Zaledwie wczoraj dostałam bardzo interesującą wiadomość. Napisała do mnie czytelniczka, żaląc się, że publikowane na Instagramie zdjęcia jej znajomej – anorektyczki, ciągle ją triggerują.
Ona jest już od tygodnia czy dwóch na dobrej drodze, a tu bach, fotka szkielecika w kwiatkach (przepraszam, ale takie porównanie nasunęło mi się, kiedy weszłam na wspomniany profil) i wszystko szlag trafia; pragnienie bycia szkielecikiem wraca.

Zostałam zapytana więc, jak można zgłosić taki profil, by nie szkodził innym, co ja w ogóle sądzę o tego typu fotkach i czy one mnie nie zachęcają do odchudzania.
Na koniec zostałam poproszona o napisanie czegoś więcej na ten temat. No to piszę.

W sumie zagadnienie tak zwanych triggerów, czy wyzwalaczy, to bardzo ważna sprawa i warto wiedzieć jak sobie z nimi radzić.
A raczej NIE-radzić, bo tu nie ma nic do „radzenia”. Nie jest w tym ujęte żadne „robienie”. Trzeba po prostu zmienić swoje nastawienie do tematu, co – jak przy każdej zmianie nastawienia – nie zajmuje czasu i pracy, tylko zmianę myślenia.

A każdą zmianę można zilustrować tak:
Myślałaś o czymś w jakiś sposób → zobaczyłaś to w innym świetle → myślisz inaczej. (Przeczytaj mój ostatni post o „chorobie” bulimii.)

A więc od początku; Czym jest ten nasz tajemniczy trigger i jak działa?
Myślę, że definicję tę można odnieść nie tylko do wspomnianych zdjęć, ale także do produktów spożywczych (a jakże!), ciuchów w danym rozmiarze, komentarzy innych, pór dnia, okoliczności, miejsc, budynków, stanów emocjonalnych itd. Właściwie wszystko może być zapalnikiem do obżerania się czy głodowania. Nawet najbardziej niezwiązany z jedzeniem przedmiot czy koncept.

I tutaj powinna zapalić się nam pierwsza lampka, wskazująca na to, że nie mamy tu do czynienia z czymś REALNYM, ale wy-myślonym. Piszę to właśnie w ten sposób, by zasugerować kreatywną rolę naszych myśli w stworzeniu tego konceptu.

Już tłumaczę o co mi dokładnie chodzi.
Pomyślmy; co wywołuje anginę? Wredne paciorkowce. A padaczkę? Na przykład ostre, migające światło. A swędzącą wysypkę? Jakiś konkretny alergen.
Jeżeli jesteś uczulona, powiedzmy, na laktozę, to zawsze po jej przyjęciu, doznasz niemiłych dolegliwości fizycznych, tak? No tak.

A co, jeżeli jesteś uczulona na chude osoby? Czy działa to w ten sam sposób? Czy ZAWSZE, gdy zobaczysz chudą osobę, odbija Ci palma i masz atak czy coś?
A co z Twoją schorowaną, starą sąsiadką, która ma nóżki jak patyczki i ledwo na nich chodzi? A zdjęcia z Auschwitz na lekcji historii? Albo zdjęcia głodujących dzieci z Afryki lub widok kogoś, kto idzie sobie ulicą i po prostu jest chudy?
Przecież, gdyby realnie, niezaprzeczalnie istniało coś takiego jak „trigger”, każde spotkanie z powyższym wizerunkiem, wywoływałoby tę samą reakcję. A przecież tak nie jest.

No dobrze, zaraz powiesz mi, że tu przecież chodzi o kontekst. Dana osoba musi być młoda, płci żeńskiej i prezentować swoją wyeksponowaną chudość na Instagramie. Najlepiej w pozycji wygiętej. Słowem, musi być to konto typu Pro-ana czy inny chłam.
No dobrze, ale czy ZAWSZE jak oglądasz takie konto, ono coś z Tobą „robi”? Czasami jesteś w lepszym stanie umysłu i nie czujesz nic oprócz współczucia dla tej osoby.

No i teraz dochodzimy do sedna. Stan umysłu jest tutaj kluczowy. Bo POZA umysłem taki trigger nie istnieje. Nie ma czegoś takiego w przyrodzie. To nie paciorkowce czy inne, pierun wie jakie, gronkowce.
To MY tworzymy sobie taki koncept, po czym wierzymy w niego, po czym staramy się jakoś przed nim ochronić.
To tak, jakbyś namalowała sobie na kartce strasznego potwora, przestraszyła się go i wybiegła z krzykiem, że poooootwór.

A to nie żaden potwór. To niewinny kawałek ciasta smętnie leżący w lodówce, budynek, w którym się wychowałaś, stara sukienka, fotka biednej, zagłodzonej dziewczynki z kwiatkiem we włosach.
Nie ma w tym nic, co miałoby wywołać w Tobie jakąś reakcję. To Ty ją tworzysz. To Ty WY-myślasz swoimi myślami, że „jak ona taka chuda, to ja coś tam”. Widzisz to?

Tak jak pisałam w ostatnim poście – młotek jest w Twoich rękach i Ty się nim walisz po głowie. Zobacz to i upuść go na ziemię.
Nic i nikt nie ma nad Tobą mocy, zmuszającej Cię do autodestrukcyjnych działań – dopóki mu jej nie dasz. Nie nadawaj jej więc arbitralnie przedmiotom, zjawiskom, ludziom. Wszystko zaczyna się i kończy w Tobie, a nie na czynnikach zewnętrznych.

I tu przechodzimy do kolejnej części listu; jak zapobiegać szerzeniu takich treści?
Szczerze, nie wiem. Napisać do Instagrama? Zgłosić gdzieś takie konto jako promujące samookaleczanie? Myślę, że istnieją jakieś zasady dotyczące tego, co można u nich publikować, ALE nawet jeżeli takie zdjęcia będą tam wisiały (bo będą), to Ty i TAK nie musisz na to w żaden sposób reagować.
Ostatecznie możesz też sama się „zblokować” i nie klikać w takie cudności.

Zresztą, w szerszym kontekście, nie da się zbanować ludzi jako takich; chudych, pulchnych, umięśnionych. Tak jak nie da się nikomu zabronić noszenia ekstrawaganckich kapeluszy, bo Ciebie to akurat wkurza. Tu działa ta sama logika.
Social media i media zawsze będą pełne nierealistycznie wyglądających kobiet i niewiele z tym zrobisz. Nie zaczniesz przecież walczyć z Internetem, bo przeszkadza Ci w recovery. I nie powiesz mi też, że się nie ogarniesz, bo ktoś opublikował jakąś tam fotę. No proszę Cię, no!

Ja Ci za to powiem, że możesz wyjść z zaburzeń odżywiania MIMO tego, że otaczają Cię słodycze, foty słodyczy, foty chudych lasek, czy nieprzyjemne komentarze. Możesz wyjść z zaburzeń odżywiania nawet siedząc w samym środku wszelkich swoich strasznych triggerów.

Bo nie ma czegoś takiego jak trigger. Jesteś tylko Ty, Twoje myśli i pytanie czy święcie w nie wierzysz. A może jednak jesteś w stanie zobaczyć to, czym one są – energią umysłu, namalowanym przez Ciebie potworem. Nie zaś potworem prawdziwym.

*

I ostatnie pytanie mojej czytelniczki: czy mnie coś triggeruje? Czy mam ochotę się odchudzać na widok czegoś tam? Myślę, że teraz możesz odpowiedzieć sobie na nie sama.