• zapalnik

Zapalnik

Powiedzmy, że dorwałaś gdzieś granat ręczny. Hurra, granat ręczny!!! Wyciągasz zapalnik i co? Pierdu!
Ups.
Czego nas nauczy taka przygoda?
Nie tykać się zapalników granatów ręcznych.
Bardzo ładnie.
A czy zauważyłaś, że w twoim menu, też są takie zapalniki? Gdy się ich tykasz, następuje katastrofa. Dlaczego więc, łudzisz się za każdym razem, że tym razem wybuchu nie będzie? Ależ będzie.

Zapalnik to jedzenie, lub picie, które wyzwala atak Wilczego Głodu. Za każdym razem.

Nawet jeżeli nie w tej chwili, to za chwilę.
To jedzenie, wobec którego jesteśmy bezsilni. Albo nie jemy go wcale, albo jemy je w ilościach hurtowych, wylizujemy talerz i lecimy po więcej.
Masz jakiś produkt na myśli? No właśnie!
Dla mnie są to słodycze, chleb i alkohol.
Nie mam problemu z alkoholem jako takim, ale sprawia on, że zaczynam sobie racjonalizować zjedzenie np. paczki chipsów do niego.

Co robimy z zapalnikami? Nie jemy.
Proste, prawda? Jest to też dość łatwe, jeżeli zna się pewien trik, o czym za chwilę.

Jak zdobyć pewność, że coś jest twoim zapalnikiem?
Powiedzmy, że dobrze ci idzie. Umówiłaś się ze sobą, że się nie objadasz. Dbasz o to, co ląduje na twoim talerzu, ruszasz się, czujesz się coraz lepiej i nagle wpadasz na pomysł, że skoro tak dobrze ci idzie, skoro byłaś taka grzeczna, to czas na małą nagrodę. I bum!
Za pięć minut drżącymi rękami opróżniasz zawartość lodówki i znowu lądujesz w punkcie wyjścia; tak jakby ta praca, którą nad sobą wykonałaś, nigdy nie miała miejsca! Licznik się wyzerował a ty znowu siedzisz w rynsztoku. Po prostu odebrało ci wolną wolę, i capnęły cię  stare mechanizmy. Wilk biega wolno!
Hmm, czy zauważasz  tutaj analogię do alkoholizmu? Alkoholik idzie się leczyć po którejś tam setnej próbie wypicia tylko jednego piwa.
Twój zapalnik to właśnie to „jedno piwo”.  I tak go traktuj.

Przykro mi ci to mówić, ale muszę;
Prawdopodobnie nigdy nie będziesz w stanie wypić tego „jednego piwa”. Może i nie rzucisz się od razu na lodówkę, ale zaczniesz znowu kminić, kombinować, roztrząsać…Po prostu stracisz swój spokój ducha.
Czy to jest tego warte? Czy nawet najsmaczniejsze ciastko świata, od mistrza cukiernictwa (babci) jest tego warte? Twojego zdrowia i przyszłości, spokoju wewnętrznego, udanych relacji ze sobą i bliskimi; słowem życia?
Ja uważam, że nie jest.
Dlatego nie jem moich zapalników, choćby się paliło i waliło.

A jaki mam na to trik? Uwaga, objawiam:
Nie jem ich tylko dzisiaj, tylko tego jednego dnia.
I tak codziennie.

Mam straszną ochotę na lody, jest tak gorąco; no błagam no.
Eee…może jutro. Tak, poczekam do jutra i zobaczę co będzie.  Ale jak mnie zapytasz jutro, to ci powiem… że jutro.
I tak w nieskończoność odwlekam katastrofę, która nazywa się nawrót.
Działa rewelacyjnie! Ale co najważniejsze; daje ci poczucia, że to nie na zawsze! Nie, że forever, tylko dzisiaj.
No chyba 24 h można wytrzymać bez lodów? Dżizas, ale mi problem!

Zapalnik jest zawsze dla nas groźny.
Gdy cię częstują; odmawiaj. Tak  po prostu.
Jak jedzie na ciebie samochód to odskakujesz, prawda? I nie zastanawiasz się, czy to zrobić, czy może nie. A co ludzie powiedzą jak tak odskoczę jak głupia, a okaże się , że on nie jechał na mnie? No nikt przy zdrowych zmysłach nie robi takiej rozkminy, prawda?
Tak samo traktuj swoje zapalniki. Jak pędzące na ciebie auto.
Wszyscy jedzą i głupio tak? Trudno, „wszyscy” nie mają bulimii, a ty masz, więc dbaj najpierw o siebie. Zresztą i tak ludzie mają lepsze rzeczy do roboty, niż zastanawianie się dlaczego czegoś nie jesz.

