Ostatnio poszłam do koleżanki na domową pizzę. Umówiłyśmy się, że będzie „typowo” po babsku, czyli z gotowaniem i plotkami. Koleżanka kupiła wszystkie składniki, ja zdobyłam wegański ser (w Belgii to nie takie proste) i urządziłyśmy sobie miły wieczorek.

Po kilku godzinach mój bilans kaloryczny przedstawiał się tak, że zjadłam pół blachy wypasionej pizzy, a później jeszcze kawałek ciepłej szarlotki na deser. Wszystko to siedząc plackiem na kanapie. Szczerze – trochę się przejadłam. Nawet trochę konkretnie. Żadne tam momenty uff, żadne tam jedzenie do pierwszej sytości. Po prostu hulaj dusza, omnomnom.
W pewnym momencie udałam się do toalety na siusiu i nagle zdałam sobie sprawę, że kiedyś przyszłabym tu w zupełnie innym celu. Wow, a teraz nawet nie przeszło mi to przez myśl! W ogóle nic takiego nie wpadło mi do głowy od wielu lat.
Zaczęłam więc zastanawiać się nad różnicą między normalnym, a bulimicznym myśleniem i doszłam do kilku wniosków.

Po pierwsze – Tak nie będzie zawsze.

Kiedyś byłam święcie przekonana, że to się… nie strawi, że będę nażarta chyba już do końca życia, a potem to zamieni się bezpośrednio w tłuszcz na brzuchu, nogach i podbródku.
Wierzyłam, że jedno przejedzenie się to nieodwołalna, ostateczna i absolutna krzywda jaką zrobiłam swojej sylwetce.
Nie docierało do mnie, że organizm sobie to spokojnie przerobi i za odpowiednio długi czas wyśle kolejny sygnał głodu.
Nie! Tego się trzeba było natychmiast pozbyć! Inaczej panika i śmierć w oczach!
Teraz wiem, że to absurdalne, ale kiedyś, na najgłębszym, nieuświadomionym poziomie, tak właśnie myślałam.

Kilka lat temu przeczytałam w książce „The Biology of Desire: Why Addiction Is Not a Disease” (W wolnym tłumaczeniu: „Biologia pożądania. Dlaczego uzależnienie nie jest chorobą”), że nałogowcy mają niejako skrzywioną percepcję czasu.
Kiedy taki alkoholik czuje nieodpartą chęć by się napić, nie potrafi tego zrelatywizować i wytłumaczyć sobie, że ona niedługo minie – nawet jeżeli miałaby trwać do końca dnia. Następnego ranka obudzi się już bez niej. I tak; całkiem możliwe, że ona znowu przyjdzie, ale potem znowu odejdzie.
On tego nie rozumie. Dla niego moment tortury pragnienia jest wieczny, nie ma końca.

Tak samo dla nas, w bulimii, moment pełnego żołądka (pożądania słodyczy, pragnienia wymiotów), ciągnie się w nieskończoność. Nie potrafimy sobie wytłumaczyć na poziomie emocjonalnym, że to PRZEJDZIE. Organizm poradzi sobie z tym jedzeniem, nawet jeżeli zjadło się naprawdę za dużo. Zadziała tu zasada termostatu, o której już pisałam.
Nie, dla nas to koniec świata, wieczne tragiczne „teraz” z którym trzeba natychmiast coś zrobić, czyli najlepiej zwrócić to, co się zjadło. I mamy kolejny obrót błędnego kółka.
Po cholerę.

Po drugie – Wcale „nic nie przepadło”

Z radością zauważyłam, że od dawna nie traktuje już jednorazowego przejedzenia się jako początku lawiny, która zmiecie moją „kontrolę nad sobą” i rozpocznie wędrówkę wagi w górę.
Bo to zawsze było tak:  dieta, dieta, dieta, albo jeżeli nie dieta, to względne „trzymanie się” → moment przejedzenia czyli puszczenie hamulców  → codzienne obżeranie się, wymiotowanie i tycie → osiągnięcie wagowego dna → postanowienie poprawy i… dieta dieta dieta.
I tak w kółko.

Pamiętam nawet jak kiedyś we łzach, wyznałam mojemu chłopakowi, że właśnie zjadłam za dużo, no i teraz zaczyna się tycie. Dźwignia w główce przeskoczyła i koniec. Nawet nie brałam pod uwagę opcji, że może być inaczej. Po prostu zawsze tak było; przejadłam się RAZ – ruszała lawina nie do zatrzymania.

A on zaczął się śmiać i pyta mnie „Od jednego obiadu przytyjesz? Po prostu jutro się nie przejadaj i tyle!”. Na początku się obraziłam, że on NIC NIE ROZUMIE, ale potem zaczęłam się zastanawiać, że chyba jednak ma rację… Hmmm… Odkrycie na miarę Ameryki; po prostu jutro się nie przejadaj – woooow, ale on jest mądry!

Teraz wiem, że on miał właściwą percepcję czasu – dzisiejszy wieczór mija, a jutro możesz podjąć inną decyzję żywieniową. Ja zaś miałam ją zaburzoną – tak jak opisano we wspomnianej książce – weszłam w tryb żarcia, który rozciąga się na wiele tygodni, aż do dnia kiedy osiągnę swoją maksymalną wagę i będę miała absolutną determinację, by zacząć chudnąć. Nie wcześniej. Totalny absurd, co?

A więc te dwie kwestie totalnie się u mnie zmieniły. Nawet nie wiem kiedy i gdzie. Po prostu przestałam tak myśleć. Teraz myślę za to jak normalny człowiek. Hmmm, ja jestem normalnym człowiekiem.

*

Dzielę się z Tobą tymi popizzowymi wnioskami, abyś i Ty mogła jasno zobaczyć swoje wykrzywione schematy. Bo myślisz w podobny sposób, prawda? Wiem że tak.

Reasumując:
Jeżeli zjesz za dużo pamiętaj, że to się i tak strawi, a organizm sobie pięknie poradzi bez tycia o dwa rozmiary.
Nie jest to także początek lawiny obżerania się przez kolejny tydzień czy miesiąc. To tylko jednorazowy event.

Oczywiście, nie zrozum mnie źle; nie namawiam do przejadania się! Ja sama robię to raz na długi długi czas i nigdy nie celowo. Po prostu czasami tak wyjdzie. Jesteśmy tylko ludźmi i warto podejść do tego faktu ze spokojem.