• nfz

Szanowne NFZ…

Za niecały miesiąc Święta.
Wpadł mi więc do głowy pomysł, że trzeba podarować coś naszemu Ministrowi Zdrowia.
Na przykład historie o tym jakie formy leczenia funduje nam NFZ.
Czytałam już setki relacji na ten temat i jeszcze nigdy nie usłyszałam żadnej pozytywnej.
Może ma spaczony punkt widzenia, bo zajmuję się tylko osobami, które jeszcze cierpią?
Proszę, powiedzcie mi, że tak jest. Że w państwowych szpitalach też się zdrowieje. Czekam na choćby jedną pozytywną wypowiedź. To chyba niemożliwe, że jest aż tak źle?

Ale czekam też na każdą waszą wypowiedź.

Proszę, pomóżcie przeprowadzić mi tę akcję. Poświęćcie chwilę i napiszcie jak wyglądało wasze leczenie w publicznych placówkach.
Czas, żeby ktoś tam na górze, dowiedział się jak wygląda nasza walka o zdrowie i walka z systemem.
Mam dosyć zamiatania problemu pod dywan.

Co to za kraj, gdzie obywatel w potrzebie, jest traktowany jak śmieć?
Płacimy podatki, ale w momencie, gdy wymagamy pomocy, mamy ją sobie finansować same w prywatnych ośrodkach. A jak kogoś na to nie stać, to co? Czy człowieczeństwo aż tak dużo kosztuje, że nie może być dobrem powszechnym?
Ja od dawna nie mam złudzeń: Jeżeli MY nic nie zrobimy, to nic się nie zmieni. Nigdy.

Wszystkie wasze historie trafią do Ministerstwa Zdrowia.
Piszę także list otwarty w tej sprawie, który ukaże się w prasie.
Piszcie anonimowo, pod pseudonimem, lub własnym nazwiskiem; jak chcecie.
Czekam na listy na: wilczoglodna@gmail.com
Tytuł wiadomości: Moja historia.
Liczę na was.

Tym czasem oddaję głos Oli:

Mam na imię Ola, mam 20 lat i od 13 roku życia zmagam się z zaburzeniami odżywiania. Moja wypowiedź ma na celu jedno – uzmysłowić wszystkim, którzy mają choć 1% wpływu na funkcjonowanie polskiej służby zdrowia, jak w rzeczywistości wygląda leczenie osób takich jak ja w państwowych placówkach i czy możliwym jest komuś takim sposobem pomóc.