Na koniec daję ci misję. Zgadni jaką?
Znajdź swoje zapalniki. I nie oszukuj. Jeżeli wewnetrzny głos ci mówi, że coś nim jest, to się z nim nie kłóć.
Tak jest i koniec.
Zresztą kogo oszukasz? Siebie. Na ile jeszcze lat w kiblu?

2016-05-30T14:34:25+00:003 Lipiec, 2015|Kategoria: Ogarnąć jedzenie|Tagi: , , , |

Kochana, wierzę, że potrzebujesz wsparcia i zasługujesz na zdrowie. Zapraszam Cię więc na mój program mentoringowy, gdzie pracujemy indywidualnie, 1 na 1. Więcej informacji tutaj: MENTORING.

Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina.

Niedawno wypuściłam też kompleksowy kurs internetowy dla osób cierpiących na bulimię i kompulsywne objadanie się. Zobacz pierwszą lekcję kursu, zupełnie za darmo: LEKCJA PRÓBNA.

Nie musisz być w tym sama. Napisz do mnie, a razem znajdziemy rozwiązanie dla Ciebie.

wilczoglodna patronite

Jeżeli pomaga Ci to co piszę, wesprzyj mnie na Patronite i przyczyń się do dalszego rozwoju Wilczo Głodnej.

WSPIERAM

19 komentarzy

  1. Maya Williams Lipiec 10, 2015 w 10:45 am - Odpowiedz

    Cześć, Aniu! Od dawna obserwuję Cię na facebooku i wczoraj wieczorem, nie mogąc zasnąć, zajrzałam wreszcie na Twojego bloga. Przeczytałam kilka postów… i jestem zachwycona. Nie, nie jestem bulimiczką ani anorektyczką. Ale nie czuję się dobrze ze sobą, chcę schudnąć, i poszukuję motywacji, której ciągle mi brak. Jeden z Twoich postów stał się dla mnie autentyczną inspiracją. Pozwoliłam sobie przytoczyć go u siebie na blogu i dodać link do Ciebie w zakładce „Inspiracja” na honorowym miejscu na górze bloga, haha. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. Jeżeli chcesz do mnie zajrzeć, zapraszam. A jeżeli masz coś przeciwko lub masz coś do powiedzenia, skontaktuj się ze mną przez e-mail. Link i mail podałam w formularzu komentarza. DZIĘKUJĘ!!!

  2. Ania Lipiec 20, 2015 w 11:57 pm - Odpowiedz

    Wydaje mi się, że w tym wypadku unikanie tzw „zapalników” jest niezbyt dobrym rozwiązaniem. Niestety nie można wszystkiego opierać na silnej woli, bo jednak jest to choroba i jakaś część znajduje się poza naszą kontrolą(to ten moment, w którym przyznajemy się przed sobą, że jest z nami źle). Ale wracając do tematu: odmawianie sobie każdego dnia tych lodów, odkładając ten moment na później najprawdopodobniej wróci, ale z podwojoną siłą. Przez pewien czas unikanie lodów jest uzasadnione, jednak z każdym dniem staje się to mniej logiczne. W chwili słabości zjemy 5 litrów nieszczęsnych lodów, czy milion bochenków chleba.Oczywiście porównanie do alkoholika jest słuszne i kupowanie na zapas tych zapalników jest nierozsądne i pozostawienie ich poza kontrolą oraz wystawianie swojej chorobliwej części na próbę jest głupie, jednak po pewnym czasie wprowadzenie tych zaplaników pozwoli nam na odzyskanie tej namiastki wolności, do której tak usilnie dążymy i produkt, owiany takim pożądaniem powinien zostać pod kontrolą, ale w naszej psychice będzie dostępny. Kluczem jest nauczyć się z nim żyć w zgodzie(pomijam tutaj wątek skojarzeń z napadami, czy emocjonalnego przywiązania, od którego warto się najpierw uwolnić).

