Miałam na dzisiaj przygotowany inny post, ale robiąc poranny przegląd Instagrama w drodze na lotnisko w Atenach, zobaczyłam że wszyscy, (de facto łącznie ze mną), są na wakacjach.
Zdjęcia z plaży dominują, ale pojawiają się także lasy, jeziora, góry, egzotyczne destynacje.
Moje podopieczne również pakują manatki i wyruszają w trasę. Słowem; totalny chaos i panika.
No dobrze – myślę sobie – czas poruszyć ten temat raz jeszcze, bo Wilk na wyjeździe to żadna frajda.

Jak się zachowujesz, gdy wybywasz na upragniony urlop?
Wnioskując z mojego doświadczenia z Wami i ze sobą samą, podejrzewam, że plasujesz się w jednej z poniższych kategorii.

Ascetka.

Jedziesz na wakacje z mocnym postanowieniem „zdrowego odżywiania się”, codziennego ćwiczenia trzymania się w RYZACH i picia wody. Twoja dieta trwa, no metter what, a plan schudnięcia tylu a tylu kilogramów do dnia tego i tego, dalej obowiązuje. Nie ma zmiłuj!
Siedzisz więc pod tym namiotem, czy na plaży z zasznurowaną na amen buzią. Jak ten kołek.
Cała rodzina idzie na lody – Ty nie, chłopak proponuje gofry – grzecznie, acz stanowczo odmawiasz, wieczorna pizza -zapomnij, sałatka!

Czujesz wtedy mieszankę zadowolenia z siebie i – nie bójmy się tego przyznać – totalnego smutku. Z każdym dniem masz coraz większe poczucie, że wszystko co dobre omija Cię szerokim łukiem, a Ty jesteś jedyną osobą na Ziemi, która po zjedzeniu loda, przytyje 10 kg. To takie niesprawiedliwe!

Pamiętam jak sama tak myślałam. Widziałam szczupłe dziewczyny jedzące co chcą i zastanawiałam się dlaczego ja tak nie mogę.
Dlatego, że mamy w rodzinie spowolniony metabolizm i tendencje do tycia – słyszałam w głowie głos mamy i cioci. No tak.
Teraz wiem, że to bzdura. Wszystkie miałyśmy spowolniony metabolizm od tych ciągłych, cholernych diet, a tendencje do tycia to nic innego, niż złe nawyki żywieniowe. Wtedy jednak święcie wierzyłam w to wytłumaczenie. Byłam przekonana, że muszę sobie odmówić wszystkiego, aby ładnie wyglądać. I nic nie jadłam.
Oczywiście trwałam w tym postanowieniu do czasu, kiedy wszystko pękało, a ja rzucałam się na całe żarcie, którego tak długo sobie broniłam.
Wiesz o czym mówię, droga ascetko? Wiem, że wiesz.

Żarłok.

Drugą urlopową opcją jest zachowanie pod tytułem „Hulaj dusza, piekła nie ma!”
Wpier***my wtedy ile wlezie, bo przecież są wakaaaaacje, a na wakacjach żadne zasady nie obowiązują.
Lody, gofry, pizza, piwo – byle szybciej i więcej, bo ucieknie.
To pewnie też znasz.

Ja właśnie skonfrontowałam się z „dawną sobą” na ślubie w Libanie z którego obecnie wracam.
Jedna ze znajomych mojego chłopaka zwierzyła mi się, że sama zmaga się z bulimią od trzynastego roku życia. Poprosiła mnie o rady i wsparcie. Spędziłam godzinę na tłumaczeniu jej jak to wszystko wygląda i jak można się dziada pozbyć. Przytaknęła i obiecała że się tym zajmie jak… wróci do domu. Teraz jest „okazja”, pyszne jedzenie i nie będzie się ograniczać.

Już nic się nie odezwałam, bo każdy do zmian musi dojrzeć sam, ale nasunęło mi się pytanie, które zadam teraz wam: A co, po wakacjach już nie będziesz miała więcej jedzenia? Ucieknie?
Przecież nawet w środku listopada możesz sobie pójść i po loda, piwo czy pizzę. I po gofra pewnie też.
Zresztą co to za przyjemność łazić non stop przejedzonym i stać u koryta, podczas gdy wszyscy się bawią.

Przepraszam za mocne słowa, ale ja ten scenariusz też tyle razy przerobiłam i wiem jak to się kończy. Nie dość, że omijał mnie cały fun, to jeszcze po powrocie do domu, okazywało się że jednak prawa fizyki zadziałały mimo wakacji (no szok!) i jestem o kilka kilo cięższa. Teraz czas na płacz, nienawiść do siebie i kolejną dietę. Brawo ja.

No dobra, to co robić?

Nie poradzę tu nic nowego. Powiem to co zawsze; zachowywać się nor-mal-nie.
Jeść do syta, bez ograniczania, bez cięcia makroskładników, ale także bez przeżerania się. Dni kiedy jesteś w podróży są w swojej esencji tylko… dniami. To nie jest jakiś wyjątkowy czas wyjęty spod normalnych praw wszechświata.

Naprawdę zrób sobie tę przysługę i zjedz porządne śniadanie, potem lunch, obiad, kolację. Nawet jeżeli ma być to ryba z frytkami.
Nie przytyjesz, jeżeli będziesz słuchać swojego ciała.

Co do słodyczy i lodów, skuś się na nie jeżeli masz ochotę, a odmów kiedy jej nie masz.
Jeżeli zaś masz wrażenie, że ochotę masz cały czas, wybierz z grupy koleżankę, która ma zdrowy stosunek do jedzenia (najpierw poobserwuj ją i upewnij się że tak jest) i staraj się ją naśladować. Jak ona dwie gałki, to ty też, jak ona trzy kawałki pizzy – to i ty. To może nie jest rozwiązanie idealne, ale przynajmniej da Ci poczucie, że to co robisz jest normalne.
Zobaczysz też, że to nie jest tak, że będziecie jadły te lody przy każdej możliwej okazji.

I pamiętaj, jedzenie naprawdę nie ucieknie. Wyluzuj więc i ciesz się słońcem.

*

O moim doświadczeniu z jedzeniem na ślubie, gdzie był szwedzki stół uginającym się pod wymyślnymi smakołykami (czyli wilczy level hard) opowiadam tutaj:

A jak wyglądają Twoje doświadczenia w tym temacie? Podziel się nim z dziewczynami, zadaj pytanie, odpowiedz na czyjeś obawy.
I w ogóle; powiedz nam gdzie spędzasz wakacje i jak sobie radzisz?