Dzisiaj chciałabym Ci opowiedzieć o tym, dlaczego diety powodują, że za każdym razem, kiedy jojujemy (bo jojujemy i to nieuniknione), nasza waga zatrzymuje się wyżej i wyżej.

Żeby zacząć, musimy powiedzieć sobie o tak zwanej teorii stałego punktu (set point theory).
Nasze ciało ma zapisaną genetycznie wagę, którą będzie chciało utrzymać za wszelką cenę.
Jeżeli będziemy się głodzić, organizm zwolni metabolizm i obniży swoją temperaturę, po to by zaoszczędzić jak najwięcej energii. Jeżeli zaś przekroczymy jego górną granicę, nasze ciało zwiększy swoją temperaturę i obniży nasz apetyt, po to by znowu wrócić do swojego punktu wyjścia. Prawdziwość teorii możemy zaobserwować gołym okiem; większość osób, które znamy (a które jedzą normalnie) ma zazwyczaj stałą, prawidłową wagę.
Pisałam o tym więcej w poście „Termostat”.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że ten stały punkt naszej wagi, jest jak stały punkt naszego wzrostu. NIE MOŻEMY NA TO NIC PORADZIĆ. Jeżeli jesteś osobą większą z natury, to taka pozostaniesz. I nie mówię tu o byciu grubym, tylko większym właśnie.
Na przykład u mnie na siłowni jest jedna dziewczyna, co ma z 180 cm wzrostu, ogromną pupę, masywne uda i duży biust. Nie jest jednak absolutnie gruba; ma zupełnie płaski brzuch, szczupłą buzię i zero zbędnego tłuszczu.

Zawsze jak ją widzę, po pierwsze przeklinam w duchu nasz porąbany świat, który takie figury dyskryminuje, a po drugie dziękuję Bogu, że ona nie dała sobie wyprać mózgu, że musi wyglądać inaczej. Jest tak śliczna, że mogłaby zamarzyć o byciu modelką (wzrost i proporcje już ma), tylko musiałaby schudnąć z 20 kg. Na szczęście – jak myślę – nigdy jej to nie wpadło do głowy. Ona wie, że jest piękna taka jaka jest i to widać z kilometra.

Jest też inna dziewczyna, instruktorka fitness, która wygląda jak patyczek – także wysoka, ale chuda. Szwenda się po tej siłowni cały dzień i zawsze coś je. Jej ciało jednak nastawione jest na taką niską wagę i tyle.

Więc jeżeli Ty jesteś z natury większa, nie skurczysz się do proporcji trzynastoletniej modelki (udającej dorosłą). Jeżeli zaś jesteś filigranowa, to też taka pozostaniesz, mimo że może wolałabyś pełniejszą figurę w myśl zasady „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

No dobrze, a co się stanie, jeżeli jednak postanowisz się odchudzać? Powiedzmy, że nie podoba Ci się Twoja naturalna waga i postanowiłaś ją zbić? Albo faktycznie masz sporą nadwagę, bo pochodzisz z domu, gdzie zamiast posiłków jadło się słodycze i od dziecka miałaś fatalne nawyki żywieniowe?
Postanawiasz zrobić to szybko, bo wiadomo, że 1000 kcal da szybszy efekt niż 2000 kcal ze zdrowego jedzenia i umiarkowany ruch. Przechodzisz więc na restrykcyjną dietę i:

1. Od razu uczysz swój mózg zaburzonego odżywiania. No bo przepraszam, ale 1000 kcal czy nawet 1600 (według Światowej Organizacji Zdrowia to dawka kaloryczna dla pięciolatka) i odmawianie sobie wszystkiego to jest ZABURZONE jedzenie. Zaburzone, czyli nienormalne; wszak żaden organizm żywy nie głodzi się z własnej woli. Jedynie człowiek wpadł na taki zajebisty pomysł.

2. Tak jak mówiłam wcześniej, zwalniasz swój metabolizm. Na początku mogłaś zjeść, powiedzmy 2500 kcal, by utrzymać swoją wagę, teraz jest to już tylko 1400. Włączył się tryb przeżycia, czyli ciało wydatkuje jak najmniej, a każda kaloria jest dla niego na wagę złota. Zatrzymuje się okres, wypadają włosy, cera szarzeje i schnie na wiór. Wszystkie składniki odżywcze idą na podtrzymanie funkcji życiowych. A włosy to najmniejszy pikuś w tym momencie, bo ich obecność nie jest kluczowa przeżycia.