W wielkim skrócie moja historia wygląda tak:
W wakacje na koniec podstawówki zaczęłam dojrzewać. Miałam większy apetyt, trochę przytyłam, urósł mi biust, zwracałam na swoje ciało co raz większą uwagę, wystraszyłam się tego że się zmieniam, że przestaje być drobniutką dziewczynką, o której każdy powie „jaka chudzinka”.
Oprócz tego bałam się jeszcze jednej rzeczy. Dowiedziałam się że moja mama, moja najlepsza przyjaciółka, która zrobiła by dla mnie wszystko ma raka. Złośliwego, czeka ją chemioterapia, operacja i długi proces leczenia. Nigdy nie byłam córką o jakiej każdy by marzył. Wiele osób mi to uświadamiało. Zdawałam sobie z tego sprawę, dlatego myślałam jedno – przyczyną choroby mamy byłam JA. Aby pozbyć się tej świadomości postanowiłam dążyć do ideału. Nie miałam pojęcia czym był ten ideał, jednak jakoś tak się złożyło, że zaczęłam ,,dbać o siebie”. Chciałam być piękna, wysportowana, zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, ale tak jakoś się stało, że straciłam nad tym kontrolę. Po jakimś czasie to „dbanie o siebie” było moim jedynym zajęciem. Myślałam tylko o tym żeby nie jeść, żeby wszystko wokół tego się kręciło. – klasyczny opis anoreksji. Rodzice nie dawali sobie z tym rady, bo co dziennie jedynym tematem było to czy Ola coś zjadła. Z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień wykluczałam z diety kolejne produkty. Wszystko jednak robiłam w taki sposób, że przy innych jadłam na pozór normalnie, mówiłam o tym, tak jakby nigdy nic, jakbym miała apetyt jak nigdy. Manipulowałam, każda bliską mi osobą. Nie ważne jak. Myślę że to może zrozumieć tylko osoba chora. W każdym bądź razie, nie o tym chciałam pisać. Po pól roku, byłam bliska śmierci, poszłam do lekarza. Mama myślała że brakuje mi jakiejś witaminy, bo taka blada i chuda i warto by było się przebadać.(właśnie w takiej świadomości ją utrzymywałam ). Tam uświadomili nam jedno – Ola ma anoreksje i trzeba ją utuczyć. Tak dokładnie. Nikogo nie obchodziło co się ze mną dzieje, dlaczego staje się emocjonalnym potworem, bo to nieważne. Byłam za chuda, więc trzeba mi wpychać bułki, a jak nie to sonda – przez nos. Postrach Pani doktor rodzinnej nic jednak nie zdziałał. Po wyznaczonym czasie na przytycie, co się dziwić – schudłam. Byłam na granicy śmierci. Nie było wyjścia, więc trafiłam do szpitala – oddział psychiatrii dziecięcej w Poznaniu. Właśnie doszłam do sedna mojej wypowiedzi. Zamierzam krok po kroku opisać jak wyglądało tam traktowanie anorektyczek, bulimiczek i innych ,,porypanych dzieci, które, tylko pomału wprowadzają do grobu swoich rodziców” – to jedna z wypowiedzi pielęgniarek. Na wstępie była rozmowa z chyba jakimś ważnym psychiatrą. Który zadał mi pytanie „ Czy jestem świadoma dlaczego tu jestem?”, drugie pytanie ,,Czy przyznaje się do tego że mam anoreksję” I trzecie pytanie: ,, Czy miałam myśli samobójcze’’. Byłam dzieciakiem – 13 lat, ale nie na tyle głupim aby nie odpowiedzieć na dwa pierwsze pytania TAK, a na trzecie NIE. Przeczuwałam, że inaczej się tu traktuje te ,,świadome problemu’’ osoby i te.. nieświadome. Miałam racje, nie dostałam żadnych leków, bo przecież nie mam myśli samobójczych (w rzeczywistości miałam, i to nie raz czy dwa… Nigdy się tam jednak do tego nie przyznałam. Bałam się że mnie ogłupią). Po rozmowie, która dała panu doktorowi z pewnością wszystkie podstawy by mnie tam leczyć, zważono mnie i zamknięto..