    • Wilczo Głodna Lipiec 22, 2015 w 2:41 pm - Odpowiedz

      Nie przeczę. Masz dużo racji w tym co mówisz. Ja widocznie jeszcze nie dojrzałam do tego kroku, może kiedyś to się zmieni.
      Ale myślę też, że napady pojawiają się kiedy odmawia się sobie wszystkiego; całej grupy produktów; np produktów zbożowych itd.
      Ja staram się też nie nakręcać na moje zapalniki. Nie mogę jeść chleba, ale mogę jeść inne dobre rzeczy. Takie małe wyrzeczenie nie boli, jeżeli spojrzy się na nie z odpowiednio dużej perspektywy. Moją perspektywą jest zdrowie.
      Pozdrawiam :*

  3. Beata Wrzesień 21, 2015 w 1:25 am - Odpowiedz

    Ja mam wrażenie że wszystko co jest smaczne jest moim zapalnikiem. Nie mam w domu słodyczy, bakalii, suszonych owoców, tahini, serów i mam wrażenie że zaczynam mieć niedobory… Próbuje nie mieć jedzenia generalnie…

    • Wilczo Głodna Wrzesień 21, 2015 w 9:46 am - Odpowiedz

      Też nie popadaj w skrajności kochana. Nie myśl czarno-biało, spokojnie i z umiarem, ok?

  4. Ilia Wrzesień 21, 2015 w 11:06 am - Odpowiedz

    Ciekawa dyskusja się tu wywiązała. Jeżeli chodzi o moje doświadczenia w temacie: wielokrotnie próbowałam eliminować produkty, które według mnie odpowiadały za napady i obżarstwa – cukier, pizza, nawet suszonych owoców nie umiałam nie zjeść całej paczki, wielokrotnie naciskałam na brak chleba w domu i było jak chciałam. Ale w moim przypadku była to droga donikąd, ponieważ w chwili słabości bingowałam i tak na wszystkim co znalazłam pod ręką, potrafiłam wyżreć paczkę surowych płatków owsianych zalanych mlekiem i z owocami. Kiedy chciałam wyeliminować owoce to już mi się włączyło czerwone światło, że sorry, ale to co już owoców ma nie byc w domu? Zrozumiałam że jak jest ze mną emocjonalnie kiepsko mój mózg poszukuje stymulujących, wysokokalorytcznych przekąsek i to dlatego większość ludzi w chwilach stresu czy złego nastroju marzy o kubełku lodów, a nie główce sałaty. Z drugiej strony czasami czynność żucia, przeżuwania może nam pomóc i wtedy ta sałata się okazuje pomocna, ale jeżeli marzymy o lodach, a jemy sałatę to oczywiście widać że problem wciąż jest, bo używamy jedzenia nie do tego do czego ono jest. Oczywiście ma to swoje benefity bo napad na zdrpowych produktach pozostawia mnie mimo wszystko w lepszej kondycji niż zjedzenie blachy ciasta. Czyli z perspektywy zdrowotnej ma sens otoczyć się w domu zdrowymi produktami, choć jest to trochę skanalizowanie istniejącego problemu ze stosunkiem do jedzenia.
    W naszym przypadku problem jest taki, że mamy wytworzone pewne schematy/programy/rytuały związane z jedzeniem, a jedzenie „Zakazanych owoców” odpala w mózgu program pod tytułem: „jeżeli zjadłąś pączka to teraz zjedz ich 20”. Mitologizujemy też na temat jedzenia, wytwarzamy etykiety z napisem „zakazane”, boimy się go. Ja przez ostatni czas pozwalałam sobie naw szystkie „zakazane produkty” i muszę powiedzieć że do częśći z nich zwyczajnie straciłam serce. Strasznie mi było żal jak wszyscy jedli pizzę, a ja sie katowałam że nie mogę, w efekcie cały czas marzyłam o tej pizzy, przeżuwałam też takie myśli, że jestem inna, gorsza, bo nie mog ejej zjeść, i tak dalej. Na wakacjach nie miałam za bardzo wyboru i kilka razy wręcz musiałam zjeść pizzę(oczywiście mogłam nie jechcać na te wakacje, bo wiedziałam że będą takie problemy, ale czy to już nie błędne koło ograniczen i definiowania się przez chorobę – nie pojadę , bo jestem chora??). Efekt jest taki, że zjadłam tę pizzę 3 razy na obiad, powiedziałam sobie że mogę i odkąd wróciłam nie myśle już o niej, a wróciłam miesiąc temu. i miałam w tym czasie oczywiście napady, bo dalej jestem chora, ale nie marzyłam przez ten czas o pizzy. Co tydzien w pracy mamy tez muffinki do kawy na spotkanie. Nigdy nie jadłąm i tez fantazjowałąm na ich temat, odką d je jem, nie myślę o nich obesesyjnie. Nie zrozumcie mnie proszę źle – jak ktoś nie chce jesć cukru albo boi się że popłynie z paczką cukierków po jednym, to chyba lepiej próbować sobie zmienić perspektywę na „Zdrowie” albo „może kiedyś, jeszcze nie teraz” ale nie myśle c że nigdy tego nie zjem. Bo też dla niektórych taki nakaz niejedzenia pogłębia problem z poczuciem gorszości/inności i odwraca uwagę od emocjonalnych problemów, które powodują napad, bo łatwiej obwinić ten „uzaleźniający cukier” niż się sobie przyjrzeć.

