Pamiętasz mój niedawny post o „comfort food”? O tym, że z jedzenia robimy sobie takiego „misia przytulankę” i nadajemy mu moce, których ono nie ma; na przykład moc sprawienia, że poczujemy się lepiej.
Tak jak dziecko dostanie pluszka i jest przekonane, że poczucie komfortu płynie z tego kawałka materiału wypchanego watą, tak my myślimy, że nasze dobre samopoczucie płynie ze zjedzenia słodyczy.

W przypadku dzieci wiemy, że to niemożliwe, że wypchany materiał nie może dziecku nic dać i że uczucie komfortu płynie z niego samego. W przypadku słodyczy zaś, ta sama prawda jest dla nas niewidzialna.

A mamy takich „misiów” więcej. Na przykład taki okaz i wynikający z niego problem:

Tylko nie wiem co teraz zrobić. Zwiększyć kalorykę i pogodzić się z lekkim przybraniem na wadze? Moja wymarzona waga to 52kg i źle czuje się w wadze 55 (bywało, że ważyłam ponad 56 przy 166 cm) wiązało się to z brakiem samoakceptacji.
Nie chcę jednak mieć napadów, chce wyjść z kompulsów, ale nie wiem, jak to osiągnąć. Czy najpierw przybrać na wadze, nawiązać zdrową relację z jedzeniem, a potem powoli schudnąć, czy po prostu nie dopuścić do przybrania na wadze?

Jaki to częsty „problem”, co? Wymarzona waga….
Ja sama przez coś takiego właśnie wpakowałam się w bulimię. Przez wiele lat byłam przekonana, że arbitralnie wybrana przez mnie cyferka (o dziwo też 52 kg, mimo że jestem niższa od autorki listu o 2 cm), da mi szczęście i akceptację siebie.

Wagę w końcu osiągnęłam, a nawet przekroczyłam w dół o 7 kg. Straciłam okres i połowę włosów (niestety na trwałe i teraz muszę je zagęszczać, aby jakoś wyglądać). A szczęścia jakoś ani widu, ani słychu.
Potem oczywiście wpadłam w bulimię i przytyłam kolejne 15 kg i wtedy znowu waga 52 kg wydawała mi się spełnieniem marzeń. Potem schudłam, przytyłam, schudłam, przytyłam…

Straciłam dosłownie 15 lat życia, by dążyć do czegoś, co – po pierwsze- nigdy nie mogło się udać (to NIE jest moja waga), a po drugie nigdy nie mogło dać mi szczęścia i akceptacji siebie.
Dlaczego? Bo nic z zewnątrz nie może dać Ci żadnej z tych rzeczy. Nie da Ci ich również Twoja kariera, Twój partner, ilość pieniędzy na koncie czy wszelkie inne okoliczności. To niemożliwe. Poczucie szczęścia i akceptacji płyną zawsze, ale to zawsze z Ciebie; ze środka.

Nic, co na zewnątrz nie może Cię zranić. Nic, co na zewnątrz nie może Ci pomóc. Bo nie ma nic, co na zewnątrz.
Sydney Banks

Gdyby było inaczej, każdy, kto osiągnąłby swój cel, byłby automatycznie szczęśliwy, prawda? A przecież tak nie jest. Ile razy słyszałaś o gwiazdach filmowych czy milionerach popełniających samobójstwo? Ile razy sama dobrnęłaś do swojego celu, tylko po to by przekonać się, że tam czujesz się równie pusto, jak czułaś się tu?

I tak samo z wagą. Nawet jak dobrniesz do jakiejś absurdalnie niskiej cyfry, to nigdy nie będzie ona wystarczająco niska, by zapełnić dziurę, którą czujesz w sercu.
Dziurę w sercu może zapełnić tylko zwrócenie się do wewnątrz i zobaczenie, że w rzeczywistości żadnej dziury nie ma. Że wszystko czego nam potrzeba, mamy już w sobie. Dziura zaś powstaje, jeżeli zaczynamy szukać tego co w środku, na zewnątrz. Jeżeli patrzymy w niewłaściwym kierunku.

*

Gdyby kiedyś ktoś powiedział mi, że będę super szczęśliwa i – w swoim mniemaniu – piękna, w wadze (o o rany, rany) 4 kg wyższej niż moje wymarzone pięćdziesiąt – kurwa – dwa, to nigdy bym w to nie uwierzyła. Wszak  to było moje największe marzenie, dla którego zawiesiłam na kołku całe swoje życie.  I co? No nic, tak właśnie jest; jestem szczęśliwa.

I też pewnie byłabym szczęśliwa, gdyby to była liczba o 10 kg wyższa, jeżeli tak byłaby moja genetycznie zapisana waga. Bo teraz widzę, że to nie działa, tak jak myślałam. Działa to, tak jak Ci mówię tutaj, ze swojego ponad dwudziestoletniego doświadczenia. Uwierz mi kochana, na słowo i zaoszczędź sobie trochę życia.

*

A jeżeli potrzebujesz pomocy, zapraszam do siebie na mentoring. Teraz także na raty!
Już pierwsze podopieczne wychodzą z tego za cenę, mniejszą niż kilka dni napadów. Szczegóły tutaj: http://wilczoglodna.pl/mentoring