Program leczenia wyglądał następująco. Każdy chudy musiał przytyć do wyznaczonej mu wagi minimalnej. Z każdym kolejnym kilogramem miał więcej praw. Najpierw odzyskiwał rzeczy do ubrania, potem kosmetyki, pod koniec mógł nawet wychodzić na dwór itd. Na końcu mógł robić sobie posiłki. Pani doktor widziała pacjenta raz na 7, 10 dni jeżeli się nie mylę. Przy każdym spotkaniu zadawała pytania jakich bym się nigdy nie spodziewała.. – Jak się czujesz, czy masz myśli samobójcze. Potem pocieszała cię – zostało Ci jeszcze 10 kg, 5 kg itd., itp.
Każdego dnia rano pobudka i śniadanie – płatki z mlekiem i 2 bułki. Potem siedzenie – czyli pani pielęgniarka siedzi z tobą na kanapie i pilnuje czy się nie ruszasz i nie spalasz. ( któryś punkt programu to nagroda, ze nie musisz już siedzieć – czyli możesz sobie pobiegać bo jedzeniu). Potem drugie śniadanie – bułka i nutridrink dla wybranych, bardzo niedożywionych. Potem obiad, podwieczorek, kolacja I , kolacja II itd.. Jeżeli nie zjesz to Ci to miksują i dają przez nos. Mnie to nie dotyczyło, bo starałam się być wzorową pacjentką. Nie wiem czy te, które szły na sondę rzeczywiście ją miały czy nie. Bałam się wszystkiego co mogli by mi tam zrobić. Miałam świadomość że to jest kara za to że jestem okropną córką. Nie chciałam tylko żeby było gorzej więc zapewniałam wszystkich że to pomyłka, że ja mogę jeść tylko tak przypadkowo z nerwów schudłam.. Taaa jasne. Ja dobrze wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi i żeby dalej sobie chorować muszę stąd wyjść. Jeżeli o to chodzi to nie byłam głupia. Nikt jednak się tym nie interesował.
Proszę mi wytłumaczyć kto, z jaką wiedzą medyczną, po jakich studiach, szkoleniach jest w stanie wymyślić i WPROWADZIĆ program leczenia osoby PSYCHICZNIE chorej, który nie ma nic wspólnego z leczeniem umysłu tej osoby? Tam nikt nie starał się dowiedzieć co w głowach tych ,,porypanych” dziewczyn siedzi. Nie miałam tam kontaktu z żadnym psychologiem. Nie ufałam tam nikomu. Jedyne osoby, z którymi mogła pogadać to tylko dziewczyny, które były takie jak ja.. Ale czy to zdrowe? Rozmowy między nami były o tym jak chować, zwymiotować jedzenie. Jak nie zjeść. Lub w innych przypadkach – bulimiczek jak się nażreć. Na to już żaden genialny psychiatra nie wpadł.
Właśnie. Myślę ze warto bym wspomniała o jednym incydencie. Pewnego dnia odwiedziłam nas grupa studentek. Dostałam ryzę papieru z ankietami i miałam je wypełniać. Pytania typu w jakim stopni w skali od 1 do nie wiem ile czujesz się winna, niewinna, źle, dobrze, ile razy w tygodniu masz poczucie że coś tam… itd., itp. Oprócz tego podpisałam jakiś papierek, który zobowiązał mnie do tego że (nie pamiętam dokładnie jak często) ale dostawałam jakiś lek, który coś we mnie powodował, potem badano mi krew co się dzięki temu,, tajemniczemu środkowi” we mnie zmieniło a potem jeszcze raz ankiety. Krew mi pobierały studentki pielęgniarstwa, pewnie pierwszy raz w życiu. Tak, właśnie tym sposobem przydałam się na coś w tym ośrodku. Prawdą jest że nie musiałam się na te eksperymenty zgadzać, jednak co może pomyśleć 13 letnie dziecko w takim wypadku. Pytają, to się zgadzam, a nuż uda mi się dzięki temu szybciej wyjść.
Pytałam Pani doktor o pomoc psychologa, o jakąś terapię, o rozmowy. Wiedziałam że tego potrzebuje. Z jednej strony chciałam sobie pomóc, bałam się śmierci, jednak na żadną pomoc tego typu nie mogłam liczyć. Mówię zupełnie szczerze. Niczego nie demonizuje. W szpitalu dziecięcym na oddziale psychiatrii żadne dziecko nie mogło liczyć na pomoc psychologa. Z tego co pamiętam raz czy dwa razy odbyła się grupowa psychoterapia. Dla wszystkich tam obecnych. Co na niej było, nie pamiętam, jednak wydaje mi się że gdyby te 2h tam spędzone spowodowały we mnie jakąś zmianę, to z pewnością bym to zapamiętała.

Co jeszcze pamiętam… Była tam jedna dziewczyna, Kasia. Miała 14 lat i schizofrenię. Trafiała tam systematycznie. Dostawała leki, które jej najpierw pomagały, a potem wręcz szkodziły. Wydaje mi się, że dla każdego dziecka w wieku od czasem nawet 6 -7 lat widok krzyczącej, rzucającej się dziewczyny, która swoje potrzeby fizjologiczne załatwia na korytarzu, pań pielęgniarek, które biegają za nią by złapać i przypiąć pasami, która ,,widzi” i rozmawia ze zmarłą babcią nagle budząc cię w nocy, nie jest niczym przyjemnym. Co więcej na zmiany które w tej dziewczynie zachodziły, nie reagował żaden lekarz, który pojawiał się na naszym oddziale od święta, ani żadne pielęgniarki, tylko – my. Zdaję sobie sprawę, że na oddział trafiają różne przypadki i nikt nic na to nie poradzi. Jednak proszę się postawić na miejscu takiej 7 latki, która widzi coś takiego.