    • Wilczo Głodna Wrzesień 21, 2015 w 2:13 pm - Odpowiedz

      Masz dużo racji. Ja głoszę, żeby mówić sobie: „Nie dzisiaj” zamiast „Już nigdy” . A leczyć trzeba faktycznie całą osobę; jej czarno-białe myślenie (albo zero cukierków, albo cała paka), jej zajadanie emocji itd. Ale też nie pomaga, gdy ktoś jest na ciągłym haju cukrowym.

      • Beata Wrzesień 21, 2015 w 3:31 pm - Odpowiedz

        Generalnie jestem weganką, ostatnio zjadłam sobie loda z maca. Bo właśnie fantazjowałam na jego temat jakiś czas i powiem wam. Nic specjalnego. Smakował jak cukier z cukrem. Koniec fantazji. Tyle że zjadałam go w bezpiecznych dla mnie warunkach bo ja nie wymiotuje poza domem.

    • Beata Wrzesień 21, 2015 w 3:26 pm - Odpowiedz

      Bo jak mam być szczera to jest tak, że jak jeden rodzaj jedzenia odstawię to zaczynam po prostu odpalać się od czegoś innego. Od jakiegoś czasu staram się nie przynosić do domu nic co ma więcej niż 50kcal w 100g. Dzięki temu od tygodnia nie miałam napadu. Nie do końca mi wychodzi – czasem się łamię i coś kupuje, ale generalnie mało mam jedzenia w domu i to jest jedyne co działa. Gorzej że muszę mieć jedzenie dla córeczki i mąż coś tam przynosi – na szczęście on mięsożerny, mięso mnie nie jara 😛

      Przeraża mnie to – bo przestałam jadać rzeczy które lubię… jem co zostało.
      Dzisiaj kupiłam z przerażeniem paczkę słonecznika łuskanego ze względu na wit. E. Moje ręce wyglądają jak tarka – chyba potrzebuje tłuszczu.

      Napisz mi co o tym myślisz, może razem jakoś to rozkminimy.

      • Wilczo Głodna Wrzesień 21, 2015 w 4:05 pm - Odpowiedz

        Ja myślę, że kluczem jest tutaj nie eliminowanie pokarmów, a zachowań; kompulsywnego jedzenia. Zapalnik to coś co ewidentnie ci szkodzi i wywołuje atak. Ale trzeba odróżnić zapalnik jako taki, od faktu objadania się kompulsywnie.
        W twoim przypadku postawiłabym na konkretne pory posiłków, po których zamykasz buzię i otwierasz ją dopiero na kolejny posiłek.
        Ja tak robię. Gdy zacznę podjadać pomiędzy posiłkami, nawet po sałacie będę miała atak.

  5. lena Wrzesień 21, 2015 w 5:47 pm - Odpowiedz

    Po bardzo wielu latach męczarni z bulimią…szukajac pomocy w necie i natrafiajac na Ciebie Aniu,zdałam sobie sprawę jak bezsensowne jest napadowe obzeranie się i potem jak najszybsze pozbywanie sie go z zoładka..zadałam sobie pytanie ..po co ?Po to…by dalej dzwigac ten „krzyż”…bo to na prawdę byla dla mnie i pewnie dla wszystkich ludzi chorych na te chorobe….droga przez mękę.Juz dośc….chce zyc.chce cieszyc sie życiem,chcę byc wolna.Stosujac sie do wszystkich Twoich zalecen…a najwazniejsze są dla mnie stałe godziny posiłkow….powoli wygrywam…dzis jest 53 dzien bez napadu …hurraa.Jest coraz łatwiej….w ogole nie mysle o jedzeniu …wilk spi.Ja juz wiem,nie poddam się,chce mi się zyc..tanczyc….jezdze na rowerze.kupilam sobie stepper(bo biegac nie lubię)jem normalne posilki,zdrowe i o stalych porach….i nie przytylam ani pol kg…..MOZNA…dziewczyny,naprawdę mozna.Jak juz pisalam na meila jestes moim cudem Aniu,pozdrawiam Cię serdecznie…

