Nie nie nie, to nie jest to co myślisz. Nie zaczynamy wspólnego wyzwania bez słodyczy, przykro mi. Po prostu biorę na tapetę kolejny temat z Wilczego Stada, mojego niewyczerpanego źródła inspiracji.
Bardzo często widzę na nim wpisy typu: „Dziewczyny od dzisiaj zero słodyczy! Koniec z tym! Postanawiam, obiecuję, przysięgam nie jeść ich przez X czasu, do świąt, wakacji, przez całe życie. Kto ze mną? Albo: Trzymajcie kciuki, kibicujcie, módlcie się.”

Czyli tak zwane „wyzwanie bez słodyczy”. Co ja o tym sądzę i czy ma to sens?
Niby ma, bo niejedzenie słodyczy to raczej dobry nawyk, ale forma wyzwania oraz podejście do sprawy, skazują z góry całe przedsięwzięcie na porażkę. Dlaczego?

1. Tymczasowość

Przede wszystkim dlatego, że cała sprawa jest tymczasowa. Nie jem słodyczy przez X tygodni/miesięcy (zazwyczaj jest to termin kosmicznie odległy), no a potem co? No… yyy… jakoś to będzie.

Taaa, wiesz dobrze, że rzucisz się na te słodycze i nadrobisz cały okres abstynencji w trzy dni. Przerabiałaś to pewnie nie raz, co? Ja też. Żadnych słodyczy do świąt! A potem zamiast zjeść normalnie kilka kawałków makowca, obżerałam jak nienormalna i dziwiłam dlaczego.

2. Syndrom owocu zakazanego

Kolejna cecha ludzkiej psychiki, która od początku jest przeciwko Tobie; jeżeli czegoś absolutnie nie możesz, będziesz o tym myśleć tym bardziej intensywnie. Czasami do tego stopnia, że to staje się Twoją nową tożsamością. Nie jesteś już po prostu Anią, Kasią czy Julią, ale osobą KTÓRA NIE JE SŁODYCZY (oczywiście do czasu).
W każdym razie, na pewno przerabiałaś to nie raz – zakazywanie sobie czegoś to najszybsza metoda na to, by się tym najeść. Dlaczego więc liczysz na to – że tym razem robiąc to samo co zawsze – osiągniesz inne rezultaty?

 

3. Nierealność

To jest po prostu nierealne, że przez cały miesiąc nikt Cię niczym nie poczęstuje, nie będzie spontanicznego wyjścia na lody z rodziną, spotkania czy imprezy. (No chyba, że mieszkasz na księżycu.)
A tak, to co? Znowu będziesz siedzieć jak ten kołek w płocie popijając wodę i połykając łzy?
Raz może się tak „uda”, może dwa. A potem wilcza smycz się urwie i wszystko poleci.

4. Czarno -białość i mentalność abstynencji.

O abstynencji coś wiem, bo była ona wymogiem we wspólnocie AJ, do której to krótko należałam. Tam albo jesteś abstynentem i nie dopuszczasz się ŻADNEGO, nawet najmniejszego „wykroczenia”, albo zawaliłaś na całej linii i musisz zaczynać od nowa.
Domyślam się, że takie podejście może działać w przypadku alkoholu czy narkotyków (chociaż tutaj też bym podyskutowała), ale na pewno nie w przypadku jedzenia. Jedzenie nie jest przecież trucizną!!!

Można jeść KAŻDE jedzenie, ale z pozycji dbania o siebie i troski, a nie strachu, który nakłada na nas jarzmo abstynencji.
No bo co się niby stanie, jak poczęstujemy się jedną czekoladką z okazji urodzin koleżanki w pracy (no już na serio głupio było odmówić). Ano NIC.
Jednak, jeżeli masz myślenie czarno- białe, to jest to KA-TA-STRO-FA wpędzająca Cię na długi czas w kolejny ciąg. No i po co?

