To pytanie numer jeden zdrowiejących Wilczyc. Już wiesz, że trzeba jeść odpowiednio, wedle swojego zapotrzebowania kalorycznego, nie obcinać, nie kombinować. Ale jak upewnić się, że faktycznie to robisz?
Skąd niby po tylu latach szaleństwa, masz widzieć czy nie jesz za mało, albo za dużo?
Jest jeden bardzo prosty sposób, żeby to sprawdzić; taki papierek lakmusowy. Uwaga zapalam światło: Zwróć uwagę na to czy podjadasz, czy nie.

Jeżeli podjadasz – jesz za mało.
Jeżeli nie – jesz ok.

Na tym mogłabym zakończyć swój wywód, ale jednak pociągnę go dalej. Często mamy takie klapki na oczach, że czysta logika nie wystarcza i trzeba wspomóc ją dodatkowymi argumentami.

Praktycznie codziennie czytam w mailu od Ciebie, w ankiecie na mentoring czy na Wilczym Stadzie coś takiego:
Od jakiegoś czasu jem zgodnie ze swoim zapotrzebowaniem – 2000 kcal. Stosuję się do Twoich rad, czyli staram się wybierać jedzenie nieprzetworzone, robię duże śniadanie itd. Niestety dalej raz na kilka dni się objadam. Co robię nie tak!?

No jak to co? Jesz za mało.

Ale jak zacznę jeść więcej to przytyję!

Yyyy, a objadając się, nie jesz WIĘCEJ?

To jest ten paradoks, o którym nie raz już pisałam. Na papierze, oficjalnie jemy 2000 kcal – mądrze, zdrowo i przecież nie mało (Jezu, aż tyle!), a w rzeczywistości wsuwamy znacznie więcej. I to w napadach, ze śmieci!
Mało tego, nadal święcie wierzymy, że faktycznie jemy te 2000! A to totalna nieprawda i czas otworzyć oczy.

Jak to wygląda:
Dzień 1 2000
Dzień 2 2000
Dzień 3 2000
Dzień 4 4000
Dzień 5 2000
Dzień 6 2000
Dzień 7 3000

Średnia: 2428

Wychodzi na to, że z ataków nastukałaś 428 dodatkowych kalorii dziennie.  I jak to się ma do Twoich wyobrażeń o racjonalnym, ale nie przesadnym jedzeniu?  Jesz znaczniej więcej niż Ci się wydaje. To właśnie ta nadwyżka odpowiedzialna jest za to, że przybierasz na wadze, a nie „normalne” jedzenie.

I teraz uwaga, moja autorska teoria: Zauważyłam, że to co zjadamy w atakach, spowodowanych deficytem kalorycznym, jest o 100% większe niż to co zjadłybyśmy bez robienia go.
Czyli, jeżeli zjadłaś dodatkowych 428 kcal, podziel je przez 2 i wtedy wyjdzie Ci, ile masz jeść każdego dnia:

428:2 = 214
2000 + 214 ≈ 2200.

Jesz mniej więcej o 200 kcal za mało.

Jestem w trakcie testowania tej teorii, więc proszę się aż tak do niej nie przyzwyczajać. Myślę jednak, że nawet jeżeli nie trafiam w dziesiątkę, jestem gdzieś blisko. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi, czy u Ciebie się to sprawdza.

I tak jak zawsze powtarzam: nie ma czegoś takiego jak kaloria zaoszczędzona. Jest tylko kaloria pożyczona, której spłatę organizm egzekwuje z stuprocentową stopą zwrotu.

Tyle teorii. Teraz wracamy do faktów: Organizm, który dostanie wszystkie kalorie i składniki odżywcze nie będzie się domagał już niczego więcej. Zrozum, jedzenie to nie uzależniająca substancja, ani sposób radzenia sobie z emocjami czy substytut miłości. Jedzenie to potrzeba fizjologiczna naszego ciała. Taka jak spanie czy sikanie.
Niezaspokojona – dobija się do naszej świadomości młotem pneumatycznym.
Zaspokojona – natychmiast znika.

Przypomnij sobie jak się czujesz, gdy jesteś śmiertelnie spragniona w gorący letni dzień. Masz suche usta, kręci Ci się w głowie i nie możesz myśleć o niczym innym jak tylko woda.
A co się stanie gdy już się napijesz? Stoisz ze szklanką i myślisz o dalszym piciu? Słyszysz głosy „No napij się jeszcze, ty odwodniona świnio”? Nie, natychmiast o tym zapominasz.

Albo kiedy wyśpisz się elegancko osiem godzin, to czy masz ochotę spać dalej? Też nie! Jesteś wyspana i pełna energii na nadchodzący dzień.
A co by się stało, gdybyś spała codziennie tylko sześć godzin? Różnica niby niewielka, ale myślałabyś cały czas tylko o spaniu, pokładałabyś się na biurku, próbowałabyś uciąć sobie drzemkę itd; wieczny koszmar opadających powiek.

A teraz odnieś tą analogię do jedzenia: Nie dojadłaś, więc cały czas myślisz o jedzeniu, podjadasz, skubiesz, wchodzisz do kuchni, patrzysz na zegarek i jesteś nieszczęśliwa. Jest tak?
W momencie, kiedy naprawdę zaczniesz jeść odpowiednio, te wszystkie myśli i ciągoty znikną – jak ręką odjął. I właśnie po tym poznasz, że jest ok!

No dobrze, a co jak zjem za dużo?

Tym nie martwiłabym się w ogóle. Swoim podopiecznym powtarzam zawsze, do znudzenia: Ty się bój zjedzenia za mało, a nie za dużo. Z „za dużo” organizm sobie poradzi w ten sposób, że przy kolejnym posiłku będziesz po prostu mniej głodna (Ojej, chyba nie dojem tej trzeciej kanapki na kolację), „za mało” zaś spowoduje kumulację deficytu i atak.
TEGO SIĘ BÓJ!
Jeżeli zasypiasz głodna i sobie tego gratulujesz, to pozwól, że zepsuję Ci humor: jutro (pojutrze, za trzy dni) zjesz dwa razy tyle co zaoszczędziłaś. Założymy się?

Żeby móc to naprawdę zobaczyć trzeba wyrzucić z głowy wszystkie bzdury, które uprzednio nam tam wrzucono. Na przykład taką, że aby schudnąć trzeba katować się na 1200 kcal, albo tę, że dieta 1800 kcal to w ogóle wypas godny atlety. Ja ostatnio usłyszałam od dietetyczki, że powinnam do swojego wzrostu jeść 1600 kcal. No chyba bym umarła!
Won, wszystkie głupoty, ale już!

Apeluję; zacznijmy słuchać swojego ciała. Jeżeli ono uważa, że jesz za mało, to tak właśnie jest. Niech nasz mądry, wyedukowany, super zaawansowany umysł w końcu zejdzie mu z drogi. To nie jego działka.