncentracji na nich, one by sobie dawno odpłynęły, tak jak każde inne myśli.

Oczywiście robimy to kompletnie nieświadomie. Nikt nam nigdy nie wytłumaczył, że właśnie tak to działa, że myśli przychodzą i odchodzą, a ich przepływ nie musi spotykać się z fanfarami czy popłochem. Raczej mówiono nam zawsze, że myśli trzeba traktować super serio i coś z nimi „robić” (jest milion książek o tym, jak sobie radzić np. ze stresem), a nie po prostu zauważyć ich obecność i pozwolić im odejść.

Myśli, które nie namawiają nas do niczego dobrego, można zignorować (a raczej zbyć). Robimy tak – zupełnie naturalnie – w przypadku tysiąca morderczych/kryminalnych imaginacji, które odwiedzają naszą głowę w ciągu życia. Po prostu nie zwracamy na nie uwagi. Inaczej jednak postępujemy z myślami o tym, żeby zjeść, zapalić czy wypić alkohol. Tego boimy się strasznie. To – w naszym mniemaniu – jakaś część nas samych, która może nam zrobić krzywdę…

No właśnie; w naszym mniemaniu. W rzeczywistości ona nie jest groźna i nie może nam nic zrobić. Mało tego; to nie jest część nas.
Hm? A co to niby znaczy: „to nie jest część nas”?

Ostatnio miałam na ten temat dyskusję z moją podopieczną, której ten koncept wydał się dość niezrozumiały.
Ale jak to, ja nie jestem swoimi myślami? Przecież one mnie tworzą. Mam jakieś myśli i według nich działam i układam swoje życie. Nie ma ich tylko w momentach medytacji, ale to są wyjątkowe sytuacje.
No właśnie – MAM myśli. One SĄ w mojej głowie. Według nich działam i układam swoje życie, ale to nie znaczy, że jestem nimi. Przecież gdyby tak było, to w momencie medytacji (świadomego niemyślenia) przestawałybyśmy istnieć, prawda?

Myślenie jest jak oddychanie. Będziemy to robić zawsze – od narodzin do śmierci. Bo tak jak oddech jest funkcją płuc, tak myśl jest funkcją mózgu. Ale czy my jesteśmy oddechem? Wdychanym powietrzem? No nie. I tak samo nie jesteśmy myślą.

Albo jeszcze inaczej; wyobraźmy sobie, że nasza głowa jest takim super komputerem. Mamy w niej wgrane różne programy – od kulturowych (urodziłyśmy się w Polsce, a nie w Chinach), poprzez wyniesione z domu (na jedzenie trzeba uważać, życie to walka, itp), aż po nasze personalne przekonania (jestem beznadziejna w sporcie, jestem dobrą przyjaciółką). Ale co się stanie jak jakiś program straci na ważności?

Ja miałam wbite w głowę, że na jedzenie trzeba uważać, bo jak zacznę sobie „popuszczać” to przytyję. I całe życie jadłam niskokaloryczne wióry, a potem rzucałam się na wszystko co dobre i … tyłam.
Aż któregoś dnia zobaczyłam, że to nieprawda, że ja mam zainstalowany pod pułapem po prostu głupi program, który mi nie służy. I w ciągu sekundy olśnienia, skasowałam go z głowy.

I czy to znaczy, że część mnie umarła? Że ten program był mną, a teraz już nie jest, a więc ja już nie jestem tą samą sobą? Hmmm… chyba nie…
Po prostu nastąpiła aktualizacja systemu. Śmieci zostały zlokalizowane i wywalone.
Jednak to nie naruszyło w żaden sposób struktury komputera. Nie mogło. Dlaczego? Bo komputer zawiera program, ale nim nie jest.

Czy te filozoficzne rozważania są w ogóle ważne? Tak, ponieważ jeżeli zrozumiemy, jak działa nasze doświadczanie rzeczywistości, przestaniemy się identyfikować, z tym co mamy w głowie, na naszym twardym dysku. Wtedy będziemy w stanie się od tego odseparować. A co się stanie jak to zrobimy? Będziemy mogły zdecydować, czy chcemy dalej działać według tego skryptu, czy nie.

Jeżeli zaś jesteśmy przekonane, że program jest integralną częścią naszego komputera, nie będziemy w stanie go ani dostrzec, ani zmienić. Tak samo jak nie możemy zmienić naszego koloru oczu czy wzrostu. To niewymienialna część naszej obudowy i koniec.

A więc kim jesteś? Kim jest ten komputer, o którym mówię?
Ten komputer to czysta świadomość, obserwator, który doświadcza życia. To nie treść życia, czy treść myśli, to sama zdolność do doświadczania obecności myśli. One przechodzą przez naszą świadomość, ale nie są w stanie jej dotknąć czy jakkolwiek na nią wpłynąć.
Komputer nie dba o to czy wyświetlana jest na nim strona po tytułem „bulimia” czy „jestem piękna i mądra”. On po prostu JEST. Pozawala nam doświadczać człowieczeństwa.

To wspaniała wiadomość, bo to znaczy, że cokolwiek sobie tam wgrałaś i jakiekolwiek stronki odwiedzałaś w przeszłości, to wszystko może zostać skasowane jednym kliknięciem zrozumienia. I będziesz mogła zacząć od nowa; z czystą kartą.

*

Jeżeli zaś potrzebujesz pomocy w zresetowaniu systemu, zgłoś się do mnie na mentoring.