Starałam się jak mogłam, by móc stamtąd wyjść. Szło mi coraz lepiej – czytaj, żarłam co wlezie, by przytyć i wyjść. Na święta poszłam na przepustkę. W domu grzecznie jadłam – jeszcze nie byłam całkiem wolna. Potem wróciłam. A z czasem udało mi się stamtąd wyjść. Ani ja ani moja rodzina, która cierpiała z mojego powodu, którą cała ta sytuacja wykańczała nie dostał żadnej nawet płatnej propozycji pomocy psychologicznej

Tak właśnie wygląda moja historia I etapu zmagania się z zaburzeniami odżywiania. Co było potem? Było tylko gorzej. W szpitalu nauczyłam się od swoich koleżanek kilka trików anorektycznych, które, co się dziwić, pomagały mi tylko chorować dalej. Stawałam się potworem. Zatracałam po woli swoją osobowość. Nikt nie starał mi się pomóc rozmową. Dla wszystkich, który uczestniczyli w mojej chorobie, rozwiązanie było tylko jedno – dać Oli jeść.

Nie zamierzam nikogo za swoja chorobę obwiniać. Wiem, że całe to moje siedmioletnie chorowanie to tylko mój problem z którym to, czy sobie poradzę czy nie zależy tylko ode mnie. Wiem, że skrzywdziłam w swoim życiu wiele bliskich mi osób. Uważam jednak że każdy chory powinien dostać należną mu pomoc, bezpłatną i dobrowolną. Wiem że takie choroby powinno się leczyć wprowadzając konsekwentne zasady. Jednak proszę spojrzeć na to też z innej strony, Czy osoba która jest uzależniona od jedzenia powinna być motywowana tym by myśleć o jedzeniu, o swojej wadze, o tym czy przytyła czy nie. My jesteśmy uzależnione od tych myśli jak alkoholik od wódki. Czy alkoholika leczy się tym by myślał o wódce? Czy alkoholika umieszcza się w jednym pokoju z ludźmi którzy gadają tylko o tym jak się napić? My nie umiemy traktować jedzenia jako normalną, potrzebę organizmu. Czy w takim razie pakowanie nienormalnej ilości jedzenia w ciągu dnia ma sprawić byś nauczyła się kontrolować swój ośrodek głodu i sytości? Wiem, że osoba mająca anorektyczne BMI musi przytyć, ale czy jakiś dietetyk jest w stanie powiedzieć że ta dieta na przytycie, jest dobrą dietą? Leczenie które tam przeszłam to moim zdaniem absurd, jedna wielka pomyłka. Osoby, które tam pracowały były kompletnie niewykwalifikowane, nieprzygotowane do pracy z dziećmi z takimi problemami. Proszę nie patrzeć na mnie jak na anorektyczkę która jest oburzona że jej jeść kazali. Piszę o czymś co miało miejsce 7 lat temu. Dziś moje problemy z tym związane są nieco inne, jednak nie o tym miałam pisać. Mogę tylko zapewnić, że jestem w pełni świadoma swojej choroby, na tyle, że umiem z nią żyć.