3. Nasze pragnienie jedzenia idzie w górę. Ciało wysyła rozpaczliwe błagania o pożywienie, a jako że jesteśmy mentalnie wykończone (ach te wrzaski na dzieci i partnera za najmniejszą głupotę), zaczynamy ulegać temu przymusowi i rzucać się na wszystko, czego tak długo sobie odmawiałyśmy.

No i co wtedy? Wtedy mamy jo-jo, czyli nasza mozolnie zbita waga wraca z nawiązką w czasie trzy razy szybszym niż czas, w którym ją gubiłyśmy.

Co się jeszcze dzieje? Waga staje w miejscu, powyżej punktu, z którego startowałyśmy!
Dlaczego? Czy to złośliwość naszego organizmu? Nie, to jego strategia przetrwania. W ciągu tych miesięcy restrykcji i głodzenia, on nauczył się tego, że osoba, która to ciało zamieszkuje jest irracjonalna i nieprzewidywalna. Z nią nigdy nie wiadomo, kiedy będzie kolejny posiłek i czy będzie w ogóle. Trzeba więc zapewnić ciału dodatkowy zapas (tłuszcz) na ewentualny kolejny zryw głodzenia się.

Zryw głodzenia następuje już niedługo, no bo: Jak to, tak pięknie schudłam, a teraz znowu mam żyć w tym zbyt dużym ciele? To już nie na moje standardy!
I leci kolejna dieta. Tym razem od profesjonalnego trenera personalnego albo od celebrytki z Internetu. Jako że słono zapłaciłyśmy, to tym razem musi się udać.
Sytuacja oczywiście się powtarza – spadamy z wagi, ale nagle coś w nas pęka. Zaczynamy jeść i lądujemy powyżej tego, z czym zaczynałyśmy. Teraz już nie mamy do zrzucenia 10 kg, ale 15 kg.

Kolejna tura – 20 kg na plusie. Jesteśmy przerażone i co raz bardziej zdeterminowane. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie, a my lądujemy z … otyłością. Do tego jesteśmy totalnie wypalone, zmęczone i na samo słowo „dieta” zaczynamy się objadać.

Nie raz miała na moim mentoringu (zapraszam i Ciebie), podopieczne, które zaczynały z zupełnie normalną wagą, a kończyły jako XXXL-ki.
Po prostu za każdym cyklem głodzenia- jojo organizm przesuwa swój stały punkt wagowy wyżej i wyżej.

No i co teraz? Co, jeżeli w skutek diet, w Twoim życiu spełnił się właśnie ten czarny scenariusz?
To – jak zwykle proste. Musisz zrobić to, co trzeba było zrobić na samym początku: raz na zawsze skończyć z dietami i zacząć normalnie jeść.
Należy przekonać organizm, że już nie musi nosić na sobie tego dodatkowego tłuszczu, ponieważ już nigdy nie będzie głodzony!

Czy to stanie się w ciągu miesiąca lub dwóch? Nie, to potrwa o wiele dłużej. Jeżeli doprowadziłaś się do mocnej nadwagi, musisz dać sobie na to przynajmniej rok czasu. Tak się właśnie nastaw, aczkolwiek to może stać się i szybciej. Jednak rok, to dobry okres, bo zdejmuje z nas to też presję, że musimy wszystko zmienić na JUŻ.
Jeżeli Cię to przeraża, pomyśl czym jest rok w porównaniu do… całego życia na nieskutecznej diecie, która Cię tylko – jak to właśnie udowodniłam – tuczy.

A co to znaczy jeść normalnie? Jeżeli czytasz mojego bloga od dłuższego czasu, to masz już na ten temat jakieś pojęcie.
W skrócie: słuchać swojego organizmu, nie stosować restrykcji, nie mieć pokarmów zabronionych, jeść, kiedy jest się głodnym – do sytości i nie kompensować, jeżeli zjadło się „za dużo”.

Jeżeli jednak potrzebujesz w tym pomocy, zgłoś się do mnie na mentoring. Szczegóły pod tym linkiem: https://wilczoglodna.pl/mentoring/

A jakie są twoje doświadczenia z wędrującym w górę stałym punktem wagi?