Kilka dni temu otworzyłam kolejnego maila z rozdzierającym sercem wołaniem o pomoc. Nie będę przytaczać tutaj tej historii, bo jest ona dokładnie taka sama jak Twoja czy moja i wałkowałyśmy to już tysiąc razy na Wilczej.
Tym razem jednak, kiedy ją czytałam, naszła mnie inna niż zawsze refleksja; skąd w dorosłej kobiecie, która ma pracę, męża, karierę i plany by założyć rodzinę, pragnienie by odchudzić się do niedowagi wynoszącej 10 kg? (Obecnie ma jej tylko 5 kg, co uważa to za straszną tragedię.)
Skąd w niej pokłady siły i determinacji, by dążyć przez lata do tego z góry skazanego na niepowodzenie oraz – proszę wybaczyć – durnego celu? Tak jakby nie było nic ważniejszego, mądrzejszego czy przyjemniejszego do roboty.

Dlaczego to pragnienie znane jest i autorce tego bloga i dziesiątkom tysięcy czytelniczek? A raczej wpada powiedzieć – większości kobiet zachodniej kultury. W mniejszym lub większym stopniu, wszystkie dążyłyśmy (dążymy) do czegoś tak nierealnego.
Ok, są tu także osoby z nadwagą, które dałyby sobie rękę uciąć by ważyć po prostu normalnie, albo chociaż trochę mniej i pal licho z niedowagą.
Mówię tu jednak o ogólnym trendzie, który doprowadził nas do katastrofy zaburzeń odżywiania; ważyć mniej. Im mniej tym lepiej; ważyć nienaturalnie mało, mieć płaski brzuch, szparę między nogami, rachityczne ramionka.

Ja sama przecież jeszcze do niedawna myślałam sobie „Noo, w sumie to mogłabym być szczuplejsza, ale ok, ujdzie”. Albo stając na wagę krzywiłam się, kiedy widziałam o 500 gram więcej (bo na przykład byłam przed okresem).
Dopiero od niedawna (ze dwa lata?) akceptuję swoją wagę w pełni i nie chciałabym absolutnie nic zrzucać. Nawet gdyby pojawiła się przede mną Wróżka Kilogramuszka gotowa spełnić moje wagowe życzenie, posłałabym ją w cholerę. Teraz wyglądam dobrze, normalnie. Nikt nie pomyśli o mnie, że nie wiadomo jaki lachon, czy że gruba i fuj. W ogóle to, gwoli dygresji, nikt nic o nas nie myśli, nie ważne jaką mamy figurę. Ludzie są zajęci swoim życiem, a nie roztrząsaniem rozmiaru naszego tyłka.
Wiem też, że kiedy ważę mniej, wystają mi żebra i kręgosłup. Robi mi się cienka szyjka na której sterczy główka makówka, a pod spodem zero cycka. Teraz w końcu widzę to we właściwym świetle – brrr, to nie jest ładne.

No właśnie: ale lachon
Dla tych wyimaginowanych słów (może nie tak sformułowanych) tyle kobiet składa w ofierze swoje życie każdego dnia. Ale… dlaczego?
Dlaczego wyprano nam mózg akurat w tę stronę, a nie w odwrotną? Przecież w okresie Baroku właśnie tak było; grube kobiety były najpiękniejsze. Założę się że każda też była na diecie, tyle że tuczącej. Oczywiście tylko te, które mogły sobie na to pozwolić, bo cała reszta zasuwała żeby jakoś tam przeżyć i nie zaprzątała sobie głowy głupotami.

Albo dlaczego nie jest w cenie na przykład jakiś tam kolor włosów? Od dziś tylko marchewkowy rudy! Irlandki są najpiękniejsze na świecie a reszta musi się farbować. Masz pecha i jesteś brunetką? No trudno, albo palisz włosy farbami aż do kompletnego wyłysienia, albo jesteś pasztet. Zresztą i tak jesteś, bo widać, żeś farbowana.
Albo coś równie absurdalnego?

Nam kazano nienaturalnie zmniejszyć rozmiary swojego zdrowego, sprawnego ciała. Jak tak sobie o tym pomyślisz na chłodno, to w ogóle WTF, prawda?
A do jakich wniosków doszedłby na przykład kosmita lądujący na Ziemi? Że jesteśmy prymitywni i po prostu nienormalni. On się tu spodziewał jakiegoś poziomu kultury i cywilizacji, a tu wszystko kręci się wokół tyka i jego rozmiaru.
Jakie to smutne – tyle zmarnowanej energii, czasu, talentów… Tyle ludzkiej tragedii przez taką bzdurę.

A przecież dostaliśmy nasze zwyczajne, ludzkie ciała, po to by w nich żyć – ŻYĆ, powtarzam. To jest nasze zadanie. A nie zmieścić rzyć w za małe spodnie skrojone na idiotyczny kanon „piękna”.

Zgadzasz się?