Chciałaby Ci polecić ćwiczenie, które często zadaję swoim podopiecznym: „Mój przepis na problem”.

Polega ono na daniu komuś idealnej instrukcji jak zrobić swój problem. Co robimy krok po kroku. Dzisiaj podam Ci dwa przykłady:

Przepis pierwszy:

  1. Podejmij decyzję o przejściu na dietę niskokaloryczną, niskotłuszczową i niskowęglowodanową.
  2. Rozpocznij intensywne treningi 5-6 razy w tyg, najlepiej jeszcze 2 x dziennie. Raz siłowy 1 h i do tego Cardio 1 h dziennie.
  3. Waż i mierz swoje jedzenie codziennie z farmaceutyczną precyzją.
  4. Waż i mierz swoje ciało codziennie z farmaceutyczną precyzją.
  5. Czytaj artykuły, posty, książki i przyswajaj wszelkie inne treści na temat odchudzania, kształtowania sylwetki, treningu, diety i wyglądu.
  6. Poświeć każdą wolną chwilę na śledzenie mediów społecznościowych o tematyce w.w. skupiając się na zdjęciach „idealnych” sylwetek „ekspertów”.
  7. Nałóż na siebie presję prowadzenia swojego życia w „idealny” sposób w każdym jego aspekcie. (idealny dom, idealne dziecko, idealny ogród, idealny wygląd, idealny mąż, idealne wszystko o czym tylko pomyślisz. Masz być chodzącą perfekcją, rozumiesz?!)

A wieczorem, gdy uśpisz swoje idealne dziecko, wyżyjesz się lub zignorujesz swego męża, któremu daleko do ideału, bo to normalny dobry facet jest. Weźmiesz kąpiel i położysz się do łóżka. Wtedy poczujesz ogromny, niewyobrażalny stres, napięcie i wieeeeelki, niepohamowany głód.

Wtedy weźmiesz wszystkie czipsy, słodycze i lody, które masz w domu, albo innego rodzaju jedzenie, które Ci wpadnie w ręce i zjesz je najszybciej jak się da. Nie poczujesz smaku, zapachu, struktury. Nie poczujesz też tego bólu i stresu, który kazał Ci po nie sięgnąć. Ale tylko przez chwilę. Bo już po kilku minutach poczujesz się jak śmieć. Totalne przeciwieństwo ideału, którym chcesz być.

Ten przepis jest niezawodny. Zawsze się udaje. Każdemu. Nie przypalisz, nie zrobisz zakalca. Zawsze wychodzi. Polecam.

Nie ma za co!

*

Przepis drugi:

Jadę do pracy. Zabieram wprawdzie śniadanie, ale ma jakieś 400 kcal i zapomniałam przygotować coś na drugie. Jestem na nogach od 6.00 Pierwsze śniadanie jem o 8.00 rano. Po drugie miałam wyskoczyć do sklepu, ale nie mam na to czasu.

Szperam po szafkach w firmie. Znajduję jakieś moje wafle ryżowe, na przykład 2 ostatnie sztuki i jabłko. Kiedy przyjeżdżam do domu przed 17 jestem już tak głodna, że szok. Na szybko coś gotuję, ale nie jestem w stanie się najeść.

Po obiedzie maż najedzony, zaczyna coś robić w garażu lub w ogrodzie, a ja jestem sama z szafką na słodycze. No i zaczynam wyjadać po kolei, aż do bólu brzucha. Czasem przegryzę czymś słonym, jakiś chips czy paluszek, żeby mnie nie zemdliło i dalej.

Leżę na kanapie, jestem strasznie senna, nic mi się nie chce. Po co coś zaczynać, skoro dopiero od jutra może zacząć tak na 100 %? Muszę poczekać do jutra. Teraz mogę się nie ograniczać. Jest bogata kolacja, chociaż obiad był dość późny. Może jeszcze jakiś mały, oficjalny tym razem, słodyczek?

*

A Ty jak robisz swój problem? Napiszesz nam? Zobaczmy czy nasze historie wiele się różnią.

*

Jeżeli nie wiesz zaś, jak przestać, zgłoś się do mnie na mentoring. Teraz możesz spłacić go na raty.