    • Wilczo Głodna Wrzesień 22, 2015 w 11:11 am - Odpowiedz

      Dzięki!!! Dla takich wiadomości chce się żyć!!! Ściiiiiiiskam :*

  6. Beata Wrzesień 22, 2015 w 2:06 pm - Odpowiedz

    Dzieki Lena. Dajesz mi nadzieje.

  7. […] I z cukrem, który jest moim zapalnikiem (pisze na ten temat Ania z bloga Wilczo Głodna w tym wpisie: staram się kierować w drodze do zdrowia właśnie jej radami, więc odsyłam do źródła:) ). […]

  8. Aga Styczeń 20, 2016 w 10:50 pm - Odpowiedz

    Smutno mi. Bo ogarniam już wilka w codzienności. Ale imprezy mnie przerastają. Zwłaszcza te, które sama przygotowuję. Jak siedzieć przy stole pełnym słodyczy i ich nie tykać? Jak robić ciasto czekoladowe dla dzieci i nie liznąć surowego ciasta w misce?

    To będzie trudna noc. Odleciałam słodyczowo właśnie. I nie wiem jak będę spała z jedzeniem podchodzącym mi do gardła…. 🙁

  9. […] Zapalnik to jedzenie, które zawsze wywołuje atak. W moim wypadku były to słodycze. Wiedziałam, że naiwnie jest sądzić, że nagle po prostu postanowię zjeść paseczek czekolady i na tym poprzestać. W życiu! Od razu pojechałabym po całości, starą, dobrze wydeptaną w moim mózgu ścieżką. […]

  10. żarłacz tygrysi Listopad 28, 2017 w 8:54 pm - Odpowiedz

    To ja dorzucę jeszcze jeden sposób, ale ten z gatunku „jak NIE robić”, mimo że (alleluja) działa przynajmniej trochę. Mianowicie zidentyfikowałam już kilka swoich zapalników (tutaj dziękuję Ci za mówienie o nich, bo to dzięki temu uważniej im się przyjrzałam i powiedziałam to sobie bardziej konkretnie niż tylko „na czuja”) dzięki bardzo brutalnej metodzie… Po prostu kilka razy objadłam się tym samym i powstrzymałam się od kompensowania, mimo że to wszystko samo mi już podchodziło do gardła. I ciało tak głośno krzyczało do mojego głupiego mózgu, że to było złe, że teraz te same rzeczy kojarzą mi się z napadami i bólem, i zamiast dzikiej ochoty, włącza mi się raczej „alarm”, a na pewno jakaś nieufność. Kolejną zaletą jest to, że kiedy zjadłam tych rzeczy znacznie więcej, tym bardziej dało się poczuć, że nie są dla mnie zdrowe – np. czułam naprawdę ogromną różnicę między danym produktem z jakimiś polepszaczami i bez nich (to akurat było dla mnie istotniejsze niż sam produkt, bo nie przejadałam się nigdy jedzeniem przetworzonym, tylko po prostu kalorycznym albo konserwowanym czymś niefajnym). W ten sposób zorientowałam się na przykład, że szkodzi mi mleko kokosowe z mnóstwem „E” – takiego „dobrego” mogę zjeść tyle samo, a nie będę tak cierpieć, najwyżej trochę przytyję 😉 Konkluzją jest powtórzenie tego, co i Ty od dawna powtarzasz: nasze ciała są mądrzejsze niż nasze wymysły 🙂

  11. D. Marzec 13, 2018 w 6:30 pm - Odpowiedz

    Hm, policzyłam sobie i wg tych wzorów wychodzi mi, że 1454 kcal to ma mi wystarczać na przeżycie w śpiączce, przy moim normalnym trybie życia 1744,8, odjąć 300 na dietę i – 1444,8, czyli, żeby schudnąć powinnam jeść mniej niż potrzebuję na przeżycie – szalenie budujące :(. Albo więcej się ruszać, a mnie po powrocie z pracy, to tylko chce się spać.

Zostaw komentarz