Znacie moją teorię zapalników?
Jeżeli jesteś na etapie wychodzenia z choroby, nie tykaj absolutnie jedzenia, którym zwykłaś się objadać. Spowoduje to powrót starego schematu – Gadzi mózg weźmie górę i nakłoni cię do „tego ostatniego już napadu „. Jeżeli gdzieś pod spodem czujesz, że tak właśnie będzie, nie jedz tego jedzenia dzisiaj.
Czy masz z niego zrezygnować do końca życia? Tego nie wiem. Po prostu nie dzisiaj.

Bloga założyłam po pół roku od wyjścia z bulimii. Phi, tak krótko i pozjadała wszystkie rozumy? Nie, nie pozjadałam, ale już wtedy miałam głębokie przekonanie, że odkryłam kilka ważnych prawd i muszę się nimi podzielić.
Przez te półtora roku przeszłam długą drogę i wiele się nauczyłam. Niektóre rzeczy, o których pisałam na początku, już się do mnie nie odnoszą. Jestem po prostu dalej. Zorientowałam się na przykład, że nie muszę już stosować tak pomocnej techniki fali. Ona uratowała mi tyłek wiele razy i bardzo ją polecam, ale sama nauczyłam się po prostu nie wchodzić do tego morza. Jeżeli pojawia się jeszcze myśl, o zjedzeniu za dużo, po prostu obserwuję ją ze swojego bezpiecznego brzegu – nie utożsamiam się z nią, nie przeżywam, nie reaguję.

Zachęcona tym odkryciem, postanowiłam sprawdzić swój stosunek do zapalników i jak zwykle, zrobiłam eksperyment.

Chleb
Wcześniej miałam słabość do słodkich wypieków i świeżego chleba z masłem. Zupełnie traciłam dla nich głowę.
– Ale zaraz, zaraz, czy ciągle jest we mnie pragnienie napchania się tym? No…nie bardzo. – Tak pomyślałam, po czym zamówiłam kanapkę pełnoziarnistą.
Niezły szok! Chleb po tak długim czasie!
I co się stało? Nic. Bo problem nie był w chlebie jako takim, ale w moim stosunku do niego – emocjonalnym, histerycznym wręcz (jeżeli zjem kawałek, pójdę w długą!) Wtedy nie ufałam sobie za grosz (miałam ku temu podstawy), a teraz wiem, że mogę na siebie liczyć.
Stanęło na tym, że chleb czasami zjem, nie za dużo, bo się zwyczajnie odzwyczaiłam (hihi), ale kawałek zdrowego pieczywa nie zaszkodzi.

Słodycze
Dla dobra tego artykułu, poszłam do sklepu i kupiłam batonika. Już przy kasie czułam się z tym źle – sama świadomość, że to najgorszy syf pozbawiła mnie entuzjazmu odkrywcy. Ale czego się nie robi dla dobra nauki.
Ugryzłam go więc, i przysięgam, myślałam że zwymiotuje tam na miejscu. Ohyda! Słodkie, lepiące i zaklejające! Jak bardzo straciliśmy kontakt z naszym ciałem, że przyzwyczailiśmy je do takich smaków! Fuuuuuj!!!
Nie tylko, że nie miałam ochoty jeść dalej (atak), ale nie mogłam dokończyć tego co zaczęłam. Do kosza!
Ten eksperyment utwierdził mnie w przekonaniu, że słodycze mogą dla mnie nie istnieć.
Oczywiście, jak każdy z nas, lubię słodkie smaki. Jem więc owoce (które kiedyś wydawały mi się kwaśne, bo nie mogły równać się intensywnej słodyczy czekolady) i okazjonalnie wypieki słodzone miodem lub stewią.

Alkohol
Co to, to nie!
Przez okres mojej prawie dwuletniej abstynencji, zdarzyło mi się kilka razy pić alkohol. Zawsze to samo; mój racjonalny mózg usypia i dopadają mnie demony.
Jedno piwo zmienia mnie ze spokojnej zrównoważonej osoby w pyskatą, emocjonalnie rozchwianą i GŁODNĄ babę. Nie znoszę jej i nie poznaję.
Za każdym razem po alkoholu dawałam upust swoim najniższym instynktom – zazdrość, pretensje, opychanie się jedzeniem. I za każdym razem pojawiała się myśl: Zwróć to po prostu; wytrzeźwiejesz, nie przytyjesz, nie będziesz miała kaca. Brrr.
Usłyszałam kiedyś w programie o uzależnieniach, że jeżeli masz problem z kompulsywnym jedzeniem czy innym uzależnieniem, nigdy już nie powinnaś pić alkoholu. On niezawodnie obudzi twojego potwora i poszczuje go na ciebie.
A więc nie, za alkohol dziękuję.

Jakie płyną wnioski z tego doświadczenia?
Rozwijam się z każdym dniem, który dzieli mnie od ostatniego ataku. Ze zdrowiejącej bulimiczki staję się zdrową osobą.
I ty też będziesz się rozwijać. Coś co teraz jest dla Ciebie problemem, kiedyś będzie zupełnie bez znaczenia (tak jak dla mnie chleb). Przyjdzie taki dzień, że to co jest dla Ciebie obiektem największego pożądania, wzbudzi twój wstręt (tak jak u mnie sklepowe słodycze). A niektóre fakty, nauczysz się akceptować (tak jak ja zaakceptowałam fakt, że alkohol mi szkodzi).
Ale niczego nie przyśpieszysz. W drodze do zdrowia nie możesz skakać po dwa stopnie. Musisz cierpliwie skupić się na tym kroku, który właśnie wykonujesz. Wszystko w swoim czasie.