To wpis z serii „wracamy do postaw”, mający na celu przypomnieć filozofię tego bloga i postawić – wciąż jeszcze błądzące owieczki – do pionu (właśnie wyobraziłam sobie tą scenę dosłownie i chyba nie jest to najlepsze sformułowanie, ale niech już zostanie).

Kilka dni temu dostałam wiadomość na Instagramie (@wilczoglodna) od mojej byłej kursantki, że owszem kurs zrobiła już jakiś czas temu, wyszła z zaburzeń odżywiania, ale teraz znowu „wszystko wróciło” i że dlaczego.
No to ja na to, że samo nigdy nic nie „wraca”, bo wilk to nie pies i pytam co ona ZROBIŁA inaczej niż do tej pory, niż uczyłam ją na kursie.

Na to słyszę, że wpadła dieta od dietetyka, bo trzeba słusznie schudnąć. Wszystko szło świetnie; i jedzenie i codzienne treningi (a jakże), aż do dnia, kiedy nagle, jak grom z jasnego nieba pojawił się napad, a potem drugi, trzeci i dziesiąty.
Hmmm, no to na ile kalorii była ta dieta? – pytam, czując już odpowiedź w powietrzu, kościach, a nawet w moczu.
Na 1700 kcal, NO ALE TEN DIETETYK TO NAPRAWDĘ SPECJALISTA.

No żesz kurwa jego dietetyczna mać!
Jaki to „specjalista”, który daje młodej dziewczynie, PO zaburzeniach odżywiania, aktywnej, trenującej i uczącej się, głodówkę na poziomie zapotrzebowania kalorycznego dla pięcioletniego dziecka???
A nie przepraszam, pomyliłam się, dla pięcioletniego dziecka mamy przewidziane 1600 kcal, to luz.

Oczywiście żartuję.

I nie, nie  chodzi mi o to by czepiać się autorki listu, która jest młodą dziewczyną. Takie rzeczy wysłuchuję nagminnie też od dorosłych babek, matek dzieciom, kobiet na stanowiskach, które wszystko mają ogarnięte oprócz jednego; jedzenia. I teraz nagle zrozumiałam dlaczego.  Bo oddajemy WŁADZĘ NAD SOBĄ w ręce ludzi, którzy nigdy nie powinni tej władzy dzierżyć – tak zwanym specjalistom. I tu mówię o specjalistach z dyplomem, przyjmujących w gabinetach i bez – tych z internetu, który, jak wiemy, jest miejscem także pełnym bzdur.

Oczywiście dietetycy, lekarze i trenerzy są jak najbardziej potrzebni. Dietetyk pomoże Ci, jeżeli masz jakieś problemy zdrowotne i ograniczenia; problemy metaboliczne, nietolerancje czy na przykład cukrzycę ciążową. (Chociaż ostatnio usłyszałam na ten temat horror story. Moja podopieczna dostała na tę przypadłość dietę na 1800 kcal. Całą ciążę była głodna, ale dla dziecka trzymała się twardo. Dziewczynka urodziła się niedożywiona i musiała przeleżeć kilka tygodni w inkubatorze. Jej mama zaś po porodzie wpadła w najgorszy epizod bulimii w swoim życiu – surprise, surprise.)

No ale załóżmy, że otrzymasz fachową pomoc i nikt Cię tam niechcący nie zagłodzi. Wtedy nic, tylko się cieszyć, że są ludzie, którzy mają wiedzę na temat LECZENIA jedzeniem – bo do tego się to sprowadza.
Ale żeby schudnąć? Po cholerę Ci dieta odchudzająca? Ty wiesz co jeść, masz swój zdrowy rozsądek, widzisz co jest przetworzone, a co nie. Rozumiesz intuicyjnie, że ociekające tłuszczem frytki z frytury nie będą dobrym dodatkiem do obiadu, a już na przykład ziemniaki z wody tak. Czujesz, że śniadanie powinno być w miarę niedługo po wstaniu, a nie w połowie dnia.

Naprawdę potrzebujesz, żeby ktoś Ci to mówił? Nie! Zwierzęta i rośliny nie mają dietetyków, a jakoś żyją i mają się dobrze. To wymysł naszych czasów. Jesteśmy tak skołowani, że nie potrafimy usłyszeć głosu własnego rozsądku spoza szumu jaki wlał nam się do głowy prosto z Internetu.

I ja to doskonale rozumiem. Możesz być tak zagubiona i nie jeść normalnie od tylu lat, że naprawdę już nie wiesz, co jest dobre. Sama byłam tą osobą i dopiero pierwsza książka Chodakowskiej uświadomiła mi, że MOŻNA JEŚĆ, WOW… A miałam wtedy prawie 30 lat!
Jeżeli jesteś taką osobą, zgłoś się do kogoś po rozpiskę, zbilansowany jadłospis, ale W RAMACH SWOJEGO ZAPOTRZEBOWANIA KALORYCZNEGO, a nie po odchudzającą głodówkę. Schudniesz i tak, jak przestaniesz się obżerać.
I nawet wtedy też stosuj to jako inspirację, a nie jako dziesięć przykazań bożych. Jak masz napisane, że zjeść kurczaka, a chcesz łososia, to zjedz łososia. Przecież nasze ciało właśnie poprzez tak zwaną ochotę, daje nam znać czego chce. Słuchaj go.

I błagam, jeżeli ktokolwiek każe Ci wyrzucić z diety na przykład wszystkie węglowodany, albo spożywać MNIEJ niż 2000 kcal (średnia dla kobiet według Światowej Organizacji Zdrowia)*, albo jeść raz dziennie, albo szamać same surowe warzywa do końca dni Twoich – uciekaj! Zaoszczędzisz kasę i zdrowie. A czasami i życie.

Zaufaj mi, w swojej karierze czytałam już takie historie, że włos się na głowie jeży; historie o ludziach, którzy oddali władzę nad sobą w ręce innych, którzy nieświadomie zrzekli się odpowiedzialności za siebie i którzy spadli przez to na samo dno. Nie bądź jedną z nich; myśl niezależnie, myśl za siebie, zasięgnij drugiej i trzeciej opinii, jeśli musisz. Tu przecież chodzi o Ciebie, prawda?

I pamiętaj o bardzo prostej prawdzie: Twoje ciało jest tutaj najlepszym specjalistą. Bez dwóch zdań.

*

Edit: Uwaga, nie potępiam wszystkich dietetyków, na Boga. Tak jak piszę powyżej; są oni potrzebni jeżeli mamy jakieś problemy czy jesteśmy skołowane i potrzebujemy jakichś wytycznych. Potępiam jednak głodzenie swoich pacjentów, ignorancję, durne diety, wszelkie systemy, których nazw nie będę wymieniać by nie narazić się na nieprzyjemności prawne, lenistwo umysłowe, brak empatii i wyobraźni (bo jak nazwać dietę 1700 kcal dla młodej, ćwiczącej dziewczyny po ED?).

* Edit 2: Po konsultacji z naszą dietetyczką, Justyną Płoskonką (Wisłą) muszę dodać, że owszem to jest średnia zalecana przez WHO, ale będą kobiety, które potrzebują więcej, ale także mniej. Jeżeli jesteś mało aktywna i drobna, możliwe że 2000 będzie dla Ciebie za wysoką wartością. Nigdy jednak nie rezygnuj ze słuchania swojego zdrowego rozsądku i swojego ciała!