Po jakimś czasie trafiłam do prywatnego ośrodka zamkniętego na okres 6 tygodni, w którym leczenie polegało na 24h opiece psychologów. Każdy pacjent był traktowany jak chory człowiek i otrzymywał należną mu pomoc. Rygor jaki tam panował miał na celu odzwyczaić nas od tych myśli i zachowań, które są naszym uzależnieniem. Tam zrobili mi dosłownie pranie mózgu, dzięki któremu mam wiedzę o swojej chorobie, która powala mi dziś normalnie funkcjonować. Po tym okresie były w moim życiu wzloty i upadki. Wiem jednak, że tylko taka forma terapii i leczenia jest w stanie człowiekowi pomóc. Nie każdy ma jednak o czymś takim pojęcie. Z pewnością nie każdego na to stać. Czy właśnie tak musi wyglądać leczenie w Polsce? Przykładów patologii polskiej służby zdrowia mogę podać bardzo wiele. Nie tylko związanej z psychiatrią. Zastanawiam się dlaczego, przecież mamy tylu wykształconych ludzi, lekarzy, psychologów, tyle osób jest świadoma absurdu tej placówki. Dlaczego więc nikt nie pozwala tym młodym ludziom czegoś zmienić? Co się musi stać by ktoś podjął jakieś działania? Być może zaburzenia odżywiania, ogólnie psychiatria nie jest top tematem, ale cały czas jest problemem. Ta choroba różni się od wielu innych ważną sprawą – chory często wręcz nie chce dać sobie pomóc, bo na tym właśnie polega ta choroba. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy, to jest choroba duszy, najważniejsza jest tu pomoc wykształconych psychoterapeutów, którzy nie dadzą się zmanipulować (co w brew pozorom, nie jest takie proste – ja w swojej chorobowej karierze obwinęłam sobie wokół palca wielu terapeutów, zanim trafił się ten właściwy). Bardzo proszę o poważne przemyślenie moich słów.

Ola.

2016-05-30T13:50:17+00:0026 Listopad, 2015|Kategoria: Media|Tagi: , , , , , , , |

6 komentarzy

  1. Blancus Listopad 28, 2015 w 10:33 am - Odpowiedz

    Pamietam, jak w szkole w mojej klasie koleżanka chorowała na anoreksję bulimiczna. Po powrociemze szpitala była znowu „spasiona”, wiec ludzie pokpiwali pod nosem „na co sie tak odchudzała, jak znowu jest gruba”. Bardzo duzo z nią rozmawiałam, bo wtedy zaczęły sie moje problemy z objadaniem, wiec widzialąm u niej problem, chodź wszystkim wmawiała oczywiście, ze jest inaczej.

    Pamietam jedna ważna rzecz. Powiedziała mi pewnego dnia: wiesz, w tym szpitalu są same mądre dziewczyny. Mądrzejsze niż pracownicy szpitala. Nikt bez charakteru nie byłby wstanie sie zagłodzić, albo nażreć i wpakować sobie ręce do buzi. Te dziewczyny wiedza nawet jak dokładnie włożyć palce, żeby sie nie udusić, co zjeść żeby lepiej wymiotować, łatwiej… I co smakuje dwa razy.
    To było 5 lat temu. Ona wciąż zmaga sie z anoreksja. Po prostu nie je. Chudnie. A jak zje coś normalnego to kibel. Najśmieszniejsze jest to…ze studiuje medycynę. Wkoło przyszli lekarze. Każdy wierzy w magię: „mam dobre geny”, „dużo sie ruszam”, „przestałam jeść słodycze”. A ona cóż… Ma świadomość, ze umiera, studiując medycynę ma ja większa niż kiedykolwiek wcześniej. Ale nikt nie pomógł wyleczyć jej myśli…

    Pozdrawiam Wilczoglodna, pozdrawiam Olu

  2. Ola Listopad 28, 2015 w 3:04 pm - Odpowiedz

    Anorksja, ortoreksja, anoreksja bulimiczna, bulimia, kompulsywne obżeranie się, sportoreksja, dużo tego..Mam wrażenie że coraz więcej. Wszystko to bazuje na emocjonalnych zaburzeniach, granica pomiędzy tymi kompulsjami jest bardzo cienka. W moim przypadku zaczęłam od niejedzenia, było obżeranie, intensywne ćwiczenie, wymiotowanie, jednak….

