Dostaję od was często listy o podobnej treści:

Dzień dobry,
Piszę do Pani, ponieważ mam problem z określeniem swojego współczynnika aktywności fizycznej, a co za tym idzie całego CPM. Chciałabym prosić o pomoc.
Mój tydzień wygląda tak: część dnia spędzam na uczelni, 1 raz w tygodniu chodzę na aerobik (ok 60min), 1 raz w tygodniu jeżdżę konno (ok 40min) i do tego 1-2 razy w tygodniu ćwiczę z Chodakowską, zestaw Skalpel lub inny podobny zestaw oparty na ćwiczeniach wzmacniających. Jaki w takim razie będzie mój współczynnik aktywności? Dodam jeszcze, że rożne strony podają inne współczynniki.
Pozdrawiam i czekam na odpowiedz.

Widzę także takie zapytania na Wilczym stadzie.
I mam trochę problem co tu z nimi zrobić. Arbitralnie powiedzieć: „wysoka aktywność” czy raczej powiedzieć prawdę, że… to nie ma znaczenia?
Ale dlaczego nie ma? Najpierw, pozwól mi opowiedzieć Ci jak to było u mnie z wyliczaniem zapotrzebowania.

W 2013 dostałam książkę Chodakowskiej z dietą i ćwiczeniami. Pamiętam jaki szok przeżyłam, kiedy zaczęłam stosować się do jej wskazówek. TYLE jedzenia??? I ja na tym mam niby schudnąć? Wow!
To był pierwszy raz, kiedy w ogóle zaświtało mi w głowie, że może jednak, przez całe życie, próbowałam jeść poniżej swojego zapotrzebowania kalorycznego?

W tym samym czasie wkręciłam się w jej ćwiczenia i na dobre zaczęłam się interesować tematem odżywiania i sportu. Wcześniej byłam kanapową kluską (no dobra, coś tam biegałam), na wiecznej diecie przerywanej epizodami żarcia i piciem piwa. Teraz zaś zaczęłam interesować się takimi rzeczami jak „makro”, „trening cardio” czy „współczynnik aktywności fizycznej”.

To ostatnie było mnie to było jak objawienie. No tak! Przecież aktywna osoba nie będzie jadła tyle samo, co osoba nieaktywna. Trzeba więc to dokładnie wyliczyć i monitorować, żeby nie zrobić sobie krzywdy! Tak? No… yhm… chyba nie do końca.
Teraz już nie jestem tak święcie przekonana, że to dobry pomysł. Z jakiego powodu? Jeżeli znasz mnie nie od dziś, to pewnie domyślasz się, co tu zaraz napiszę.
Ano z takiego, że to trochę pomocne, a trochę jednak niebezpieczne narzędzie. Zwłaszcza w rękach osoby zaburzonej.

Bo zastanówmy się; po co ono tak w ogóle powstało? Na pewno jako pomoc dla, na przykład, top sportowców, którzy muszą wyglądać w określony sposób – siła plus szczupła sylwetka. Może też dla ludzi, którzy wracają do siebie po jakichś wypadkach czy innych historiach.
Dla całej reszty zaś, to jakaś ogólna wytyczna.
No właśnie; OGÓLNA. Ktoś bez zaburzeń to zrozumie, szybko określi się jako np. „średnio aktywny”, zerknie na taką tabelkę i stwierdzi: „o super, spalam 2500 kcal” i zapomni o całej sprawie.

Osoba z zaburzeniami zaś, będzie analizować w nieskończoność – tak jak autorki podobnych do powyższego listów – czy jeden 10ciu minutowy trening w tę, to już jest średnia aktywność, czy raczej nie? A może to jednak aktywność wysoka, bo w niedzielę zrobiłam 1000 dodatkowych kroków?
O nie! Dziesiąty kalkulator, który sprawdzam, podaje zupełnie inny wynik niż dziewięć poprzednich i teraz to już w ogóle mam sieczkę w głowie!

My, wilczyce, traktujemy te ogólne wytyczne jakby to była twarda nauka, przynajmniej na miarę geometrii czy jakiejś innej fizyki!
A to przecież jest coś na zasadzie „nom, mniej więcej tyle masz jeść, ale generalnie to luz”. To coś, co określa się raczej na intuicję; jestem bardzo aktywna, czy może nie? Chyba aktywna, bo jednak śmigam na bieżni prawie codziennie. No to siup!

No ale dobra, powiedzmy, że udało nam się po wielkich trudach, analizach i skomplikowanych wyliczeniach dojść do wniosku, że jesteśmy – uwaga, uwaga – średnio aktywne. Tadaaa!
I co teraz? No to teraz bierzemy podane tam kalorie, jakby to sam Bóg zapisała je złotymi zgłoskami w Internecie i ślepo się ich trzymamy. Ani kęsa więcej niż podane! Mniej można, bo schudnę, ale więcej – oooo nie!
No i teraz, żeby to monitorować trzeba założyć sratu tatu Fitatu, kupić Fitbita i całą masę innych bzdurnych gadżetów, które nam w tym pomogą. Do tego musimy pozostać na danym poziomie aktywności i pilnować, by jeść dokładnie tyle, ile przewidują owe widełki. I kolejna klatka gotowa; ten sam wilk przybrał nową owczą skórę.

A jakby to wszystko olać ciepłym moczem i po prostu słuchać swojego ciała? Taki sobie oldschool zafundować? Jak miałaś ciężki trening i jesteś głodna, to zjedz sobie tyle, by głodna nie być. Jak miałaś lżejszy, to też. Po prostu. A jak Ci się na trening iść nie chce, to nie idź i nie martw się żadnym cholernym współczynnikiem.

Bo to znowu jest to samo pokręcone przekonanie, że tabelki, wzory i kalkulatory wiedzą lepiej od naszego organizmu. NIE, NIE WIEDZĄ.
Nasze ciało to super komputer, na którym zawsze możemy polegać, a te wszystkie współczynniki to takie prymitywne liczydło z koralikami.
Oczywiście, można siedzieć i liczyć na liczydle i przesuwać koraliki w nieskończoność, a i tak się zawsze czegoś nie doliczysz i potem rzucisz się na jedzenie. Po co?

Korzystaj z tego co zawsze jest, było i będzie w Tobie – za darmo i do Twoich usług. Nie opieraj się na źródłach zewnętrznych. One, w przeciwieństwie do Twojego ciała, są niedoskonałe.

Jeżeli Cię to ciekawi, to sprawdź sobie mniej więcej, jaką masz aktywność, tylko po to abyś zdała sobie sprawę, że nie – nie powinnaś jeść 1800 kcal. A potem zapomnij o tym totalnie i po prostu żyj.

*

Uwaga, przychylając się do wielokrotnych próśb z wszej strony,  wprowadziłam opcję rat na mój mentoring. Jest on dostępny już za 63 zł miesięcznie, czyli za ułamek tego co pochłania kompulsywne objadanie się. Szczegóły tu: mentoring.