Pod moim ostatnim postem pojawił się komentarz Zuzanny, na który postanowiłam odpowiedzieć publicznie:

„Aniu, wiem, że nie na temat, ale mam problem, który trudno mi rozwiązać. Mianowicie fakt, że jestem uzależniona od odchudzania.
Jem już prawidłowo, nie objadam się. Może faktycznie w mojej diecie dominuje zbyt dużo przetworzonego jedzenia, ale właściwie mi to nie przeszkadza, bo wiem, że to mój własny świadomy wybór i czuje się po tym dobrze, a przy takim trybie życia ostatecznie pozbyłam się pokus obżarstwa. No chyba, że przychodzi ten moment… moment, kiedy napotkam na jakąś dietę, dostaję wtedy takiego silnego pragnienia odchudzania, że czuję, jakby to było rozwiązanie moich wszelkich problemów, jestem w jakby rozdwojeniu jaźni.

Z jednej strony czuję ekscytację, a z drugiej przerażenie. Wiem, że to bez sensu, ale jest to ode mnie silniejsze i po tym całym użerania się z tymi dwoma sprzecznymi stanowiskami, zaczynam się bezsensownie okropnie objadać (nie przechodząc ostatecznie na dietę), chociaż jestem naprawdę niegłodna, ale psychika tak bardzo się buntuje temu pomysłowi, aż w końcu po tym obżarstwie dopiero podejmuję decyzję, że koniec z dietami raz na zawsze.
Ale niestety nie dotrzymuje obietnicy, bo znów po kilku tygodniach spokoju natrafiam na kolejną dietę i znów to samo. Dlatego myślę, że moim uzależnieniem jest teraz samo odchudzanie i szczerze powiedziawszy, nie wiem jak to głupio zabrzmi, ale trudno mi bez tego żyć. Chociaż wiem, że jest to błędne koło i prowadzi tylko do kolejnego przytycia.

Zwracam się więc do Ciebie Aniu i do Was wszystkich czytających to, jak z tego wyjść? Czy potrzebna mi jakaś terapia uzależnień? Naprawdę męczy mnie to, że już sama myśl o odchudzaniu doprowadza mnie do obżarstwa. Jakie słodkie wydają się wspomnienia lat, kiedy jedzenie w ogóle mnie nie obchodziło…”

*
A więc co z tym fantem zrobić? Jak poradzić sobie z takim zachowaniem? Czy faktycznie konieczna jest wizyta u terapeuty uzależnień?
Być może, aczkolwiek nie wiem nawet czy takie uzależnienie zostałoby potraktowane serio. Pozwól mi więc, że zaproponuję coś, co – jak myślę – będzie w tym przypadku pomocne.

Po pierwsze; Zuzanna zdiagnozowała się bardzo trafnie. Jest ona uzależniona od danego schematu działania, jakim jest dieta. Bo jak pewnie wiemy, możemy być uzależnione od konkretnej substancji, działania albo od jednego i drugiego na raz.

Swoją drogą bulimia czy objadanie się, nie są uzależnieniem od jedzenia jako takiego, ale uzależnieniem od danego schematu jedzenia. Dlatego też wszelkie dywagacje typu „słodki smak zastępuje Ci miłość i poczucie bezpieczeństwa” są BEZ SENSU i robią więcej szkody niż pożytku, o czym napiszę więcej niebawem.

No dobra, ale dlaczego możemy uzależnić się od czegoś tak dziwnego, jak „przechodzenie na dietę”, nawet jeżeli na nią ostatecznie nie przechodzimy, tylko od razu zaczynamy się ze strachu objadać?
Ano dlatego, że nasz mózg jest nastawiony na wyłapywanie powtarzających się schematów i tworzenie z nich nawyków. To jego strategia przetrwania. Gdyby nie one, nie potrafilibyśmy zrobić najprostszej rzeczy, a ta cywilizacja po prostu by nie istniała.

Problem w tym, że mózg nie ocenia czy nawyk jest dobry czy zły; czy zaprowadzi nas na podium maratonu, czy uczyni z nas alkoholika mieszkającego pod mostem. Dlaczego? Bo rejony mózgu odpowiedzialne za ich tworzenie (mózg pierwotny, gadzi) nie posiadają inteligencji i nie są zdolne do moralnej oceny czegokolwiek. Co mu tam wrzucimy i powtórzymy kilka razy, on będzie sobie mielił po wiek wieków, dopóki go tego nie oduczymy przez niepowtarzanie.

Jeżeli zaś coś jest nacechowane silnymi emocjami – mózg zapamięta to lepiej i szybciej. Dieta – przynajmniej na początku – łączy się z poczuciem euforii. Doświadczamy wtedy wyrzutu dopaminy, adrenaliny i uwolnieniu serotoniny. (Polecam książkę Charles Duhigga „Siła Nawyku”, aby dowiedzieć się jak to dokładnie działa.) Czujemy, że w końcu łapiemy życie za rogi i osiągamy nasz wymarzony cel: chudniemy. No i nasz mózg sobie to zapamiętuje: dieta = zajebiste samopoczucie.

Niestety, tak jak tłumaczyłam nie raz; ten cel jest sprzeczny z naszymi podstawowymi interesami dyktowanymi biologią, czyli przetrwaniem organizmu. I tu zaczyna się konflikt, który opisywałam w postach o gadzim mózgu. Właśnie przez ten konflikt wpadamy w bulimię i inne zaburzenia odżywiania.