    Dziewczyny, na przykładzie Ani i paru innych dziewczyn które poznałam wiem, że, mimo że są to choroby (według ogólnie przyjętych danych literaturowych) śmiertelne, to da się z tym żyć. Tak jak cukrzyk żyje przestrzegając reguł i zasad, które pozwalają mu utrzymać cukier w normie, tak MY możemy życ dzięki dyscyplinie co do przestrzegania regularnych posiłków, to raz, a co ważniejsze dzięki umiejętności radzenia sobie z frustracją inaczej niż przez jedzenie, niejedzenie, wymiotowanie. Niestety niewielu lekarzy i psychoterapeutów jest tego świadomym. Dla nich to głupie i nienormalne zagłodzić/ zarzygac się na smierć .To jest nienormalne, ale jak wszystko ma swoja przyczynę i jak wszystkiemu, da się temu zapobiec. Właśńie z takim podejściem powinno się prowadzić leczenie tych osób.

    Każdy człowiek, czy zdrowy, czy chory, jest tak samo wartościowy i ma takie samo prawo by żyć. To niedopuszczalne, aby w SZPITALU, miejscu, w którym człowiek z zagrożonym zyciem ma wyjsc z choroby, traktować kogoś tak, że skutkiem jest jedynie umacnianie tej choroby.

    Ja, jak Kiedy trafiłam do szpitala, na podstawie BMI, braku miesiączki i relacji rodziców, ze od pewnego czasu unikam niektórych produktów stwierdzili u mnie anoreksję. (tak, własnie to jest wyznacznikiem zaburzeń odżywiania). Juz wtedy miałam epizody objadania się. Wspomniałam o tym któremuś z kolei psychologowi po wyjściu ze szpitala, ale, cóż.. powiedzieli moim rodzicom, że kłamię, bo jestem za chuda, aby to była prawda. Przeczyszczałam się, powiedzieli że jestem za młoda żeby wiedzieć czym i jak i że to tylko mój wymysł.

    Co do tego, co napisałaś Blancus, to prawda, każde uzależnienie dotyczy osób nieprzeciętych mających w sobie coś więcej, wartości i naturalną umiejętność , empatię, która jest dla wielu obca. Zgadzam się, ale wiedz, ze to że tabele kaloryczne masz w małym paluszku bez większych starań, to tez jest właśnie ta CHOROBA.

  3. Paulina Listopad 28, 2015 w 11:11 pm - Odpowiedz

    Offtop. Anulaaa!! 🙂 Właśnie kupiłam Twoją książkę i po kilku pierwszych kartkach jestem tak „podjarana”, że aż mam łzy w oczach. 🙂 🙂 Jestem przekonana, że to najlepiej zainwestowane pieniądze od dłuższego czasu. Kocham Twoją działalność – jej wielki Sens. Robisz coś cholernie pożytecznego społecznie i jesteś tym, kim chciałabym być. Również pomagać. Kobietom, którym – jak mnie – brak pewności siebie, które zmagają się z różnymi problemami, które postrzegają siebie przez pryzmat cielesności… Pozdrawiam cieplutko.

  4. Liza. Kwiecień 7, 2016 w 2:02 am - Odpowiedz

    Nigdy nie miałam kontaktu z leczeniem zaburzeń odżywiania/terapią/hospitalizacją w jakimkolwiek stopniu.
    Nie chcę,nie nie nie.
    Chciałam tylko zwrócić uwagę na podejście do nas -Wilczyc-w ogóle.
    Ostatni maraton wymiotowania był jednym z cięższych,jadłam mnóstwo,czyściłam się jakieś 10-12 razy dziennie.
    Bardzo lubię moją pracę ale niektóre zmiany są piekłem.
    Pamiętam ten dzień,nikt nie zamienił ze mną słowa a ja…ja miałam przed sobą magazyn a w nim setki batonów,ciastek,żelek,JEDZENIA.
    Byłam smutna.Zła.Jadłam jadłam jadłam.Wymiotowałam.Aż pojawiła się krew.
    W domu,w pracy.
    No właśnie.Koleżanka usłyszała jak wymiotuję,nie spodziewałam się.
    Byłam cicho.Udało mi się uciec,kiedy rozmawiała o tym z innymi wciąż nie była pewna która z czterech obecnych wymiotuje.W głębi serca wiem,że myślała o mnie.
    Przy innych dobrze odegrałam swoją rolę.
    „-Słuchajcie,któraś tu ma bulimię,no mówię wam.Je i rzyga.Po co to żre a potem idzie rzygać?
    Ja nie wiem,to trzeba być chorym.
    -Daj spokój,ja nawet jak jestem chora i mam wymiotować to mi słabo,jak tak z własnej woli można?
    -(to ja) No co wy gadacie?Serio?boże,ale która byłaby na tyle głupia,ja też się boję wymiotować…”