5. Potrzeba zewnętrznej kontroli

Założenie, że muszę obiecać i przysiąc innym, że nie zjem produktu Y, bo sama siebie nie upilnuję, już samo w sobie nie wróży dobrze. Gdy tylko skończy się kontrola (no bo przecież kiedyś się skończy), nikt na świecie nie powstrzyma nas przed tym, przed czym same nie mogłyśmy się ochronić.
W ogóle sama idea „pilnowania”, świadczy o tym, że to nie jest coś czego TY chcesz i szarpie Tobą…

6. Konflikt wewnętrzny

Gdybym mogła, to jadłabym te słodycze na tony. Ehh, gdyby tylko można to było robić bezkarnie!
Tak jest? Nie masz w sobie wewnętrznego przekonania, że to Ci po szkodzi. Wiesz to może intelektualnie, ale Twoje serce chciałoby czegoś innego. A jak serce chce czegoś innego, to nic z tego i tak nie będzie.

Kluczem do sukcesu jest zmienić to przekonanie i zobaczyć czym słodycze są dla zdrowia.
Popatrz na siebie oczami pełnymi miłości i troski, a to stanie się samo z siebie. Bo przecież nie pompujesz do żył heroiny, tylko dlatego, że ktoś Cię pilnuje, ale dlatego, że wiesz że to jest złe.
Sama z siebie.

Jeżeli masz problem by zobaczyć się w takim świetle, zastanów się, czy poleciłabyś codzienne jedzeni słodkiego swojemu dziecku czy komuś kogo kochasz? No nie.
Potraktuj więc siebie tak samo – jak kogoś kogo kochasz.

7. Stygmatyzowanie słodyczy

Nie zachowujmy się tak, jakby słodycze miały moc sterowania naszym zachowaniem; na przykład wywołania ataku.
Tak, wiem – sama mówiłam na początku mojej działalności o tzw. zapalnikach, ale zdanie zmieniłam już lata temu (o czym pisałam też nie raz). Słodycze są dla ludzi.

Może teraz, na samym początku, głupotą byłoby kupienie sobie czekolady, w nadziei, że zje się tylko jeden kawałek, ale za jakiś czas – kiedy organizm już się odżywi i uspokoi, będzie to jak najbardziej wykonalne.
Zobaczysz wtedy też ze zdziwieniem, że… wcale jakoś nie masz na nie ochoty.

 

Pamiętacie?

 

Co zamiast „wyzwania”?

No właśnie, brak ochoty – to jest klucz. Jednak zanim się dożywisz i odzwyczaisz, trochę czasu minie.
Do tego czasu, traktuj słodycze jak normalne jedzenie, które – UWAGA, UWAGA – je się przy specjalnej okazji.
Taka była przecież kiedyś rola słodyczy. Od wieków jadło się je od święta. Czytałam nawet książkę o historii jedzenia, więc wiem co mówię.
To ostatnie czasy, pełne wymyślnego żarcia w sklepach i przekaz „pozwól sobie, zasłużyłaś”, postawiły wszystko na głowie. Ludzie sięgają po batonika „na dwa gryzy”, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
A przecież to puste kalorie i zero wartości odżywczych. Już samo uświadomienie sobie tego w pełni, wystarczy, by zastanowić się dwa razy, czy na pewno jest nam to potrzebne.

Uważam, że słodycze są w tej samej kategorii co na przykład alkohol. Większość ludzi pije go tylko przy okazjach. I tak, może Amaretto jest pyszne, ale nie walisz go z tego powodu do śniadania. Dlaczego? Bo wiesz, że to szkodliwe, niepotrzebne i wiąże się – na dłuższą metę – z poważnymi konsekwencjami.
Nie potrzebujesz więc publicznych przyrzeczeń, że nigdy więcej nie będziesz NIC piła.
Napijesz się pewnie CZASEM, kiedy nadarzy się ku temu okazja, a Ty będziesz miała akurat ochotę.
Tak samo jest tu.

Czasami moje podopieczne pytają mnie czy mają w trakcie mentoringu „wkomponować” słodycze w swoją dietę, czy raczej ich unikać.
Ani jedno, ani drugie. Po prostu zobacz, czym tak naprawdę są słodycze, a ich miejsce w Twoim życiu znajdzie się samo. I zapewniam, będzie to miejsce marginalne.