Mijają lata, my mądrzejemy i dojrzewamy, a sylwetka a’la patyczek przestaje być dla nas atrakcyjna. Jednak mózg, jak tresowana papuga, dalej swoje: dieta = zajebiste samopoczucie. I w momencie, kiedy czujemy się gorzej, podsuwa nam ten znajomy sposób poprawienia sobie humoru. Słyszymy ciche podszepty brzmiące mniej więcej tak „Ej, zajrzyj do Internetu i zobacz co to nowego wymyślili amerykańscy naukowcy na temat odżywiania. Zobacz co teraz trzeba jeść, a co wykluczyć i dlaczego poprzednia dieta nie działała.”

Często zaś Internet zagląda nam w głowę sam, bo – jako że mamy zalajkowane milion stron o dietach i szukałyśmy tej frazy w Google pińćset razy – wywala nam on wszelkie reklamy i newsy na ten temat.

Widzimy więc nagłówek „Dieta Adele – rewolucja żywienia” (ja także śledzę takie rzeczy, by wiedzieć z czym przyjdzie na mentoring kolejna fala kobiet) i bum! Nasz mózg zalewa fala dopaminy. Już prawie lecimy do sklepu po ten seler naciowy, czy co tam innego, ale zaraz następuje kolejne „bum”. To z hukiem włącza się instynkt samozachowawczy i każe nam – owszem, lecieć do sklepu – ale nie po seler, tylko czekoladę.

Ten instynkt jest tak wyczulony na wszelkie odstępstwa od normy, tak straumatyzowany latami diet, że już sama myśl o kolejnych restrykcjach, uruchamia go na pełną moc.

*
No dobra, wyjaśniam tu mechanizm powstania tego błędnego koła. Ale co z tym teraz? Czy to znaczy, że jesteśmy jego ofiarami do końca życia?
Nie! Możemy zrobić dwie rzeczy:

Pierwsza z nich jest oczywista: Odlajkowujemy wszelkie strony o dietach, postach, detoksach i Bóg wie czym jeszcze. Także nie wchodzimy na nie sami. Traktujemy je jak alkoholik powinien traktować monopolowy. Ok, monopolowy czy samo przeczytanie o diecie NIE MOŻE nas do niczego zmusić, ale po co sobie utrudniać życie?

Druga rzecz jest mniej oczywista i polega na zdaniu sobie sprawy z iluzorycznej natury naszych myśli. Chodzi o zrozumienie, że to, że mamy w głowie jakąś myśl, wcale nie znaczy, że ona jest ważna, że niesie w sobie jakąś istotną informację. To wcale nie znaczy nawet, że ona jest „nasza”. To po prostu JAKAŚ myśl, która przyplątała nam się do głowy, tak jak tysiące innych myśli w ciągu dnia. Ona nie różni się niczym od myśli typu „walnę szefa na odlew, bo mnie wkurza”, którą pewnie sporo ludzi miewa, ale nie robi tego.

Jedyne co jest tutaj inne, to ilość uwagi i STRACHU jaką jej dajemy. To właśnie uwaga i strach powodują, że ona „rośnie” i staje się w naszych oczach realna. A prawda jest taka, że ona realna nie jest i nigdy nie będzie. Żadne myśli nie są przecież „realne”. Stół i krzesło są, ale myśli?

Analogicznie; kiedy wyobrazimy sobie jak bijemy tego nieszczęsnego szefa (lub szefową), nie czepiamy się tego pomysłu, nie rozpatrujemy go na serio, ani nie zaczynamy się bać, że stajemy się psychopatkami. To wpada nam do głowy, wypada i już. A myśl, by przejść na dietę jest traktowana z (nienależną jej) atencją i staje się problemem. Zrozum, cały szkopuł nie tkwi w diecie jako takiej, w tym, że wpadnie Ci w oko informacja o niej czy nawet w tym, że przyjdzie Ci pomysł, aby na nią przejść. Diabeł tkwi w Twoim stosunku do tego pomysłu.

A to jest cudowna wiadomość, bo oznacza to, że możesz mieć taką myśl w głowie „Hyyy, nowa dieta!” ale nie reagować na nią, NIE BAĆ SIĘ JEJ. Wtedy zauważysz, że jesteś niejako jej obserwatorem, stoisz z boku, nie jesteś nią. Patrzysz bez strachu i zaangażowania na to, co sobie ta Twoja głowa myśli. No ciekawe, ciekawe…

I co się wtedy dzieje? Ta myśl przechodzi. Mija tak samo jak miliony innych myśli, które pałętają się po naszej mózgownicy, lecz nie spotykają się z zainteresowaniem.  Bo najlepsze jest to, że nawet jak ona Ci wpadnie w pole świadomości, nie musisz nic z nią „robić”. Po prostu się jej nie bój. Ona sama w sobie nie ma absolutnie żadnej mocy, ponad tą, którą jej dasz.

A czy Ty możesz się utożsamić z autorką komentarza?

*
UWAGA: 12 maja rusza miesięczny interaktywny kurs „Pokonaj wilka, odzyskaj siebie”. Wskakuj, póki są jeszcze miejsca i zmień swoje życie raz na zawsze.