Niedawno rozmawiałam z moją podopieczną, która obawia się, że odkąd nie odlicza kalorii i nie waży pokarmów, narobi sobie niechcący niedoborów makro i mikroelementów. Nie martw się – uspokoiłam ją – organizm sam da Ci znać czego potrzebuje, domagając się na tyle różnorodnego jedzenia, aby dostarczyć sobie wszystkich odpowiednich składników. Wystarczy go po prostu słuchać.
No dobrze – usłyszałam w odpowiedzi – ale jak odróżnić zachciankę od prawdziwej potrzeby?

No właśnie, to teraz uwaga; zachcianka w swojej istocie, JEST potrzebą organizmu.
Ale zanim cała szczęśliwa pobiegniesz do kuchni, wyjeść słoik Nutelli, na który masz zachciankę, (jak to? To potrzeba!), przeczytaj ten artykuł do końca.

*

Jak komunikuje się z nami nasz organizm? Sygnałami, które do nas wysyła. Jeżeli chce mu się pić CZUJEMY dyskomfort, suchość w ustach, osłabienie. I wiemy od razu co robić, prawda? Wiemy, że trzeba szukać wody i nie pomylimy tego uczucia z niczym innym, na przykład z brakiem snu.
Z kolei jeżeli brakuje nam snu, całe nasze ciało, aż wzywa „połóż się”, a nie na przykład „idź do toalety”.

Z jedzeniem jest podobnie, aczkolwiek sprawa jest bardziej skomplikowana. My ludzie, potrzebujemy różnorodnych składników odżywczych, po to by przeżyć i sprawnie funkcjonować. Nasza dieta z założenia musi być bogata.
Taki mały eksperyment myślowy: wyobraź sobie, że jesz codziennie dokładnie to samo – na śniadanie, obiad i kolację – toczka w toczkę jeden posiłek. Ile dni byś tak wytrzymała? Nawet jeżeli byłyby to Twoje ulubione danie, to nie mogłabyś po jakimś czasie na nie patrzeć.
Dlaczego? Dlatego, że Twój organizm w ten sposób broni się przed niedoborami witamin i minerałów. Przecież cały czas jedząc to samo – powiedzmy składnik X, nigdy nie dostarczymy sobie składnika Y, który znajduje się w innym pożywieniu.
Zerknij do artykułu, gdzie opisywałam fenomen zwany rabbit starvation (króliczy głód)

Idąc dalej; dlaczego ludzie, którzy nigdy w życiu nie słyszeli ani o kaloriach, ani o mikro czy makro są szczupli i nie mają żadnych niedoborów? Kiedy podróżowałam po Azji, zapuszczając się na tereny gdzie diabeł mówi dobranoc, nie widziałam ani jednego człowieka z nadwagą. Jak to się dzieje, że kobieta z Kambodży, mieszkająca w szałasie z palmowych liści i nie mająca we wsi żadnego sklepy, wygląda jak okaz zdrowia i siły, a my, mając dostęp do jedzenia z całego świata, w przydomowej Biedronce, mamy takie problemy?
Odpowiedź jest prosta; ona słucha swojego ciała, a my słuchamy „ekspertów” i wagi kuchennej.
To po pierwsze.

A teraz o zachciankach. Co z tym słoikiem Nutelli? To mam go niby zjeść, bo czuję niepohamowaną ochotę by to zrobić, czy nie jeść go, bo moje ciało daje mi jakieś dziwne znaki i lepiej mu nie ufać?
Po pierwsze, zanim cokolwiek zrobisz, zastanów się DLACZEGO czujesz tę ochotę?
Ano dlatego, że widocznie 1000 kcal z cukru i z tłuszczu, to jest coś czego Twój organizm najbardziej potrzebuje w tym momencie. Nie dostał odpowiednio dużo energii od dawna (ostatni atak był 3 dni temu), za to przebiegł dwa maratony i to na diecie „redukcyjnej” (Uwielbiam wprost to słowo. „Wcale się nie odchudzam. Jestem na redukcji” ).
I teraz próbuje się ratować jak może. Najpierw chce dostarczyć absolutnie koniecznej ilości energii, by nie paść trupem, a potem będzie się martwił o witaminy i minerały.