    „Po co to żre a potem idzie rzygać?” odbija się echem w mojej głowie.Codziennie.

    Jeszcze jedna sytuacja.
    P.
    P.jest wpaniałym człowiekiem,wspaniałym na tyle,że został skonfrontowany z moją „dobrą znajomą”.
    Zniknął.Wrócił,kiedy zrelacjonowałam mu wizytę u dietetyka i przerwę w wymiotach (nieprawda).
    Nie mam pojęcia ile zrozumiał z mojego listu.
    Dalej snuje wspaniałe wizje jak to będzie mnie karmił i gotował pyszne dania.
    Nie rozmawiamy o „tym”.
    „To” jest przez niego akceptowane i myślę,że nie wywlekanie tego na światło dnia codziennego jest naszym niemym porozumieniem.

    „To” jest odrzucajce.Budzi obrzydzenie,niechęć,w najlepszym przypadku śmiech i politowanie.

    Nie dziwi mnie,że bulimia to wciąż temat tabu.
    Anoreksja jest o wiele wdzięczniejszą chorobą.Anorektyczek można choć trochę żałować,można o nie dbać i je karmić.Zupełnie jak zwierzątka w zoo,ale ludzie lubią takie smutne atrakcje.
    Bulimiczek nikt nie zechce karmić,bo kto by chciał rzucać chleb przejedzonym łabędziom.
    To mało wzruszająca przypadłość,złożona tylko i wyłącznie z produktów ubocznych,rzygi,środki przeczyszczające i łzy.
    Czasem nawet mi przykro,słowa i reakcje innych ludzi bolą tak bardzo.
    Smutne,jak wielu ludzi ocenia nas tylko przez pryzmat choroby.
    Stereotypy,ach stereotypy.
    Wymiotują,bo nudzi im się,bo mają za dużo w dupach,bo chcą wpędzić rodziców do grobu.

    Czytając wcześniejsze komentarze mam obraz piekła,jakie gotują chorym specjaliści i presonel medyczny.
    Ale bywa i tak że zwykli ludzie,czasem nieświadomie gaszą na nas niedopałki swoich opinii i przypalają nas słowami do żywego.

    Ps.Mimo wszystko dziękuję,że jesteś,Wilczogłodna.
    Może jeszcze kiedyś zbiorę się na odwagę i powiem komuś bliskiemu kim jestem.Link do Twojej strony wystarczy za setki słów.

  5. Liza. Kwiecień 7, 2016 w 9:56 pm - Odpowiedz

    Nie wiem co Ci odpowiedzieć.Nigdy nie zastanawiałam się nad tym,ja po prostu staram się myśleć o swojej sytuacji realnie.
    A realny stan jest taki,że zarówno w swoich jak i innych oczach -jako bulimiczka-jestem zwyczajnym gównem.
    Nie mam odwagi tłumaczyć ludziom,że to dusza jest chora,że tak jak jedni potrzebują kieliszka,drudzy-powiedzmy zwykłej mocnej kawy,by normalnie funkcjonować,tak my potrzebujemy jeść.
    Tym z mojego otoczenia,którzy domyślają się nie wchodę w drogę,bo zawsze instnieje ryzyko że podzielą się informacjami z kimś z rodziny.
    Ci,którzy nie wiedzą zabierają mnie na lody,kawę,ciastka,pizzę,kebaba.
    Spojrzenie na siebie oczami innych-nawet jeśli to oczy ślepe od stereotypów- jest najlepszym co mogę zrobić.

Zostaw komentarz