I tak, słoik Nutelli jest teoretycznie tym, co załatwi sprawę raz dwa. Jednak wcale nie rozwiąże problemu. Raczej go tylko pogłębi. Bo co prawdopodobnie zrobisz po takim „posiłku”? Przeczyścisz się w panice, a potem pobiegniesz na siłownię. A nawet jeżeli nie, to twój organizm zaraz zawoła znowu o witaminy i minerały, których w tym słoiku nie znalazł (pisałam o tym mechanizmie tu)

Co więc robić? Jak zawsze odpowiedź jest prosta: Zjedz coś wartościowego i zniweluj deficyt kaloryczny. Wtedy Twoje ciało przestanie pragnąć takich rzeczy jak Nutella.
Ja też kiedyś byłam w stanie zjeść taki słoik, na raz, łyżką. Teraz sobie tego wprost nie wyobrażam. Na samą myśl moje ciało (samo z siebie) się otrząsa. Ono tego nie chce.

Jeżeli masz problem aby wybrać porządny posiłek i nie sięgnąć po słodycze w pierwszej kolejności, zrób to babciną metodą: „Najpierw obiad, a potem deser”. Zobaczysz, że po prawdziwym jedzeniu ochota na słodycze znacznie zmaleje, albo zniknie w ogóle.

Ok, przypadek z Nutellą jest dość ekstremalny, a co z mniejszymi zachciankami? Na przykład chce mi się banana. A nie powinno! Limit kaloryczny tego nie zakłada!
No wiesz… to trzeba sobie wsadzić nie powiem gdzie ten limit kaloryczny i zjeść tego banana tak czy siak. Widocznie spaliłaś więcej, niż założył to jakiś tam ekspert czy kalkulator. Każdego dnia potrzebujemy trochę innej wartości kalorycznej, bo mamy trochę inną aktywność, dzień cyklu miesięcznego czy cokolwiek.
Ale ja nie o tym. Ja o bananie. Zjedz go i koniec. Nawet jeżeli nie jest w Twoim planie i nawet jeżeli jest już (o rany, rany!) po piętnastej. Upewnij się po prostu, że jesteś szczera ze sobą, że nie jesz tego banana z nudów, tylko dlatego, że naprawdę masz na niego ochotę.

*

I teraz ważne rozróżnienie: Zachcianek jako takich nie ma, są tylko złe wybory.
Złym wyborem jest na przykład jedzenie za mało, tak że organizm zmuszony jest wysłać sygnał „daj mi słoik czekolady!” Złym wyborem jest jedzenie wszystkiego „light” i bez tłuszczu, albo odwrotnie; unikanie węglowodanów.
To co nazywamy zachciankami to tak naprawdę metoda samoregulacji naszego ciała. Jeżeli będziesz słuchać go na co dzień, nie doprowadzisz do sytuacji gigantycznego niedoboru i dzikiego pożądania produktu X.

Spójrz chociażby na kobiety w ciąży. To są przysłowiowe mistrzynie wszelkich zachciewajek. Dlaczego? Ponieważ rosnące w nich dziecko „wysysa” wszystkie składniki odżywcze i nagle bum, nie ma magnezu! Ciało matki wszczyna alarm; Dawać magnez! A ona leci po czekoladę i zagryza ją wątróbką.
Swoją drogą to samo dzieje się przy okresie, o czym pisałam tu. Ochota na czekoladę jest wtedy uzasadniona.
To wszystko co opisuję jest przejawem mądrości ciała, a nie jego głupoty. Nic nie dzieje się bez przyczyny w świecie natury, której to częścią jesteśmy.
Jak to powiedziała kiedyś moja dawna podopieczna; nasze ciało dla nas najlepszym dietetykiem.
I to jest święta prawda.